A jam niesion

18.05.12, 19:11
Wieczór znienacka nastał, dzień cały poza swojemi zostawiwszy Plecami, a że pora to Wiosennopóźna, tedy Słońce za Horyzont chylić się zamiaru nie miało - uparcie nade Nieboskłonem tkwiwszy Drogę mą rozświetlało solennie.
Tedym w Szkapie Żelaznej do Namiotu pomykał raźno. Radości jednakoż Lęk mieszał, Zadowoleniu Obawa przeszkadzała. "Czy azaliż Poczta Moya Meylowa, żywie jeszcze ?" - obawą pełniony byłem. "Czy że Sorellina Łapserdakom należny Odpór dała ?" - sam siebie w Duchu pytałem. A po Plecach Renesansowych Dreszcze biegały - ode Czerepa wierzchołka, przez Członki wszelkie (doprawdy !), aże po Paluch Stopy Renesansowej Lewej, w której to onże dłuższy niż w Prawej o trzyćwierci cala - tedy Dreszcze później koniuszek Jegoż sięgają.
Gdym do Obozu zajeżdżał Ducham Żywego nie doźrzał. "Może Wieczerzę pożywają ? najsampierw się pocieszałem. "Może Narady jakie toczą ?. Może Plany obmyśliwują Tajemne ?
Może i Oni, moim przykładem zdjęci, Obawy też same powzięli, a Poczt swych do Krwie Ostatnich bronić stanowili ? Może już nade Komputyjerami swemi zapadli, by Nocą Łajdusa złapawszy Świat ode Zgryzoty uwolnić, a Pocztom Meylowym dozgonne Bezpieczeństwo właścicieli ich zapewnić ? "
Kiedym do Namiotu wkroczył, Sorellinę Skór żuciem zajętą napotkałem, a Pocałunek na Czole Jej złożywszy ( a to w Czynności owej pochwale ) do jadłam zasiadł. A Wieczerza ci u nas wystawną była. Chleba przaśnego półkromek, Niedźwiedzim smarowany Sadłem, coby siły w Nocnym czuwaniu mnie nie zawiedły, a w Cierpliwości pozwoliły wytrwać. Bym - Noc samotnie spędzając Uczuć nie stradał, Sadło ,Lubczyku szczyptą posypane było, tedym w jedzenia trakcie Okowity łykiem zapijać musiał, a to za gorzkości Rośliny onej przyczyną. Jako zwykle - gdy Lubczyk przełknę, Gały mi na Wierzch wylazły, a w Przełyku gorycz zagościła na dobre, tedym - dla dolegliwści tejże zagłuszenia, już nie Łyk, ale Chaustów parę Okowity wytrąbił. Za Klepsydr niesporo upływem Optymizm mi się po Ciele rozlał,a Błogość zagościła na Wargach.
Słonko bowiem grzało Bebeszki, spać pójść ( jako i ja ) nie planując. Tedy cieszyłem się nad Podziw, z pory tej Późnowiosennej a i Dnia długości. Bo zawszeć to milej Świadomość mieć , żeś Snu sobie odmówił niesporo.
Siedzę tedy przed Ekranu Połacią, migotliwością jego urzeczon. Czujności jednak nie tracę.
Bo co , kiedy Grand Mal napadu dostanę niczym szamanka w Transie ? Co jeśli Bisurmana obaczę maskę ? Czy Słonka onego Jasność mojej Umysłu Jasności nie przyćmi ?
Siedzę tedy a z Sytuacji trudnej Wyjścia szukam. Sorellina temczasem Giezłeczko świeżo przeżute mi niesie. Cieńsze ci ono dzisiaj, a to z Temperatury nadwornej podwyższenia. Tedy Siódme Poty ni chybi mi odpuszczą, a Wytrwałość na Próbę Trudną wystawioną nie będzie.
Aby jeno Złoczyńcę z-de.- maskować ! Oby jeno Łeb mu za Ekranem tuże ukręcić !
A wonczas Poczta Meylowa Moja uratowaną będzie. A wonczas ja - Człowiek Renesansu - wreszcie do Poduchy właściwej Czerep przyłożę. I wreszcie do Komputyjera tulić się dłużej nie będę. Niech jeno tenże Ataku dozna, Złoczyńcę podpuści !
Pełna wersja