Dodaj do ulubionych

List tygodnia

25.09.07, 18:49
Miłość boli. W twoim wypadku. chce być ojcem dla dziecka. ok
Ale czy to znaczy ze powinien być z tą kobietą?
On dokonał wyboru. a ty cierpisz. Nic nie jest czarnobiałe. Odezwij sie do
swoich przyjaciół niech Cie wyciągną na powierzchnię, Nie zatracaj sie w bólu.
Obserwuj wątek
    • dziewczyna_z_marsa List tygodnia 25.09.07, 19:31
      Znam podobną historie ze swojego życiorysu. Odejdź od niego jak
      najszybciej, wyprowadź się, cokolwiek. Taki facet to mimo wszytko
      tchorz i nie jest wiele wart. Możesz powiedzieć że to odwaga zajac
      sie dzieckiem ale kompletną głupotą jest fundowanie dziecku rodziny
      ktora sie od poczatku nie kocha. A on jest tchorzem skoro nie
      potrafi być z kobietą ktorą kocha i jednocześnie być odpowiedzialny
      za swoje dziecko. To jest drugoligowiec. Zapomniej o nim.
    • iguana_36 Ten facet, to dupek 26.09.07, 11:45
      i to nie dlatego, że (niby) postanowił wychować swoje dziecko, ale
      dlatego, że nie stać go na jednoznaczną decyzję. Nie można mieć
      wszystkiego, nie raniąc innych. On zostawia sobie autorkę listu
      niejako w odwodzie; przecież to widać gołym okiem. Chciałabym
      widzieć jego reakcję, kiedy owa autorka znajdzie sobie kogoś, kto ją
      przytuli... Zachowa się, jak pies ogrodnika. Zakład?! Uciekać od
      takiego, choćby nie wiem jak bolało (!).
    • naels List tygodnia 26.09.07, 11:53
      Po przeczytaniu listu musze powiedziec, ze bardzo ci wspolczuje i
      chyba nawet nie jestem w stanie wyobrazic sobie, jak cierpisz.
      szczerze mowiac, nie do konca jednak rozumiem cala sytuacje. Przede
      wszystkim nie zgadza mi sie chronologia. Twierdzisz, ze poznaliscie
      sie pol roku temu, natomiast o tym, ze twoj ukochany ma zostac
      ojcem, dowiedzieliscie sie kilka dni temu. To kiedy wlasciwie jego
      byla zaszla w te ciaze? Piszesz, ze zanim wy zaczeliscie byc razem -
      czyli co, pol roku temu? I dopiero w szostym miesiacu zauwazyla, ze
      jest w ciazy, i raczyla go poinformowac? Troche dziwne, nie uwazasz?

      Najlepiej dla ciebie bedzie, jesli zapomnisz o nim jak najpredzej -
      szczegolnie, ze mi sie ta cala sytuacja wydaje z lekka podejrzana.
      Facet natomiast wydaje sie byc niedojrzaly - z jednej strony chce
      stworzyc rodzine z kobieta, ktorej zrobil dziecko i ktora rzekomo
      kocha, z drugiej strony nie chce sie rozstawac z toba, bo tak
      fajnie "pozytywnie toksycznie" na niego dzialasz. No pewnie, super
      sytuacja, rano dziecko i rodzinka, wieczorem pozytywna kochanka,
      ktory facet by tak nie chcial? Przestan do niego dzwonic, otrzasnij
      sie, wyjdz do ludzi, bo w obecnej sytuacji nic dobrego cie nie
      spotka - facet albo w koncu dojrzeje i zerwie z toba kontakt, wiec
      im szybciej, tym lepiej, albo bedziesz musiala zgodzic sie na
      ponizajaca pozycje "tej trzeciej".
    • g_ana List tygodnia 26.09.07, 12:54
      nie wiem, czy pielegnowanie w sobie zlych emocji kiedykolwiek ulzylo
      komus w cierpieniu. Prawda jest taka, ze kazdy niemal przechodzil
      podobne dramaty. Sztuka jest obrocenie bolu w cos konstruktywnego.

      Polecam Anthonego de Mello - "Przebudzenie"

      i daj sobie czas.
    • miss_a Re: List tygodnia 26.09.07, 13:19
      Przepraszam, ale nie rozumiem wypowiedzi moich poprzedniczek: niby w czym sie
      manifestuje "tchorzostwo" tego chlopaka? W tym, ze zamiast wypiac sie na dziecko
      i jego matke, i zyc dlugo i szczesliwie z inna, postanowil wziac na siebie
      odpowiedzialnosc? Dla mnie to jest akt bohaterstwa.
      • ningpo Re: List tygodnia 29.09.07, 18:55
        A komu jest potrzebny ten akt bohaterstwa? Jemu, kobiecie oczekującej dziecka?
        Dziecku?
        Co będzie szczęśliwe w nieszczęśliwej rodzinie?
        Można być ojcem, niekoniecznie mężem.
    • mtrzeb List tygodnia 26.09.07, 14:18
      A gdzie tu bohaterstwo? Facet sobie gra na dwa fronty. Znam takich, niestety.
      Poprzedniczki maja racje - jak sie babka sama od niego nie odłączy, to będzie
      przychodził w momencie, gdy będzie mu "źle" (biedaczek). Wywalić go za drzwi i
      więcej nie oglądać (pasożyt!).
      • miss_a Re: List tygodnia 26.09.07, 14:24
        Gra na dwa fronty? No nie wiem... Mial dziewczyne, zakochal sie w innej, zerwal
        stary zwiazek. Nastepnie dowiedzial sie, ze byla jest w ciazy, wiec dla dobra
        dziecka zdecydowal sie wrocic. Przeciez zrobil to ze wzgledu na dziecko, a nie
        dlatego, ze takie mial widzimisie!
      • mamamaksika5 Re: List tygodnia 26.09.07, 14:28
        ja tez mysle ze to z jego strony wygodnictwo i gdzies juz kiedys to
        slyszalam ze najchetniej jeden tez chcialby miec obie kobiety...
        matke jego dziecka na codzien i "kolezanke" na weekendy i tez nie
        umial wybrac.... ja mysle ze jezeli autorka listu sama nie zerwie
        tego zwiazku/znajomosci to moze sie to jeszcze dlugo ciagnac bo
        rozumiem ze jemu jest dobrze w takim ukladzie - tutaj emocjonujace
        spotkania a tam cieplo domowego ogniska i spelnianie sie jako ojciec
        ale beda chyab jeszcze gorsze skutki i wiekszy bol...
    • minkat Patologia,to bycie z kims, kogo sie nie kocha. 29.09.07, 21:38
      Dzieci nie sa glupie, widza, ze cos nie jest w porzadku. Pisze z doswiadczenia.
    • niedoszlasamobojczyniwciazy Re: List tygodnia 01.10.07, 14:55
      Najpierw apel do Moniki, z WO (nr 38).
      Dziewczyno! Tego kwiatu pół światu! Przeżyjesz! Co Cię nie zabije to
      Cię wzmocni! Nie był Ci pisany! Czas leczy rany! I wiele
      innych „złotych”, dziś dla Ciebie irytujących haseł, Ci zaserwuję,
      którym kiedyś przyznasz rację.
      Jego była w ciąży?
      Chcesz posłuchać REAL fucked up story?
      Otóż ja również byłam z kimś kilka miesięcy, “wspólne wyjazdy, każda
      chwila spędzana z nim i wszystko to co piękne, co wiąże się z
      kochaniem”.
      To się skończyło. Dlaczego? Bo źli ludzie są wśród nas. A mój
      ukochany, o którym myślałam, że jest tak błyskotliwy i dojrzały,
      okazał się zwykłym gó..arzem, podatnym na manipulacje, wierzącym w
      plotki i niedojrzałym na tyle, by spojrzeć mi w twarz i porozmawiać.
      Zaufał im, nie mi. Siła plotki jest tak potężna i fascynująca jak
      głupota tłumu.
      Potraktował mnie na pożegnanie jak szmatę i tyle go widzieli.
      Usłyszałam bluzgi, których nie powstydziłby się żaden hooli-kibol.
      Przez szok, nie uroniłam łzy przez wiele tygodni.
      Ale ta historia jest na książkę, nie na ten list. Na ten list, jest
      ciąg dalszy.
      Po wszystkim dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ironia losu? Żart
      Boga? Łoeva, c’est la vie.
      Początkowo głowiłam się czy w ogóle mu mówić, wiedziałam już za kogo
      mnie uważa, i nic od niego nie chciałam. Ale pomyślałam, że powinien
      wiedzieć. Dzwoniłam, pisałam, nie wierzy… Czemu? Bo okłamałam go
      kiedyś? Nigdy. I co? Jest to możliwe? Jest! Wystarczy, że powie „nie
      wierzę” i ma z głowy! Co miałam zrobić? Wysłać test ciążowy pocztą?
      Powie, że kupiony. Wysłać wyniki bhcg? Powie, że podrabiane! Przy
      okazji usłyszałam tylko, że nawet jeśli jestem w ciąży, to pewnie
      się z kimś puściłam... Chłopak z tzw. dobrego domu, wykształceni
      rodzice, zajmujący państwowe stanowiska, on również po studiach.

      Poddałam się. Pomyślałam „sama podejmę decyzję”. Całe życie
      przeciwko aborcji, hipokrytycznie podjęłam decyzję o jej dokonaniu.
      Dwa razy zdezerterowałam z zabiegu. Nie było nikogo, kto
      utwierdziłby mnie w przekonaniu, że decyzja jest dobra. Bałam się,
      że się nie obudzę, że zrobią mi krzywdę, okaleczą, że nie będę mogła
      poradzić sobie z konsekwencjami psychicznymi.
      Dziś jestem w piątym miesiącu. Członkowie jego rodziny widywali mnie
      na ulicy, i choć przypominam już raczej wielorybkę niż rybkę, oni
      widzą co chcą widzieć, czyli nic.

      Próbuję wmówić sobie dobre strony sytuacji, np. że nienawidziłby
      mnie za to dziecko, byłam już raz w ciąży, zrównał mnie z ziemią, za
      to że śmiałam w nią zajść. Jak widać jestem nad wyraz płodną istotą,
      być może dlatego, że będąc z nim brałam tabletki antykoncepcyjne non
      stop, bez koniecznej 7dniowej przerwy, po to byśmy mieli komfort w
      te nasze weekendy i wycieczki. Usłyszałam, że albo usunę albo się
      dziecka wyrzeknie. A gdy wyszłam uśmiechnięta z USG uderzył mnie w
      brzuch. Tej samej nocy poroniłam.

      Powoli dochodzę do siebie, emigrowałam, moi rodzice o niczym nie
      wiedzą, myślą, że pracuje i tyle, ciąża bardzo pozytywnie wpływa na
      mój organizm, ponieważ wcześniej poważnie chorowałam. Jest trochę
      łatwiej, poznałam kogoś kto pokochał mnie i moje nienarodzone
      dziecko, choć ja jestem emocjonalnym trupem. Chce bym była jego
      żoną. Związku nie skonsumowaliśmy. Nie jestem w stanie nikogo
      dotknąć, po tym, jak oddawałam całą siebie osobie, którą kochałam,
      tylko po to, by mnie zdeptała. Moim jedynym szczęściem, było jego
      szczęście i dążenie do niego. Wiem, że nigdy nie spocznę duchowo.
      Nikomu nie życzę, by doświadczył co znaczy ta frustracja i
      rozczarowanie gatunkiem ludzkim, tak wielki i nieopisany żal. Nie
      chcę nic od biologicznego ojca, prawdopodobnie nigdy nie dowie się,
      że mówiłam prawdę, nigdy nie zobaczy swego dziecka, tym bardziej, że
      zastanawiam się nad oddaniem go do adopcji w Anglii.
      Czy mi też można powiedzieć „czas leczy rany”? „co cię nie zabije to
      cię wzmocni”? Moniko, ja go kochałam nad życie, bez górnolotnej
      przesady, myślę, że kocham dalej, że już nigdy tak nie pokocham. Jak
      mogę nie brzydzić się nim po tym co mi zrobił? Rozpoznaję swoje
      emocje wyobrażając sobie czy byłoby mnie stać na to, by na przykład
      opiekować się nim, gdyby stał się niedołężny i został sam. Tak,
      robiłabym to, bez wypominania i łaski. Robiłabym to z oddaniem i
      sercem.
      Nie ma równowagi na świecie, są źli ludzie i krzywdy wyrządzane
      pozostałym uchodzą im na sucho, z tym pogodzić się nie mogę.
      Jak trudno jest uwierzyć, że ta sama osoba, która mówiła, o wspólnej
      przyszłości, wyzywa od najgorszych, jak trudno jest uwierzyć, że TEN
      czuły inteligentny i mądry mężczyzna, przy którego obecności nie raz
      płakałam ze szczęścia (!) jest zupełnie kimś innym i nie przyznaje
      się do własnego dziecka, niczym gwałciciel. Czy zrobiłam kiedyś
      komuś krzywdę, za którą zasłużyłam na taki los?
      Zrobiłam kiedyś krzywdę pewnej osobie, której nie znałam. Kiedy
      poznawałam ojca dziecka, kiedy rodziła się nasza miłość
      rozpoczynająca się od flirtu, nie miałam pojęcia, że on miał
      dziewczynę. Potem, kiedy byliśmy razem już kilka miesięcy,
      dowiedziałam się od niego, że on nawet nigdy z nią nie porozmawiał,
      byłam pewna, że choć tyle szacunku jej okazał, a okazało się, że
      nie… Czuję się winna. Tej dziewczynie oczywiście wyszło to na dobre,
      ale wiem, że pośrednio ją zraniłam, czego nie chciałam.

      Łapię się na tym (czego się wstydzę), że tęsknię, coraz więcej i
      częściej płaczę, szybko przypominam sobie wtedy jak mnie
      potraktował, ale miłość jest ślepa i głupia. Jednak nie myślę o tym
      czy dotyka inną, jest mi to obojętne, nie życzę mu źle. Nigdy bym do
      niego nie wróciła, myślę tylko o tym, by kiedyś go olśniło i by
      umiał się do tego przed samym sobą przyznać.

      Mój dawny ukochany! Będziesz miał syna gdzieś na końcu świata,
      którego będę wychowywać (jeśli będzie mi to dane) tak, by nie dawał
      się manipulować, by zawsze najpierw rozmawiał, by nie reagował
      agresją na problem, by rozmawiał, nie krzyczał.
      PSYCHICZNA
    • echtom Re: List tygodnia 01.10.07, 22:33
      Wszyscy śmieją się z tych, którzy czekają z rozpoczęciem współżycia
      do ślubu, a życie pokazuje, że wcale nie są tacy głupi.
    • niedoszlasamobojczyniwciazy List tygodnia 08.10.07, 12:27
      Najpierw apel do Moniki, z WO (nr 38).
      Dziewczyno! Tego kwiatu pół światu! Przeżyjesz! Co Cię nie zabije to
      Cię wzmocni! Nie był Ci pisany! Czas leczy rany! I wiele
      innych „złotych”, dziś dla Ciebie irytujących haseł, Ci zaserwuję,
      którym kiedyś przyznasz rację.
      Jego była w ciąży?
      Chcesz posłuchać REAL fucked up story?
      Otóż ja również byłam z kimś kilka miesięcy, “wspólne wyjazdy, każda
      chwila spędzana z nim i wszystko to co piękne, co wiąże się z
      kochaniem”.
      To się skończyło. Dlaczego? Bo źli ludzie są wśród nas. Bo „kolega
      siostry mówił, że jesteś suką”. A mój ukochany, o którym myślałam,
      że jest tak błyskotliwy i dojrzały, okazał się zwykłym gó..arzem,
      podatnym na manipulacje, wierzącym w plotki i niedojrzałym na tyle,
      by spojrzeć mi w twarz i porozmawiać. Zaufał im, nie mi. Siła plotki
      jest tak potężna i fascynująca jak głupota tłumu.
      Potraktował mnie na pożegnanie jak szmatę i tyle go widzieli.
      Usłyszałam zarzuty o działanie, tak bardzo niezgodnie z moją
      osobowością, że zrozumiałam, że cały ten czas myślał, że jest z kimś
      innym, usłyszałam bluzgi, których nie powstydziłby się żaden hooli-
      kibol. Przez szok, nie uroniłam łzy przez wiele tygodni.

      Komuś ewidentnie zależało na tym, by nam nabruździć. Ja również
      otrzymywałam różną drogą informacje o jego rzekomych niezdrowych i
      niepokojących relacjach z siostrą, o tym, że sfrustrowana siostra
      mająca problemy ze stworzeniem poważnego długotrwałego związku,
      próbuje zrekompensować sobie braki co najmniej emocjonalne,
      relacjami z bratem. Że zazdrośnie mówi do niego „nie bądź
      pantoflarzem” ilekroć on wybiera się do swojej dziewczyny. A nawet
      szczegóły jej relacji z mężczyznami, ponieważ świat jest mały. Nie
      chciałam wierzyć w plotki, wolałam budować swoje relacje z ludźmi na
      podstawie własnych doświadczeń. Wszystko puszczałam mimo uszu,
      wiedząc (wówczas) jakim człowiekiem jest mój ukochany i wierząc
      tylko w to co widziałam patrząc na niego sercem, nie oceniając
      oczyma zawistnych ludzi.

      Ale ta historia jest na książkę, nie na ten list. Na ten list, jest
      ciąg dalszy.
      Po wszystkim dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ironia losu? Żart
      Boga? Łoeva, c’est la vie.
      Początkowo głowiłam się czy w ogóle mu mówić, wiedziałam już za kogo
      mnie uważa, i nic od niego nie chciałam. Ale pomyślałam, że powinien
      wiedzieć. Dzwoniłam, pisałam, nie wierzy… Czemu? Bo okłamałam go
      kiedyś? Nie, nigdy. Bo kolega siostry powiedział, że „takie akcje są
      dla mnie normalne”, że ogólnie jestem „pie_dolnięta w głowę” ale bez
      przykładów.I co? Jest to możliwe? Jest! Wystarczy, że powie „nie
      wierzę” i ma z głowy! Co miałam zrobić? Wysłać test ciążowy pocztą?
      Powie, że kupiony. Wysłać wyniki bhcg? Powie, że podrabiane! Przy
      okazji usłyszałam tylko, że nawet jeśli jestem w ciąży, to pewnie
      się z kimś puściłam... Chłopak z tzw. dobrego domu, wykształceni
      rodzice, zajmujący państwowe stanowiska, on również po studiach.

      Poddałam się. Pomyślałam „sama podejmę decyzję”. Całe życie
      przeciwko aborcji, hipokrytycznie podjęłam decyzję o jej dokonaniu.
      Dwa razy zdezerterowałam z zabiegu. Nie było nikogo, kto
      utwierdziłby mnie w przekonaniu, że decyzja jest dobra. Bałam się,
      że się nie obudzę, że zrobią mi krzywdę, okaleczą, że nie będę mogła
      poradzić sobie z konsekwencjami psychicznymi.
      Dziś jestem w piątym miesiącu. Członkowie jego rodziny widywali mnie
      na ulicy, i choć przypominam już raczej wielorybkę niż rybkę, oni
      widzą co chcą widzieć, czyli nic.

      W końcu ponieważ (jak usłyszałam później) „koleżanka siostry
      widziała cię z piłką na brzuchu” (…) spotkał się ze mną, by upewnić
      się, że JEŻELI jestem w ciąży, nie będę nic od niego z tego tytułu
      chciała, bo jeżeli tylko spróbuję, pożałuję. Zrobiłam w łazience
      kolejny test ciążowy, by mu udowodnić (na co nie mam pojęcia czemu
      się zgodziłam) po czym uznał, że go podmieniłam. Na zakończenie
      uznał, że mam wzdęcie lub mięsień piwny, bo mam za mały brzuch jak
      na jego oko i piąty miesiąc.

      Nawet jeżeli ten list na to nie wskazuje, mam na tyle poukładane w
      głowie, by nic od tej osoby w kwestii dziecka nie chcieć, jednak
      zależało mi bardzo by po prostu WIEDZIAŁ! Czy to źle? Czy powinnam
      odpuścić? Odpuściłam, ale najpierw błagałam, by poszedł ze mną na
      USG, by przyjął wyniki badań, powiedział, że po podmienieniu testu
      nie uwierzy nawet jak urodzę mu na ręce i nie chce nic widzieć.

      Patrząc w lustro nie wierzę już samej sobie w nic, patrzę w lustro i
      widzę tę zakłamaną osobę, którą widzą, lub chcą wiedzieć, oni. Jak
      dobrze, że mam wielu przyjaciół i prawdą jest, że poznaje się ich w
      trwodze. Każdy mi mówił „swoje zrobiłaś, co mogłaś – zrobiłaś, teraz
      żyj dalej, to jego problem, że zachował się jak buc”.

      Powoli dochodzę do siebie, emigrowałam, moi rodzice o niczym nie
      wiedzą, ponieważ Matka straciła do mnie jakikolwiek szacunek po tym,
      że zadałam się z takim „psem jak on” o czym nie omieszkała mi
      powiedzieć, nie cedząc zresztą przy tym słów. Rodzice myślą, że
      pracuje za granicą i tyle, ciąża bardzo pozytywnie wpływa na mój
      organizm, ponieważ wcześniej poważnie chorowałam. Jest trochę
      łatwiej, poznałam kogoś kto pokochał mnie i moje nienarodzone
      dziecko, choć ja jestem emocjonalnym trupem. Chce bym była jego
      żoną. Związku nie skonsumowaliśmy. Nie jestem w stanie nikogo
      dotknąć, po tym, jak oddawałam całą siebie osobie, którą kochałam,
      tylko po to, by mnie zdeptała. Moim jedynym szczęściem, było jego
      szczęście i dążenie do niego. Wiem, że nigdy nie spocznę duchowo.
      Nikomu nie życzę, by doświadczył co znaczy ta frustracja i
      rozczarowanie gatunkiem ludzkim, tak wielki i nieopisany żal. Nie
      chcę nic od biologicznego ojca, prawdopodobnie nigdy nie dowie się,
      że mówiłam prawdę, nigdy nie zobaczy swego dziecka, tym bardziej, że
      zastanawiam się nad oddaniem go do adopcji w Anglii.

      Czy mi też można powiedzieć „czas leczy rany”? „co cię nie zabije to
      cię wzmocni”? Moniko, ja go kochałam nad życie, bez górnolotnej
      przesady, myślę, że kocham dalej, że już nigdy tak nie pokocham. Jak
      mogę nie brzydzić się nim po tym co mi zrobił? Rozpoznaję swoje
      emocje wyobrażając sobie czy byłoby mnie stać na to, by na przykład
      opiekować się nim, gdyby stał się niedołężny i został sam. Tak,
      robiłabym to, bez wypominania i łaski. Robiłabym to z oddaniem i
      sercem.
      Nie ma równowagi na świecie, są źli ludzie i krzywdy wyrządzane
      pozostałym uchodzą im na sucho, z tym pogodzić się nie mogę.
      Jak trudno jest uwierzyć, że ta sama osoba, która mówiła, o wspólnej
      przyszłości, wyzywa od najgorszych, jak trudno jest uwierzyć, że TEN
      czuły inteligentny i mądry mężczyzna, przy którego obecności nie raz
      płakałam ze szczęścia (!) jest zupełnie kimś innym i nie przyznaje
      się do własnego dziecka, niczym gwałciciel. Czy zrobiłam kiedyś
      komuś krzywdę, za którą zasłużyłam na taki los?
      Łapię się na tym (czego się wstydzę), że tęsknię, coraz więcej i
      częściej płaczę, szybko przypominam sobie wtedy jak mnie
      potraktował, ale miłość jest ślepa i głupia. Jednak nie myślę o tym
      czy dotyka inną, jest mi to obojętne, nie życzę mu źle. Nigdy bym do
      niego nie wróciła, myślę tylko o tym, by kiedyś go olśniło i by
      umiał się do tego przed samym sobą przyznać.

      Zemsta nie leży w mojej naturze. Mam gdzieś alimenty itp. Ale jak
      bardzo boli słyszeć „spróbujesz rościć czegoś w kwestii dziecka to
      pożałujesz”, nie dlatego, że coś was łączyło, że mówi to ktoś kogo
      się kochało i ufało się mu, ale dlatego, że ktoś może osądzać Cię tą
      miarą, że mówi o sądach i pieniądzach, kiedy Ty marzysz tylko o tym,
      by jak ludzie porozmawiać, i o tym by ustalić coś w sprawie
      elegancko, cywilizowanie i kulturalnie. Wyobrażam sobie to na
      przykład tak: „wiesz, j
      • niedoszlasamobojczyniwciazy Re: List tygodnia 08.10.07, 12:37
        Wyobrażam sobie to na przykład tak: „wiesz, jestem w ciąży i
        zamierzam urodzić to dziecko, ponieważ nie jesteśmy już razem,
        chciałabym wiedzieć jak Ty sobie wyobrażasz swój udział, jeśli w
        ogóle”, na co on mówi: „przykro mi, ale nie chcę mieć nic wspólnego
        z tym dzieckiem, co z alimentami?”, na co ja mówię: „jeśli nie
        chcesz mieć nic wspólnego, to ok, szanuję Twoją decyzję i wiedz, że
        nie zamierzam rościć nic od Ciebie i żądać czegokolwiek w
        przyszłości”, na co podajemy sobie ręce i się żegnamy… Dlaczego tak
        nie może być?? Czy ja jestem z innej planety?

        Nie mam ochoty na czułości, ale tylko tak będziesz wiedział, że to
        do Ciebie: Krzywy Piersiaczku, czemu tak nisko zszedłeś?!
        Mój dawny ukochany! Będziesz miał syna gdzieś na końcu świata,
        którego będę wychowywać (jeśli będzie mi to dane) tak, by nie dawał
        się manipulować, by zawsze najpierw rozmawiał, by nie reagował
        agresją na problem, by rozmawiał, nie krzyczał.

        PSYCHICZNA KŁAMCZUCHA

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka