wscieklyuklad
08.09.18, 11:30
Mamy bezprecedensowy wzrost nakładów na ochronę zdrowia, z Polski wyjechało „20-30 tysięcy” lekarzy, a koszt wykształcenia jednego z nich to nawet milion złotych – matołusz w Krynicy pomylił się nie jeden raz.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości realizuje bezprecedensowy wzrost nakładów na ochronę zdrowia – mówili zgodnie podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy matołusz i ministrowie. Wzrost nakładów, zapisany w ustawie o świadczeniach zdrowotnych, nie jest jednak – przynajmniej jeszcze – faktem, a jedynie obietnicą. Czy jednak na pewno nie było precedensu?
matołusz , skądinąd w przeszłości prezes dużego banku, podczas swojego wystąpienia postawił tezę, że PiS w ciągu trzech lat zwiększyło nakłady na ochronę zdrowia o niemal 1 punkt procentowy w odniesieniu do PKB. – W 2015 roku wydawaliśmy na ochronę zdrowia niespełna 4 proc. PKB, w tym roku nakłady wynoszą 4,86 proc. PKB – przekonywał premier z dużą pewnością w głosie. MP.PL od razu zakwestionowała te dane – wydatki publiczne w 2015 roku wynosiły bowiem nie 4 proc. PKB, a 4,44 proc. PKB. I nawet jeśli przyjąć za dobrą monetę, że tegoroczne zamkną się w 4,86 proc. PKB, pomyłka o niemal 0,5 punktu procentowego PKB nie powinna się zdarzyć nikomu, a już na pewno nie byłemu ministrowi finansów.
Nie chodzi jednak o proste wytykanie pomyłki czy, ostrzej mówiąc, posługiwania się nieprawdziwymi danymi (kłamstwem). Słowa matołusza trzeba skonfrontować z przeszłością, z minionymi dwoma dekadami. Bo zawyżenie danych dotyczących wzrostu nakładów (skąd on się wziął, do tego jeszcze wrócimy) to jedno. Sformułowanie „bezprecedensowy wzrost nakładów” – drugie.
Bo w ochronie zdrowia taki wzrost nakładów już raz nastąpił. Warto spojrzeć na dane historyczne. Dzięki decyzji o stopniowym podnoszeniu składki zdrowotnej z poziomu 7,75 proc. do poziomu 9 proc., która zapadła w 2002 roku dzięki fortelowi ówczesnego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego i dwóch posłów PiS (Bolesława Piechy i Tadeusza Cymańskiego), budżet NFZ powiększał się od 2003 co roku o ok. 2,5-3 mld zł, a po 2006 roku – przede wszystkim dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze gospodarczej – przyrost środków wyraźnie przyspieszył, aż do roku 2009 (choć składka przestała rosnąć w 2007 roku).
Wzrost składki zdrowotnej następował w tempie 0,25 punktu procentowego – i choć oznaczał wzrost obciążenia podatkowego, rację mieli ci, którzy w 2002 roku przeprowadzili tę operację. – Najbiedniejsi będą obciążeni kwotą 95 groszy miesięcznie, a ci, którzy płacą najwyższą składkę: 6 zł. W głosowaniu będziecie musieli zdecydować o tym, czy dalej będziemy patrzyli, jak służba zdrowia upada, czy też będziemy starali się pomóc, decydując o tej niewielkiej kwocie – mobilizował posłów minister zdrowia. – Zwiększając składkę, rzucamy koło ratunkowe służbie zdrowia – wtórował mu poseł Piecha. Mariusz Łapiński i rząd SLD w ochronie zdrowia zapisali się raczej czarnymi zgłoskami – ale tej jednej realnej zasługi nie można im odebrać. Podobnie jak trudno nie pamiętać, że decyzja ta nie mogłaby zapaść, gdyby nie współpraca z częścią opozycji (przeciw podniesieniu składki głosowała Platforma Obywatelska).
Efekty były naprawdę spektakularne. I naprawdę bezprecedensowe – gdy w 2003 roku nakłady publiczne na ochronę zdrowia nie przekraczały 35 mld zł, w 2007 przekroczyły 51 mld zł, a w 2009 roku (pierwszym roku kryzysu) wyniosły 70 mld zł. W ciągu siedmiu lat nastąpiło podwojenie wydatków na ochronę zdrowia.
Znaczenie decyzji dotyczącej wzrostu nakładów na ochronę zdrowia z 2002 roku trudno przecenić. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do obecnej ustawy 6 proc. PKB na zdrowie precyzyjnie wskazywała ona źródło finansowania.
Prezes NFZ Andrzej Jacyna jeszcze przed wakacjami mówił o obawach wynikających z faktu, że choć ustawa o świadczeniach zdrowotnych zawiera „mapę drogową” i obietnicę wzrostu finansowania, nic nie mówi o tym, skąd będą pochodzić pieniądze. A tych, na realizację kolejnych zadań, jakie rząd stawia przed NFZ, potrzeba coraz więcej. Podczas jednej z sesji Forum Ekonomicznego Jacyna mówił, że najprawdopodobniej zostały niedoszacowane koszty podwyżek dla specjalistów i Fundusz będzie musiał znaleźć na ten cel dodatkowe środki. Ile? Nie wiadomo. Na szczęście przychody ze składki zdrowotnej są tak duże, że prawdopodobnie będzie możliwa kolejna zmiana planu finansowego (być może jeszcze we wrześniu) i przekazanie świadczeniodawcom dodatkowych pieniędzy.
A co z relacją wydatków na zdrowie do PKB? Tak niski wskaźnik, o jakim mówił premier Mateusz Morawiecki (niespełna 4 proc.) ginie w mrokach niepamięci, choć warto podkreślić, że w porównywaniu danych należy zachować ostrożność, zwłaszcza gdy pochodzą one z różnych źródeł. Według danych OECD w 2000 roku polskie publiczne wydatki na ochronę zdrowia wynosiły 4,2 proc. PKB, w 2001 – 4,5 proc. (dane GUS za ten okres mówią odpowiednio o 4,5 i 4,8 proc. PKB), co pokazuje, po pierwsze, jak zwodniczy bywa wskaźnik relacji wydatków do PKB, po drugie – jak istotną rolę odgrywa tempo wzrostu gospodarczego, a zwłaszcza – sytuacja na rynku pracy, na którą składa się zarówno poziom bezrobocia, poziom zatrudnienia, jak i dynamika wzrostu płac. W ostatnich latach to właśnie tym trzem czynnikom zawdzięczamy bardzo szybki przyrost wolumenu składki zdrowotnej, która o kilka miliardów złotych rocznie przekracza i tak bardzo optymistyczne założenia makroekonomiczne. Warto przy tym wspomnieć, że ten niezależny od budżetu państwa mechanizm finansowania ochrony zdrowia (składkowy) był przez wiele lat solą w oku polityków PiS, którzy deklarowali likwidację Funduszu. Dziś nieoficjalnie można usłyszeć, że był to błąd. Pomyłka.
A skoro jesteśmy przy pomyłkach… matołusz w Krynicy mylił się w kwestiach finansowych nie raz. I znów – o miliardy złotych. – Będąca na dorobku Polska sfinansowała służbę zdrowia bogatym krajom – stwierdził, odnosząc się do faktu emigracji zarobkowej lekarzy, których z Polski wyjechało, według premiera, nawet „20-30 tysięcy”. Koszt wykształcenia lekarza ocenił zaś na pół miliona, nawet milion złotych. To znów oczywista nieprawda – świadczą o tym zarówno cenniki studiów niestacjonarnych na uczelniach publicznych i prywatnych (rok studiów na kierunkach lekarskim i lekarsko-dentystycznym kosztuje od 30 do 40 tysięcy złotych w zależności od uczelni i kierunku), jak i ministerialne wyliczenia, przedstawione wiosną przy okazji rozporządzenia zwiększającego limit miejsc na kierunkach lekarskich. „W odniesieniu do kierunku lekarskiego do obliczenia kosztu zwiększenia limitu przyjęć przyjęto założenie, że roczny koszt kształcenia jednego studenta na kierunku lekarskim wynosi 33 222 zł” – stwierdził minister zdrowia.
Nawet jeśli przyjąć, że z pieniędzy publicznych finansowane jest również staż lekarski i zdobywanie przez lekarzy specjalizacji, to po pierwsze warto zauważyć, że nie wszyscy specjalizują się na koszt państwa, po drugie – że również rezydenci, pobierający wynagrodzenie z budżetu, równocześnie pracują. Tak czy inaczej, koszt wykształcenia lekarza niewiele przekracza 200 tysięcy złotych.
Żródło Kurier MP, Małgorzata Sołecka
Założyłem osobny wątek bo to bełkot o Ochronie Zdrowia.
W tekście oryginalnym usunąłem mylne określenie premier MM. zastępując je jedynie urawnionym - matołuszek.