Dodaj do ulubionych

Z pamiętnika emigrantki

26.12.16, 18:27
Blaski i cienie ( dużo cieni!) emigracji
Różowe okulary czas zdjąć.

Polska oczami reemigrantki: Wciąż brakuje kulturowej różnorodności. Dlatego dominują uprzedzenia
Grażyna Hanna Sadowska opowiada o życiu na emigracji i aklimatyzacji w ojczyźnie na nowo.

Jakub Knera: – Skąd decyzja o powrocie?


Grażyna Hanna Sadowska:
– Wyjeżdżając w 1988 r. do Niemiec z mężem i córką, chcieliśmy dać sobie kilka lat, żeby sprawdzić, czy to miejsce dla nas. W 1995 r. pojawiła się myśl o powrocie. Akurat skończył się kontrakt w mojej pierwszej pracy, nasza córka skończyła szkołę podstawową, a sytuacja w Polsce się zmieniła. To był dobry moment. Jednak mój mąż był innego zdania i chciał jeszcze zostać. Miałam wątpliwości, byłam na rozdrożu. Ale kiedy dostałam nową ofertę pracy w miejscowości pod Kolonią, postanowiliśmy zostać.

Ta praca to było poradnictwo psychologiczne dla emigrantów.
Z początku zajmowałam się ogólnym poradnictwem psychosocjalnym.
Pomagałam emigrantom odnaleźć się i urządzić w nowej rzeczywistości, napisać dobrze swoje CV, zaaklimatyzować się w życiu zawodowym, organizowałam kursy szkoleniowe i językowe, projekty integracyjne. Oczywiście już wówczas moje osobiste doświadczenia pomagały mi, miałam więcej empatii i zrozumienia.
Wprawdzie moje studia psychologiczne z Polski zostały uznane i mogłam posługiwać się tytułem dyplomowanego psychologa, ale potrzebowałam trochę czasu, zanim zaczęłam pracować w moim zawodzie. Na początku brakowało mi dodatkowej fachowej wiedzy, niemieckiego na dobrym poziomie, doświadczenia i nowych kompetencji. Kiedy zaczęłam pracę jako psycholog w Międzynarodowej Poradni Psychologicznej w Kolonii, punkt ciężkości przesunął się na rozmowy i sesje terapeutyczne, które dotyczyły problemów życiowych typowych dla wszystkich – ale ze specyficznym kontekstem migracyjnym. To była intrygująca praca, sama musiałam wiele się nauczyć i przerobić moje spojrzenie na inne kultury i narody, skorygować uprzedzenia i stereotypy, nauczyć się tolerancji i respektu dla innych od moich poglądów.

Jacy ludzie przychodzili?

Przedstawiciele różnych nacji, religii, kultury, wykształcenia, w różnym wieku, różnej płci i koloru skóry. O bardzo szerokim wachlarzu problemów. Emigracja i nowa rzeczywistość stawiały na głowie i na próbę ich dotychczasowe życie. Związki małżeńskie stawały się konfliktowe, często dochodziło do rozpadu rodzin, u dzieci i młodzieży pojawiały się problemy emocjonalne, a w następstwie wychowawcze. Przychodziły też osoby z dwukulturowych związków partnerskich – różnych konstelacji narodowościowych. Różnice światopoglądowe i kulturowe były, pomimo uczuć i emocji, nie do pokonania

Skąd decyzja o wyjeździe z Polski?

Każdy młody człowiek szuka różnych sposobów na życie. Fala ponownych strajków w Polsce pod koniec lat 80., po pierwszej euforii zwycięstwa Solidarności, okazała się ponownym czasem niepewności, braku perspektyw, szarości komunistycznej. Miałam poczucie, że tak już będzie zawsze. Czułam, że w Polsce nie da się normalnie żyć, przynajmniej w tamtym czasie. Nie mówiąc o braku podstawowych rzeczy do codziennej egzystencji, której symbolem stała się kultowa zdobycz – dumnie noszony naszyjnik z papieru toaletowego. Na początku lat 80. byłam z grupą międzynarodowej młodzieży na stypendium Uniwersytetu Gdańskiego w Antibes na Riwierze Francuskiej. To był inny świat. Kontrast był drastyczny. Postanowiłam, że muszę coś zmienić.

To spowodowało podjęcie decyzji o wyjeździe?

Pośrednio. Także mój charakter i osobowość otwarta na nowe doświadczenia i poszukująca nowych perspektyw. Wróciłam we wrześniu 1981 r. z Francji razem z Piotrem – moim przyszłym mężem – a w grudniu nastąpił stan wojenny. To był trudny czas i myśl o wyjechaniu z Polski zeszła na dalszy plan. Trzy lata później urodziła się nasza córka i próbowaliśmy się w Polsce urządzić, ale kiedy w 1988 r. znów zaczęły się strajki, nie mieliśmy wątpliwości, że chcemy wyjechać.

Wiadomo było, dokąd?

Do Francji albo Niemiec. W obu krajach mamy rodzinę – to skomplikowane losy migracyjne, nierzadko trudne i bolesne. W Niemczech żyje bliska rodzina mojego teścia. Natomiast moja teściowa pochodziła z Francji. Po wojnie poznała swojego przyszłego męża, z którym przeprowadziła się do Polski. We Francji zostali cała jej rodzina i przyjaciele, a w Polsce była obca i nie miała nikogo. Tęskniła za ojczyzną, nie mówiła dobrze w języku polskim, lepiej znała Marsyliankę niż Mazurek Dąbrowskiego. Podjęliśmy decyzję o wyjeździe ze względu na rodzinę w Niemczech oraz korzystne dla nas podstawy prawne i przesiedleńcze – dzięki pochodzeniu naszej rodziny – które dawały lepsze możliwości startu.

Co ułatwiały?

Łatwiej stawiać pierwsze kroki w obcym kraju przy wsparciu bliskich osób, do których masz zaufanie, a także kiedy status prawny daje szanse normalnej integracji. Byliśmy nietypową emigracją. Dzięki pochodzeniu naszej rodziny nabyliśmy najważniejsze prawa i przywileje. Przede wszystkim szansę dokształcania, nauki języka, ubezpieczenia, możliwość normalnej, bezpiecznej egzystencji.

To, co teraz wydaje się oczywiste, wtedy było trudne albo wręcz niemożliwe.

Poza tym w Europie wyczuwalna była w tych latach szczególna sympatia i przychylność dla Polski, która wyzwalała się z komunizmu. To dotyczyło także polskich emigrantów.

Ale w tamtych latach, żeby wyjechać na Zachód i dostać wizę do paszportu, konieczne było zaproszenie.
Piotr dostał je od brata z Francji. Ja podczas wspomnianego pobytu w Antibes poznałam Sigrid, terapeutkę z Wiednia, z którą się zaprzyjaźniłam i mam kontakt do dziś. Kiedy mieliśmy już konkretne plany i chcieliśmy wyjechać, bez żadnego problemu wysłała zaproszenie dla mnie i Agnieszki.

Dwa zaproszenia – do Austrii i Francji. Jak to pogodzić?

Mieliśmy też wizę tranzytową – do Niemiec. I tam – po drodze – zostaliśmy.

Jak wyglądały wasze początki po wyjeździe do Niemiec?

W testamencie w bloku nad Renem, który wybudował Ford w latach 70. dla swoich „Gastarbeiter”, obcokrajowców robotników, pochodzących z Włoch i Turcji. W całym bloku mieszkali tylko Polacy, którzy w tych czasach masowo przyjeżdżali do Niemiec. To oczywiście miało swoje wady i zalety. Nawzajem sobie pomagaliśmy i się wspieraliśmy. Łączył nas język.

A wady?

Kiedy jesteś w obcym miejscu, na początku szukasz kontaktów z osobami z twojego kraju, bo to daje poczucie bezpieczeństwa.
Ale spotykasz różnych ludzi i musisz być czujny. Szukasz bliskości i szybko darzysz zaufaniem osobę, której właściwie nie znasz. Wystarczy, że przyjechała z twojego kraju, mówi twoim językiem, do tego jest już dłużej i czuje się pewniej w obcej dla ciebie rzeczywistości. Rodacy często wykorzystywali naiwność nowo przybyłych.
Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: Z pamiętnika emigrantki 26.12.16, 18:45
      Na emigracji tak, jak i w Kraju - różnie bywa! A już na pewno o raj bardzo trudno!

      Polacy emigrowali i emigrują z różnych powodów - osobistych, zawodowych, politycznych, ekonomicznych... Trudno ich decyzje oceniać.
      Wielu z nich mimo wszystko - pragnie Polakami pozostać, bo Polakami się czują, bo mówią po polsku, choć wracać do kraju niekoniecznie chcą. Nie można się im dziwić. Mają w nowych krajach domy, rodziny, pracę, ułożone życie... niełatwo jest z tego rezygnować. Ale więź z Krajem pochodzenia pozostaje, silna... emocjonalna...
      Groźba wynarodowienia? Zapewne istnieje. Ale pamięć o korzeniach także. Jej siła zależy od rodziców, dziadków, rodziny... ich pamięci, ich chęci zachowania tradycji, ich więzi z tym, co polskie...
      Mój wnuk ma dylemat: komu kibicować w meczach footballowych - Polakom, czy Anglikom?
      Ot, problem! smile
      Oby tylko takie zmartwienia dotykały Polaków z kraju i spoza kraju! smile

      • 1zorro-bis Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 08:44
        Dzisiejsza "emigracja" - jesli to w ogole mozna nazwac emigracja - bo jest to raczej wyjazd za praca - jest o wiele, wiele latwiejsza i bardziej do zniesienia niz ta sprzed lat, gdy panowala w Europie zelazna kurtyna i Polska byla po tej drugiej, gorszej stronie....
        • hardy1 Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 11:00
          Tak, Zorro. Dzisiaj jest łatwiej wyjechać przy otwartych granicach. Ale sentymenty i różnice kulturowe pozostają. To chyba problem każdego emigranta.
          • 1zorro-bis Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 15:17
            Hardy....roznice kulturowe nie takie wielkie, a czasem zadne..... Przynajmniej dla Slazakow w Niemczech. Zostaja tylko sentymenty, ale imto sie powoli z czasem zaciera. A u dzieci albo wnukow tutaj urodzonych - nie istnieja juz w ogole.
            • sorel.lina Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 15:24
              Podobno sentymenty i poszukiwania swoich korzeni nasilają się w trzecim pokoleniu...
              • 1zorro-bis Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 15:58
                Lepiej nie, lepiej nie!big_grin
                sorel.lina napisała:

                > Podobno sentymenty i poszukiwania swoich korzeni nasilają się w trzecim pokolen
                > iu...
                • 1zorro-bis Re: Z pamiętnika emigrantki 27.12.16, 16:10
                  A propos wyksztalconych emigrantek.....
                  Wiesz Sorell.......tak sie zastanawiam, co by to bylo gdyby do domu dla niepelnosprawnych w ktorym pracuje pewna znana nam pani psycholog, przydzielono do jej grupy kilku niepelnosprawnyc....."ciapatych"? Jak myslisz, uzyla by gazu pieprznego czy tez by zwolnila sie sama z pracy?smirk

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka