Gość: ballest
IP: *.dip.t-dialin.net
06.01.04, 16:57
Lista wzywających pomocy jest coraz dłuższa. Koncern utylizacji śmieci Mühl
AG w Turyngii, zatrudniający 3,8 tys. pracowników, przestał spłacać odsetki
od kredytu w wysokości 250 mln euro. Właściciel firmy Thomas Wolf widział
tylko jedną szansę: ogłosić niewypłacalność, a potem przedłożyć koncepcję
uzdrowienia przedsiębiorstwa, by dostać... kolejne kredyty.
Jak odnotował Federalny Urząd Statystyczny, podczas sprawowania władzy przez
koalicję SPD i Zielonych liczba bankructw wzrosła aż o 14 proc. - z 27 800 w
1998 r. do 32 300 w 2001 r. Co więcej, ekonomiści przewidują, że najgorsze
dopiero nastąpi. Przyczyn tego zjawiska szuka się wszędzie: w recesji, złej
polityce gospodarczej i finansowej rządu, nazbyt restrykcyjnym prawie pracy,
złym zarządzaniu przedsiębiorstwami i złej polityce kredytowej. Politycy
odpowiedzialnością za bankructwa firm obarczają banki, oskarżając ich o
finansowanie ryzykownych poczynań koncernów, a przedsiębiorcy skarżą się, że
tracą grunt pod nogami właśnie z powodu... zbyt ostrych kryteriów
stosowanych w przyznawaniu kredytów.
Spory trwają, a liczba bankructw roś-nie. Mimo prognoz ożywienia w
gospodarce Stefan Karpenstein, rzecznik Gospodarczych Służb Informacyjnych
Creditreform, spodziewa się, że w tym roku splajtuje aż 40 tys. firm. Jak
zauważył komentator "Berliner Zeitung", pisząc o groźbie bankructwa koncernu
Herlitz, "słowo plajta brzmi strasznie, lecz wcale nie znaczy, że miejsc
pracy nie da się uratować - być może ogłoszenie upadłości to jedyna realna
szansa na nowy początek". Byłby to zarazem początek końca fikcji "społecznej
gospodarki rynkowej".