Dodaj do ulubionych

Wychowałam się na podwórku

09.11.14, 21:59
...na podwórku-studni przy starej - niegdyś pięknej - secesyjnej kamienicy. Miała kształt litery "C". Moi rodzice zajmowali w niej duże mieszkanie na pierwszym piętrze, od frontu, a więc z okien naszego mieszkania nie było widać podwórka. Ach, jak ja zazdrościłam dzieciom z oficyn! Mogły - wyglądając przez okno - stale uczestniczyć w życiu podwórka, ja - tylko wtedy, gdy rodzice pozwolili mi na nie wyjść. A na podwórku tyle się działo! Ktoś trzepał dywany, ktoś wyrzucał śmieci, ktoś z kimś się sprzeczał, ktoś przychodził do kogoś w odwiedziny, ktoś komuś o czymś opowiadał, dziewczynki grały w "klasy", chłopcy w piłkę, w "cymbergaja", jedni i drudzy "wieszali się" na trzepaku, bawili się w chowanego, w berka, w "raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy"... Czasem przychodziły dzieciaki z innego podwórka i prześcigały się z nami w różnych "sprawnościach", albo w opowiadaniu "strasznych" historii...
Nie było bójek ani wyzwisk. Solidarność i rywalizacja między "naszymi" i "obcymi" w przedziwny sposób się łączyły.
Kiedy byłam w klasie maturalnej przeprowadziłyśmy się z mamą (niestety bez taty, który wówczas już nie żył) do nowego mieszkania, w nowej dzielnicy. Wszystko tam było czyste, zadbane, miało tzw. wyższy standard, tylko... podwórka nie było! Sama, zbyt dorosła na podwórkowe zabawy, patrzyłam na "wychuchane", smutnie puste trawniki, klombiki, ścieżki, ławeczki i żal mi się robiło mieszkających wokół nich dzieci...Bo gdzież dzieci z tej pięknej, nowej dzielnicy mogły się spotykać? Gdzie we wspólnej zabawie zawierać pierwsze "przyjaźnie", gdzie uczyć się więzi, nabierać poczucia przynależności do wspólnoty? Gdzie mogły się wybiegać, wytaplać w kałuży, rozbić kolano, nabić parę sińców, wykrzyczeć, wyszaleć? Poczuć irracjonalną, "nieuzasadnioną" radość dzieciństwa?
Tak... w dużej mierze wychowało mnie podwórko starej, łódzkiej kamienicy. Miałam szczęście. smile

Obserwuj wątek
    • ulisses-achaj Re: Wychowałam się na podwórku 09.11.14, 22:10
      Dokładnie rok po napisaniu postu, który był początkiem, machnął mi się ten oto:

      "..... nie wiedziałem, bo gdybym wiedział... wszystkie historie mają swój początek w najulotniejszych drobiazgach: jakimś odblasku w oknie, podmuchu wiatru, skrzypieniu drzwi, machinalnym dotknięciu jakiegoś przedmiotu, dźwięku, którego nawet nie potrafimy określić, niewyraźnej przebitce nakładających się wspomnień, zapachu rozgrzanego betonu na lotnisku i wilgotnych liści krzaków w jakiejś zapomnianej zatoczce, sierści psa, nieistnieniu niczego określonego ... "

      w tym wszystkim jest też przestrzeń długiego kamienicznego podwórka pod numerem 261 ... smile
      • sorel.lina Re: Wychowałam się na podwórku 09.11.14, 22:16
        smile
        ... podwórka nr 56 przy innej ulicy też...
    • ulisses-achaj Re: Wychowałam się na podwórku 09.11.14, 22:30
      Otóż to, Sorellino... smile "Gdzie we wspólnej zabawie zawierać pierwsze "przyjaźnie", gdzie uczyć się więzi, nabierać poczucia przynależności do wspólnoty? Gdzie mogły się wybiegać, wytaplać w kałuży, rozbić kolano, nabić parę sińców, wykrzyczeć, wyszaleć? Poczuć irracjonalną, "nieuzasadnioną" radość dzieciństwa? "
      smile
      • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 09.11.14, 22:45
        W moim przypadku kilka takich "podwórkowych przyjaźni" trwa od dzieciństwa do dzisiaj.
      • hardy1 Re: Wychowałam się na podwórku 09.11.14, 22:47
        Nie wychowałem się w starej kamienicy, ale na podwórku się wychowałem. "Podwórko" to przestrzeń tyleż fizyczna, co umowna. Jednak jest wypełniona treścią... zwłaszcza tą, o której napisałaś, Sorellino.
        • 1zorro-bis Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 07:45
          kurcze....ja to mialem szczescie! Bo sie na dwoch podworkach wychowalem! Na pierwszym - do siodmego roku zycia miedzy nowymi blokami z lat czterdziestych. Niedaleko podworka byl staw w ktorym jak czterolatek o malo sie nie utopilem. Potem, gdy sie rodzice przeprowadzili do starej, przedwojennej willi tez bylo podworko - ale juz inne. Tam juz rywalozowaly niby dwa podworka - z nowych blokow i sstarych, przedwojennych willi. Jedne co nas potem polaczylo to bylo to, ze chlopcy zrobili na tym podworku dwie bramki i....powstalo boisko! Niestety, podworkowe dziewczyny byly tym mniej zachwycone.....big_grin
          • hardy1 Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 10:56
            Podwórkowe dziewczyny powinny się cieszyć. Miały przecież bramki do bujania się... na pewno spokojnie czekaliście z meczem, aż się wybujaływink
            • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 12:21
              Na moim podwórku były takie fajne koniki bujane i huśtawki smile
              • dwa-filary Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 13:25
                Moje podwórko, no cóż...., było wspanialesmile . Urodziłam się w domu, gdzie to podwórko było bardzo młode. Gdy dorosłam do lat, gdzie mnie już rodzice wypuszczali samą, to było nasw wieku od 4 do 11 lat aż 107 dzieci. Pamiętam gwar naszych zabaw, śmiechu i płaczu, bo kolanko się stłukło. Trzepak >>obsiadywałyśmy my<<, dziewczyny, maluchy siedziały w piaskownicy, chłopaki grali w piłkę na przylegającym do podwórka skwerku. Gra w zbijaka, zośki, chowanego i podchody. Moich dwóch starszych braci pilnowali mnie dyskretnie na prośbę mamy, ale nie przeszkadzali.Podwórko żyło.
                Dziś gdy patrzę na maluchy, to myślę, że nie poznają naszej niezależności, bo są pod opieką rodziców, babci czy niani, którzy ograniczają ich >>swawolę?<<. Nasze pokolenie może nie było bogate, ale szczęśliwe. Moja przyjaciółka podwórkowa umarła 3 lata temu./uczestniczka forumów gazetowych/
    • wirujacypunkt Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 13:17
      Moje podwórko też było zimną studnią i jako dzieci nie bardzo lubiliśmy się bawić na tym podwórku, ale jezdnia która była pod oknami, była zamknięta i samochody po niej nie jeździły. To było dobre miejsce do zabawy, po drugiej stronie jezdni, były ogródki działkowe. Główne wejście do ogródków zawsze było zamknięte tak, że nie mogliśmy na teren ogródków wejść, dalej za ogródkami było kawał ziemi leżącej ugorem. Wiosną, latem i wczesną jesienią, bawiliśmy się w tym miejscu, bo było zielone, porośnięte trawą i było dużo miejsca do zabawy. Chłopcy zazwyczaj grali w piłkę, dziewczyny skakały przez skakankę, albo szeptały do ucha swoim przyjaciółkom jakieś tajemnice, zwierzały się i śmiały z byle czego. Były zawierane przyjaźnie na śmierć i życie, Niektóre z zabaw były wspólne. Zabawa w ganianego, dwa ognie, w wybijanego, to już były wspólne zabawy. Zimą mogliśmy tam pojeździć na sankach, było kilka wzniesień z których można było zjechać, obrzucaliśmy się śnieżkami. Zawsze było wesoło i jak ktoś wcześniej napisał, bez wyzwisk i agresji. Dzieci jak to dzieci bywało, że pokłóciliśmy się nie raz, ale te złości i kłótnie, były szybko zapominane i wszystko wracało do normy.
      Między kamienicą ( secesyjną) a ogródkami, też bawiliśmy się często. Była gra w klasy albo w grzyba, a chłopcy grali w cymbergaja i kopali piłkę. Prawie wszyscy chodziliśmy do jednej szkoły podstawowej, zatem te przyjaźnie z podwórka były przenoszone do szkoły i na szkolne podwórko, które było ogromne. Pokończyliśmy podstawówkę i porozchodziliśmy się do różnych szkół średnich i tak skończyło się nasze dzieciństwo. Dzisiaj z nostalgią wspominam tamte szczęśliwe, beztroskie czasy, tęsknię i wspominam dawne przyjaźnie. Nasze drogi rozeszły się i nikt już z tamtych lat nie mieszka w starej, secesyjnej kamienicy.
      • dwa-filary Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 13:39
        U mnie tez podwórko przenosiło się do szkoły. Wszyscy moi rówieśnicy z podwórka byli ze mną
        w IA. Dziś dopada mnie "SKS", ale gdy zamykam oczy widzę nas roześmianych na podwórku.
        Zimą jeździliśmy na sankach w Parku Krasińskich . To tylko przez ulicę. Była wspaniała górka z której, przy dobrych sankach można było wjechać do zamarzniętego stawu. Dziś ta górka ach....rozmarzyłam sie wydaje mi sie tylko maleńkim wzniesieniem smile
        • ulisses-achaj Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 13:55
          To są takie fajne i proste sprawy. Ci którzy tego nie dostrzegają, albo nie rozumieją, są naprawdę godni pożałowania.. smile
          • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 15:10
            ulisses-achaj napisał:

            > To są takie fajne i proste sprawy. Ci którzy tego nie dostrzegają, albo nie roz
            > umieją, są naprawdę godni pożałowania.. smile

            Dlatego nawet nie chce mi się tych bredni Kaczyńskiego i jego wyznawców komentować.
            Ludzie dorośli, którzy nie mieli tego szczęścia i nie mieli w dzieciństwie swojego podwórka, mają przeważnie nieudane życie. Nie mieli okazji adaptować się w dziecięcej wspólnocie i nie potrafią w dorosłym życiu przystosować się do środowiska. Jak na przykład "wprowadzić w życie" takie zasady wychowania, jak: współczuj innym, pomagaj, dziel się, buduj razem z innymi coś wartościowego, bądź sprawiedliwy, bądź twórczy, kreatywny. Dzisiaj dzieci mają dużo gorzej. Mają łatwiejszy dostęp do wiedzy, ale kto i co ma ich nauczyć kreatywności? Komputer zamiast koleżanek i kolegów? Rodzice zapracowani, często na kilku etatach, bo trzeba dzieciom, najlepiej już w wieku trzech lat, opłacić kursy co najmniej dwóch języków obcych, balet, narty, łyżwy, jazdę konną i diabli wiedzą, co jeszcze. Tresura od najmłodszych lat. I rosną takie robocopy, zaprogramowane od wczesnego dzieciństwa na "wyścig szczurów". Nasze dziecięce pokolenie potrafiło, właśnie podczas wspólnych zabaw na podwórku, zrobić z niczego coś. Z samej wiedzy nie zbuduje się życia.
            • ulisses-achaj Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 16:06
              Własnie tak, Karen.. A oprócz tego, w dużej części właśnie dlatego, możemy dać naszym dzieciom z siebie tyle, żeby były twórcze, żeby umiały cieszyć się życiem, żeby odnosiły sukcesy nie "przeciw" innym, ale dla własnej satysfakcji. Żeby umiały być wolne i żeby w innych nie widziały konkurentów i wrogów, ale partnerów. I żeby nie wywyższały się, kiedy coś sobie wypracują i nie uważały się za "lepsze", bo komu to jest potrzebne do życia, już je przegrał..
              • 1zorro-bis Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 16:11
                ja na moim drugim podworku zaliczylem pierwsza "katastrofe motoryzacyjna"big_grin
                Kolega dal mi sie przejechac na motorowerze. No i troche za ostro w zakret "wszedlem" i skonczylo sie saltem przez plot i ucieczka z placzem do domu.....big_grin
                Mialem wtedy chyba 9 lat.big_grin
              • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 16:43
                A jeśli już mowa o "salonach". Rodziny arystokratyczne, szlacheckie, to były rodziny przeważnie wielodzietne, zwłaszcza magnackie. W ten sposób mnożono majątki i zapewniano sobie poparcie. Dzieci arystokratów również bawiły się na podwórkach, razem z dziećmi służby i w ten sposób (a zgodnie z Kodeksem Honorowym) uczyły się szacunku dla ludzi z niższych warstw. Dlatego rodzina Kaczyńskiego, to jakiś dziwoląg i zostało to Kaczyńskiemu do dzisiaj. Jego brat, pewnie dzięki żonie, trochę zmienił styl życia. Ale Jarosław jest dokładnym odwzorowaniem dziwnego życia jego rodziny.
                • dwa-filary Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 19:31
                  k.karen napisała:
                  . Dlatego rodzina Kaczyńskiego, to
                  > jakiś dziwoląg i zostało to Kaczyńskiemu do dzisiaj. Jego brat, pewnie dzięki
                  > żonie, trochę zmienił styl życia. Ale Jarosław jest dokładnym odwzorowaniem dzi
                  > wnego życia jego rodziny.

                  Zaznaczam, nie jestem antysemitką .
                  Ciekawostka o Kaczyńskich do poczytania:
                  radtrap.wordpress.com/2012/04/18/kim-sa-kaczynscy-fakty-mity-i-watpliwosci/
                  • hardy1 Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 19:43
                    Dobrze, że zaznaczyłaś.
                    Nie interesują mnie koligacje ani pochodzenie konkretnego człowieka. Każdy sam pracuje na swój wizerunek i tylko to oceniam. Ocena Jarosława Kaczyńskiego jest dla mnie jednoznacznie negatywna. Na nią właśnie sam zapracował.
                    • dwa-filary Re: Wychowałam się na podwórku 12.11.14, 12:31
                      Ja tylko chciałam zauwazyć, ze blizniaki zyli w wielkim zakłamaniu i obłudzie. Na pewno wywarło to wplyw w dorosłym zyciu.
    • dwa-filary Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 14:41
      ale też bywałam co niedziela 0 11.oo na Poranku w kinie Muranów. Raz w miesiącu mieliśmy karnet do Teatrzyku "Bajka". Z rodzicami wyjeżdżaliśmy często na różne wycieczki po kraju, chodziliśmy na j.niemiecki i j.angielski co nam później zaowocowało smile ach..................
      • hardy1 Re: Wychowałam się na podwórku 10.11.14, 19:09
        Nasze podwórka... bo naprawdę były nasze i znane, nie obce i wrogie smile
        • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 10:33
          Najsamprzód prościutkie pytania:

          1. Czy podwórko jest miejscem, które - jeśli ma się z nim kontakt osobisty - można zaliczyć do naturalnego środowiska życia?
          2. Czy osoby spotykane w realiach podwórkowych są przedstawicielami określonego środowiska społecznego (bez względu na jego strukturę np. arystokratyczną, gminną, przestępczą)?
          3. Czy te zatem np. szczując psem wyjątkowo nielubianego uczestnika takiego życia społecznego, któremu wydaje się, że jest w stanie narzucić innym swój model zachowań, oddziaływują w jakiś sposób na psychikę tegoż (spaczają ją? kształtują w sposób indywidualny?)

          Odpowiedź na te prościutkie dla średnio inteligentnego nawet czytelnika pytania, choć dla niektórych rodzja testu nie do rozwiązania, da jednoznaczną odpowiedź na dylemat: czy podwórko to element życiowego wychowania.
          • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 17:19
            [b]Rozwiązaniem testu powyżej jest "TAK!"
            Nim przejdę do wspomnień własnych, samouczek dla niekumatych:

            www.cotojest.info/wychowanie_621.html
            To tekścik prościutki - na miarę intelektualnego poziomu.
            Nie da się oddzielić "bycia w środowisku naturalnym" od pojęcia "wychowanie"
            Kto twierdzi, że jest inaczej wegetuje w matrixie.
          • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 17:40
            Wąskie gardło pnące się ku czwartemu piętru. Po lewej otwarta przestrzeń z widokiem na dachy dwupiętrowych, okolicznych kamieniczek. Nad nimi fragment Wawelu z basztą "Zygmuntowską" i spiżem przezierającym przez szczeliny krat. Kiedy dzwonił - zgodnie z przekazem "Wesela" Wyspiańskiego, wystarczyło wyjść na piętrowy, ogólnie dostępny balkon i wsłuchiwać się w bijące serce "Zygmunta".
            Ale przecież wystarczyło spojrzeć w tamtym kierunku, by poczuć Polskę. Nie trzeba było po temu żadnych nauk. Nie trzeba było obecności kogokolwiek. Pokryte śniedzią miedziane blachy tchnęły historią.
            "A to bije on i dziś, gdy czujemy, co nam drogie" - tak można było parafrazować/niekształcić słowa dramatu. W tamtych czasach owo kołysanie można było policzyć na palcach jednej ręki - czekało się nań z utęsknieniem - pomijając pochówki Wielkich, tradycyjnie towarzyszył majowej procesji do grobu Św. Stanisława. Ta, krocząca Krakowską, zastawała nas z głowami wychylonymi przez wykusz kamienicy - kilkumetrowy prześwit w skrzyżowaniu Meiselsa z Krakowską pozwalał nasycić oczy czerwienią i purpurą, biskupio - kardynalskich szat, a uszy chóralnym śpiewem wiernych.
            Ruch kołowy był wtedy niewielki - pojedyncze Syrenki i Warszawy sporadycznie przejeżdżały w dole, zamknięcie ulic nie zakłócało tedy płynności toczącego się życia.
            Tyle, że dźwięk Zygmunta - dobiegający ponad dachami, był cichy i jakby zakrztuszony.

            cdn.
            • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 17:55
              Róg Krakowskiej i Meiselsa. Zbieganie się dwóch światów. Przemieszanie dwóch kultur.
              Dopiero dziś w dobie dopiero co otwartego Muzeum Żydowskiego wielu uzmysławia sobie, że przecież kultura tego narodu mogła rozwijać się także i dlatego, że nikt inny, jak polski król pozwolił tym, których gnano z "kulturalnego Zachodu" osiedlić się i żyć swobodnie przez setki lat.
              Samo nazwisko żydowskiego patrona uliczki mówiło niewiele. Było jedną z nazw kilkunastu jej podobnych, przecinających żydowski Kazimierz. Przez okno widziałem Bawół Plac, na którym kręcono sceny do filmu "Noce i dnie". Tam była szkoła, do której miałem uczęszczać. Tam stała Synagoga - dziś masakrowana wulgarnym grafitti, tam stał kościół Bożego Ciała -architektoniczne arcydzieło tak bogate artystycznie.
              Dziś - w dobie internetu - mogę przeczytać życiorys Rabina. Życiorys, który uzmysławia, iż kulturowe różnice nikną wówczas, gdy łączy wspólny cel. Szkoda, że kilkadziesiąt lat wstecz nie było możliwości samodzielnego odkrywania tajników historii - socjalizm nie odesłał w niebyt postaci Rabina - być może dlatego, że zwalczał carat i na znak solidarności z prześladowanymi katolikami zamknął synagogi.
              Południową granicą Podwórka były ściany oficyny od strony Krakowskiej. Wschód "wychodził na Meiselsa.
              Zatem w kwadracie (a właściwie literze L, bo taki kształt miało to miejsce) mieściły się "rogatki dwóch światów i dwóch kultur"

              cdn
              • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 18:07
                Odpadające tynki odsłaniały zarysy cegieł. Sięgajac okiennych parapetów tworzyły wrażenie mocno poobijanej twarzy. Okna sąsiadujących mieszkań były tak bliskie siebie, że dna przypadkowym widzu mogły stwarzać wrażenie "jedni czasoprzestrzennej" - miało się faktycznie wrażenie, że to jeden świat zamieszkiwany przez ogromną rodzinę o jednym nazwisku.
                Czeluść podwórzowej studni była na tyle wąska, że - mimo trzepaka - nie było możliwości wspólnego tam zabawiania, zwłaszcza, że do bulwarów wiślanych - o ileż bardziej atrakcyjnych - było raptem czterysta metrów - w dodatku wiodły ku nim nie przecięte wtedy jeszcze tramwajową linią krakowskie Planty.
                W narożu kilka pojemników na śmieci - wtedy jeszcze okrągłych, zamykanych na klapę, której stukot budził każdego rana, jako że trezba je było wytaczać na ulicę - śmieciarka nie miała tu bezpośredniego dostępu.
                Szczury miału używanie - bez lęku przed ludźmi "szczurowały" po owym śmietnisku, wyławiając co smakowitsze kąski - osiągały dzięki temu wielkość średniego jamnika.
                Jedyną "rozrywką" było ciskanie w nie z wysokości trzeciego piętra (wspomniany już balkon "ogólnowojskowy") przedmiotami zależnymi od pory roku. Wiosną i latem były to ogryzki/pestki owoców. Jesienią nadgniłe ziemniaki, a zimą drobne bryłki węgla wnoszonego mozolnie wiadrami. Potem - już w piwnicy - szczury rewanżowały się wszczynaniem nieoczekiwanego rumoru. Przemykając się pod ścianami korytarza, buszując pośród słoików z przetworami budziły odruchowy lęk - zdarzały się przypadki ukąszeń skutkujące szczepienia p/ko wściekliźnie.
                • wscieklyuklad Re: Wychowałam się na podwórku 11.11.14, 18:24
                  Latem podwórkowy upał otwierał wszystkie "studzienne" okna.
                  Wąskie przestrzenie wielokrotniły dźwięki. Zdać by się mogło, że jest się w pomieszczeniu, z którego dochodzą głosy. Słychać było pobrzękiwanie sztućców, szum wody w zlewozmywaku, dyskusje toczone przy stołach, w pokojach, na samym podwórku wreszcie.
                  Świat skurczył się oto do wspólnoty spraw i problemów.
                  Podwórko stało się zwierciadłem i rezonatorem życia - jakimś rodzajem teatralnej/manifestacyjnej tuby, która przyciągała uwagę nie z powodu wścibstwa, ale nieuniknionego przymusu przypadkowego świadectwa istnienia.
                  Ludzie zżywali się ze sobą z dnia na dzień. Wiedzieli o sobie więcej, niż można przypuścić.
                  Ale nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktokolwiek taką - często jakże intymną wiedzę - wykorzystał do niecnych celów.
                  Nierzadko zaś byłem świadkiem sąsiedzkiej pomocy - a to ktoś pomógł komuś w sprzątaniu, a to w zakupach, a to mniej zamożnemu podrzucił coś "na ząb".
                  Przedzieleni ścianami, odgrodzeni już tylko pozornie drewnianą ramą okien i prześwitem szyb, przez które nikt wścibsko nie zagladął wieczorem, szanując intymność innych byliśmy faktycznie jedną wielką rodziną.
                  Tam na zewnątrz był świat dwóch kultur, które przez setki lat budowały tożsamość, stapiając je w jedność.
                  Tu - po wewnętrznej stronie był jeden świat - wypadkowa tak wielu bytów.
                  Podwórkowy rezonator odbijał go od odrapanych murów ucząc współczucia, szacunku, miłości także.
                  Dźwięk trzepanych dywanów. Trzask drzwi od "przechodki", gdy ktoś skracał sobie drogę spiesząc gdziekolwiek.
                  Stukot obcasów o kocie łby krakowskiego podwórka.

                  Pewnie i dziś mieszkają tam głodni.
                  Pewnie i dziś ktoś czeka wsparcia.
                  Pewnie i teraz latem wszystkie okna zapraszają do wnętrz.

                  Tylko wrażliwość zapodziała się gdzieś pośród śmietników - kontenerów.
                  A może tylko zjadły ją szczury wielkości ludzi...
                  • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 12.11.14, 13:08
                    WU, wspaniały, literacki i malowniczy opis Twojego podwórka. Z ogromną przyjemnością to przeczytałam smile

                    Ale dodam jeszcze coś w sprawie wychowawczej roli podwórek.

                    Oczywiście, że każdy normalny człowiek uzna wychowawczą rolę podwórek. Ale podwórka nie tylko wychowywały dzieci, wychowywały także dorosłych dzięki ich dzieciom.

                    To było zaraz po II wojnie światowej. Do Polski, szczególnie zachodniej, na "ziemie odzyskane", przybywali repatrianci zza Buga, z Polski centralnej i z innych rejonów. Zdarzyło się więc, że w kamienicy jednego z dolnośląskich miast, sąsiadami byli Niemcy, którzy zdecydowali się pozostać (złośliwie nazywani szkopami), Polacy zza Buga (złośliwie nazywani ukraińcami, albo jeszcze gorzej upowcami od UPA), Polacy z centralnej Polski (nazywani złośliwie centralakami), a także polscy Żydzi z Ukrainy ( złośliwie nazywani mośkami). Nie trudno się domyślić, że na przykamienicznym podwórku spotykały się dzieci wszystkich mieszkańców. I tak Basia(centralaczka) zaprzyjaźniła się z Zosią ( ukrainką), bawiły się razem z Frankiem (szkopem)i Marcelem (mośkiem). Mądrzy rodzice i może bardziej wykształceni lub posiadający większą wiedzę na temat wojennych wydarzeń, uczyli dzieci dzieci tolerancji. Ale były i takie rodziny, w których rodzice widząc zabawy dzieci, zakazywali im kontaktów. Tak było m.in., a nie był to odosobniony przypadek, z rodzicami Basi (centralaczki), która usłyszała -" nie baw się z tą Zośką, bo to upowcy". Ale dzieci, nie rozumiały o co chodzi rodzicom, przecież tak wspaniale się bawiły, zaprzyjaźniły, uczyły.
                    Nadszedł dzień urodzin Basi. Miało być przyjęcie, na które dziewczynka miała zaprosić koleżanki i kolegów. Niestety w domu brakowało wiele rzeczy i mama oznajmiła, że przyjęcia nie będzie, bo nie ma z czego upiec ciasta. Rozżalona Basia (centralaczka) zwierzyła się przyjaciółce Zosi (ukraince), ale usłyszała te zwierzenia mama Zosi. Upiekła więc ciasto i zaniosła mamie Basi, myśląc że najwyższy czas nawiązać normalne kontakty z sąsiadami, skoro ich dzieci potrafiły to zrobić wcześniej. Na początku mama Basi była bardzo zaskoczona i z niechęcią patrzyła na przyniesiony dar. Jednak rozsądek zwyciężył, a może bardziej miłość do własnego dziecka i chęć sprawienia mu przyjemności, więc zaprosiła kobietę na herbatę i podziękowała za ciasto. Panie długo rozmawiały, opowiedziały o swoich przeżyciach wojennych, o mordach, prześladowaniach i tragedii wojennej, o tym jak jechali przepełnionymi pociągami zza Buga i Polacy wygrażali im a nawet nie dali wody... Zaprzyjaźniły się tak bardzo, że za ich przykładem poszły i następne rodziny. Od tego czasu ci dorośli już nikogo z sąsiadów nie nazywali upowcami, mośkami, szkopami i centralakami.
                    Tak to dzieci wychowały swoich rodziców i własnym przykładem nauczyły dorosłych tolerancji i zrozumienia dla innych.

                    Ps. nie wszyscy z tej kamienicy zrozumieli, jak w zgodzie żyć z sąsiadami. Byli tak zatwardziali w swoich prymitywnych przekonaniach, że nigdy nie potrafili wyjść z tego "zabetonowanego kręgu". Niestety odbiło się to też na ich dzieciach, które wypełniając okropne zakazy rodziców stały się nielubiane.
                    • wirujacypunkt Re: Wychowałam się na podwórku 12.11.14, 16:42
                      Karen czytam i wiedzę, że opisujesz takie podwórka, jakie były także na Górnym Śląsku.
                      Do Twojego opisu powojennych podwórek nic już dodać nie można.

                      • k.karen Re: Wychowałam się na podwórku 12.11.14, 19:17
                        Cześć Wira smile
                        Tak, na Górnym Śląsku było podobnie smile
                        • sorel.lina Re: Wychowałam się na podwórku 13.11.14, 21:51
                          Na Śląsku, w Centrum, w Małopolsce, na Pomorzu... i pewnie w każdym innym zakątku wokół Wisły i Odry są takie podwórka. Każde z nich inne, a wszystkie jakoś do siebie podobne.
                          Nasze dzieciństwo, mozaiki wspomnień, po prostu życie. Nasze "podwórka"...
                          Kiedy tak Was czytam, to myślę sobie: tysiące, miliony takich "podwórek", to... Polska właśnie. smile
                          • 1zorro-bis Re: Wychowałam się na podwórku 14.11.14, 07:35
                            moje pierwsze podworko - jesli chodzi o stalych mieszkamcow to byla istny wieza Babel. Byla to nowa dzielnica wybudowana w latach 1948-1953. I kto tam nie mieszkal! Praktycznie wszyscy. To znaczy od chlopa do profesora, od kombatanta z Armii Andersa do NKWDzisty i UBeka.
                            A oprocz tego Grecy, Hiszpanie i polscy Zydzi, ktorzy wrocili z ZSRR. Byl klub hiszpanski, grecki i zydowski. I fajnie bylobig_grin

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka