...na podwórku-studni przy starej - niegdyś pięknej - secesyjnej kamienicy. Miała kształt litery "C". Moi rodzice zajmowali w niej duże mieszkanie na pierwszym piętrze, od frontu, a więc z okien naszego mieszkania nie było widać podwórka. Ach, jak ja zazdrościłam dzieciom z oficyn! Mogły - wyglądając przez okno - stale uczestniczyć w życiu podwórka, ja - tylko wtedy, gdy rodzice pozwolili mi na nie wyjść. A na podwórku tyle się działo! Ktoś trzepał dywany, ktoś wyrzucał śmieci, ktoś z kimś się sprzeczał, ktoś przychodził do kogoś w odwiedziny, ktoś komuś o czymś opowiadał, dziewczynki grały w "klasy", chłopcy w piłkę, w "cymbergaja", jedni i drudzy "wieszali się" na trzepaku, bawili się w chowanego, w berka, w "raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy"... Czasem przychodziły dzieciaki z innego podwórka i prześcigały się z nami w różnych "sprawnościach", albo w opowiadaniu "strasznych" historii...
Nie było bójek ani wyzwisk. Solidarność i rywalizacja między "naszymi" i "obcymi" w przedziwny sposób się łączyły.
Kiedy byłam w klasie maturalnej przeprowadziłyśmy się z mamą (niestety bez taty, który wówczas już nie żył) do nowego mieszkania, w nowej dzielnicy. Wszystko tam było czyste, zadbane, miało tzw. wyższy standard, tylko... podwórka nie było! Sama, zbyt dorosła na podwórkowe zabawy, patrzyłam na "wychuchane", smutnie puste trawniki, klombiki, ścieżki, ławeczki i żal mi się robiło mieszkających wokół nich dzieci...Bo gdzież dzieci z tej pięknej, nowej dzielnicy mogły się spotykać? Gdzie we wspólnej zabawie zawierać pierwsze "przyjaźnie", gdzie uczyć się więzi, nabierać poczucia przynależności do wspólnoty? Gdzie mogły się wybiegać, wytaplać w kałuży, rozbić kolano, nabić parę sińców, wykrzyczeć, wyszaleć? Poczuć irracjonalną, "nieuzasadnioną" radość dzieciństwa?
Tak... w dużej mierze wychowało mnie podwórko starej, łódzkiej kamienicy. Miałam szczęście.