Słowianie

29.09.04, 22:18
Tajemniczy lud Słowianie

Słowianie pojawiają się na europejskiej arenie historii jak diabeł z pudełka,
wręcz jako ostatni, najmłodszy z osiadłych, to jest nie-koczowniczych,
nie-stepowych ludów. Starożytność grecka i rzymska sprzed okresu Wędrówek
Ludów nie zna ich wcale. Były wprawdzie domysły, aby za pra-Słowian uważać
Neurów i Budynów wspomnianych przez Herodota na marginesie wydarzeń wśród
Scytów około 500 roku pne., ale pierwsze pewne wiadomości o Słowianach
pochodzą dopiero z czasów równo tysiąc lat późniejszych, kiedy Prokop(iusz) z
Cezarei, przyboczny historyk i propagandysta Belizariusza, "ministra wojny"
wschodnio-rzymskiego cesarza i wielkiego odnowiciela Cesarstwa, Justyniana,
spotyka ich gdzieś nad Dunajem. Autorzy z szóstego wieku ne. piszą o
Słowianach jako o ludzie nowym, i wcześniej nie znanym, i dziwią się ich
obyczajom. Z trudem można dopatrzyć się niepewnych śladów ich obecności wśród
wojsk Hunów Atylii, a więc z połowy lat 400-nych. Wcześniej historia grecka,
rzymska, germańska ich nie zna (jak również chińska, która wcześniej niż
Europejczycy zauważyła obecność Hunów, Alanów i Antów na Stepach). Również w
zabytkach archeologicznych obecność Słowian daje się stwierdzić nie wcześniej
niż w V, może IV wieku na Wołyniu i Podolu.

Słowianie wydają się być "dziećmi Wędrówki Ludów". Ich wielka kariera: zajęcie
w ciągu lat 500-nych i 600-nych Bałkanów, pogórza wschodnich Alp, ziem obecnej
Słowacji, Moraw, Czech, dorzeczy Wisły, Odry i Łaby oraz górnego Dniepru (nad
środkowym Dnieprem byli wcześniej) była możliwa dlatego, że w środkowej
Europie wytworzył się obszar pustek, kiedy zamieszkujące dawniej ten obszar
ludy, przede wszystkim germańskie, przesunęły się na zachód, łupiąc Zachód
Państwa Rzymskiego i montując na gruzach Imperium własne królestwa. Okres
Wędrówek ludów przyniósł regres, cywilizacyjną zapaść, wyludnienie wielkich
obszarów ziemi. Dla Środkowej Europy Wędrówka Ludów tworzy historyczną
nieciągłość, ciemne wieki, po których na tych samych ziemiach żyje już ktoś inny.
Skąd się (nie) wzięli Słowianie?

Na pewno nie z dorzecza Wisły i Odry, jak to niedawna było podawane w Polsce
do wierzenia. Współcześnie z Państwem Rzymskim istniały na ziemiach obecnej
Polski dwie wielkie kultury (w sensie kultur archeologicznych) - Wielbarska,
której nosicielami byli Goci, oraz Przeworska, której odpowiadają wspomniane
przez Tacyta i Ptolomeusza federacje plemion znane najpierw pod celtycka nazwą
Lugiów, później pod germańską nazwą Wandalów. Kiedy ludy Kultury Przeworskiej
- Hasdingowie i Silingowie - najeżdżają w roku 406 ne na rzymską Galię, są
niewątpliwymi Germanami, chociaż od "wielbarskich" Gotów mnóstwo ich dzieli i
wzajemna niechęć a często jawna wrogość wyniesiona jeszcze zapewne z czasów
walk jednych z drugimi o ziemie nad Wisłą trwa do końca dziejów Wandalów.

Nad Wisłą i Odra w starożytności po prostu nie było takiego miejsca, gdzie
można by "zmieścić" Słowian. Ale ponieważ teoria autochtoniczna czyli pogląd o
pochodzeniu Słowian z dorzecza Odry i Wisły był propagowany u nas przez
kilkadziesiąt lat, i wielu ludzi nie zna innego, wymienię w wielkim skrócie
sprzeczności do których ten pogląd prowadzi:


- rzymscy autorzy nie wymieniają ludów z dorzecza Odry i Wisły, które by
nosiły słowiańskie nazwy;


- miejscowości wymienione na mapie Ptolemeusza noszą nie-słowiańskie nazwy.
Jest tam wprawdzie Kalisia, która mogłaby być późniejszym Kaliszem, ale inne
dowody przekonują, że owa Kalisia leżała w obecnej Słowacji (co jednocześnie
dowodzi, że ta nazwa nie była słowiańska, jak że po południowej stronie Karpat
Słowian w Starożytnosci na pewno nie było.);


- nie pojawiają się w źródłach rzymskich żadni ludzie o słowiańskich imionach,
podczas gdy wymienionych z imienia Germanów czy Sarmatów są tysiące. I
odwrotnie, kiedy niewątpliwi już Słowianie wymieniani są przez źródła
bizantyjskie w VI-VII w., natychmiast dają się poznać po charakterystycznych
imionach, jak Radogost, Całogost, Niebyl, Wszemir i inne;


- Słowianie nie istnieją jako sprzymierzeńcy Gotów i Wandalów, którzy wyszli z
"naszych" ziem. Gdyby Słowianie tu byli, niewątpliwie pociągnęliby razem z
tamtymi germańskimi ludami (albo w ślad za nimi) na Rzym w okresie Wędrówek
Ludów, tak jak to zrobiła jakaś grupa bałtyjskich Galindów z obecnych Mazur.


- w języku słowiańskim brak jest starych zapożyczeń z łaciny i greckiego,
których mnóstwo jest w językach germańskich. Wniosek: przodkowie Słowian w
starożytności żyli poza strefą bezpośrednich wpływów rzymskich. Tymczasem
strefa takich wpływów obejmowała dorzecze Wisły i Odry, przejawiając się przez
handel, związki polityczne, wyprawy wojskowe Rzymian i wojny z nimi;


- nie ma w języku słowiańskim starych zapożyczeń celtyckich. A byłyby, gdyby
Słowianie pochodzili znad Wisły, jako że ziemie nad górną Wisłą, na Górnym
Śląsku i na Kujawach były zasiedlone przez Celtów. Uważa się, że Kultura
Przeworska powstała w wyniku nałożenia się wpływów celtyckich na jakąś ludność
wcześniejszą, skąd znowu wniosek, że Słowian tu nie było;


- zagadkowe w świetle teorii o pochodzeniu Słowian znad Wisły i Odry są
zapożyczenia językowe irańskie w słowiańskim;


- Słowianie nie mają rodzimej nazwy dla bursztynu, która z pewnością
istniałaby, gdyby byli jednym z ludów Bursztynowego Szlaku w starożytności.
(Słowo bursztyn=bernstein='płonący kamień' jest z niemieckiego, jantar z
litewskiego gintaras);
Słowianie a Bałtowie

Największe podobieństwo języków - widoczne nawet dla nie wtajemniczonych
językoznawców - łączy w obrębie języków indoeuropejskich rodzinę słowiańską z
rodziną bałtyjską. Litewski autor V. Mażiulis pokazał jaki rodzaj
terytorialnych związków łączył obie rodziny:



Słowianie (a raczej ówcześni językowi przodkowie Słowian) stanowili po prostu
południową peryferię Bałtów. Kiedy tak było? W połowie pierwszego tysiąclecia
pne, czyli około 500 r pne. Bałtowie (zawierający w sobie późniejszych
Słowian) zajmowali wtedy dorzecza Niemna, górnego Dniepru i górnej Oki.
Późniejsi Słowianie byli tym południowo-wschodnim pograniczem tego obszaru, i
właśnie tam - nad Desną, Teterwią a może i Oką - stykali się z Irańczykami,
czyli najpierw Scytami, a później, od lat 300-nych pne. - Sarmatami, którzy
byli kolejną, ale już ostanią falą ludów irańskich na czarnomorskich stepach.
Po nich przyszli Hunowie, pierwszy zastęp ludów ałtajskiej grupy językowej,
których zbiorczo, choć w uproszczeniu, nazwać można Turkami.



MAPA kultur pre-bałto-słowiańskich
(Uwaga! Aż 169 KB)

Bałtowie sami w sobie są wielką osobliwością, a to z powodu archaiczności
swoich języków, które wyglądają jak zabytki ze starożytności. Widoczne to jest
do pewnego stopnia już w słowiańskich: Polak uczący się sanskrytu raz po raz
napotyka słowa, które w tym staroindyjskim języku brzmią uderzająco podobnie
do słowiańskich o tym samym znaczeniu: "wieś" w sanskrycie brzmi: viś, "sieć"
to śić (piszę z kreską nad ć, żeby przeczytać tak jak się wymawia), "liże":
limhati, "mięso": mamsa (m jest z kropką, i znaczy tyle, że poprzednie a jest
nosowe) - i tak dalej. Inne podobieństwo są ukryte, ale ukryte tuż pod
powierzchnią: "czarny" w sanskrycie to kRszna (R tworzy sylabę, sz piszę jak
po polsku bo nie mam odpowiednich czcionek.) Ale nasze słowo wcześniej
wymawiało się czRsny! Litwin lub Łotysz znajdzie tych podobieństw -
wskazujących na stare indoeuropejskie powiązania - jeszcze więcej.

Większość prahistoryków przyjmuje, że pierwsze ludy mówiące językiem (lub
językami) praindoeuropejskim zamieszkiwały obszary na północ od Morza
Czarnego: między Karpatami a Kaukazem, zarówno step jak i las, prowadząc
gospodarkę zarówno pasterską jak i rolną. Językoznawcy dzielą języki
indoeuropejskie na dwie wielkie grupy: Kentum i Satem, zależnie od tego, jak
był wymawiany liczebnik "sto". Skraje obszaru indoeuropejskiego, a więc Grecy
na południu, Celtowie i
    • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 22:22
      c.d.

      Skraje obszaru indoeuropejskiego, a więc Grecy na południu, Celtowie i
      Italikowie (w tym Rzymianie-łacinnicy) na Zachodzie, Germanowie nad Bałtykiem i
      Tocharowie gdzieś na wschodnich stepach należeli do grupy Kentum. Ludy Satem:
      Ariowie, którzy najechali Indie, Irańczycy, którzy prócz Wyżyny Irańskiej
      zamieszkiwali stepy dzisiejszej Ukrainy i Kazachstanu, oraz Słowianie i
      Bałtowie, stanowili grupę centralną, która rozeszła się w różne strony świata
      później niż ludy Kentum. (Dodam, że najdawniej oddzielona grupa
      Indoeuropejczyków, Hetyci z obecnej Turcji, którzy weszli w styczność z
      Mezopotamią, Egiptem jak również Prażydami, mówili językiem, który wykształcił
      się przed podziałem na Kentum i Satem i do żadnej z tych grup nie należy.)

      Kusi następująca hipoteza: Bałtowie (a wśród nich językowi przodkowie Słowian)
      są ta częścią Indoeuropejczyków Satem, którzy żyli nie na Stepie, lecz w Lasach.
      Ci Stepowi poszli dalej na południe i zasiedlili Iran, Azję Środkową i Indie. Ci
      Leśni pozostali na miejscu (co najwyżej z pewnych terenów wypierając Finów,
      starszą warstwę ludności). Ich zasiedziałość zgadzałaby się z ich językowym
      konserwatyzmem - bo przecież języki słowiańskie, w tym polski, a jeszcze
      bardziej litewski (i łotewski) strukturalnie przypominają inne indoeuropejskie -
      indyjskie, grecki, irańskie, germańskie - ale z ich etapu rozwojowego sprzed
      dwóch tysięcy lat. W słowiańskich i w bałtyjskich istnieje np. pełna odmiana
      przez przypadki, którą wszędzie poza tym zanikła, i to właśnie tysiąc kilkaset
      lat temu. Języki bałtyjskie zachowały nawet archaiczne końcówki rzeczownika -s,
      -us, -is, -as, które tak rzucają się w oczy choćby w łacinie i w starej grece.

      Południowa peryferia Bałtów, ta z której w końcu wyodrębnią się Słowianie, była
      bardziej od reszty bałtyjskiej dziedziny wystawiona na wpływy zewnętrzne.
      Sąsiadowali z nią irańscy Sarmaci (a wcześniej Scytowie), których świat sięgał
      aż po góry Uralu, Ałtaju i Pamiru, po granice Rzymu i imperiów perskich. Dzięki
      podobnemu językowi mieli on dostęp do dominujących w Iranie nauk Zaratusztry.

      W 300-nych latach ne. Południe Bałtyjskie dostało nowych sąsiadów, mianowicie
      Gotów, którzy przywędrowali tu szlakiem wzdłuż Bugu i Bohu (obie rzeki noszą do
      dziś podobną starogermańską nazwę). Na ziemiach obecnej Ukrainy Goci
      sprzymierzyli się z tubylcami Sarmatami/Alanami, a ich wspólną społeczność
      archeologowie zidentyfikowali jako Kulturę Czerniachowską. (Nazwaną tak od nazwy
      miejscowości koło Kijowa.) Stopiliby się w jeden naród, który istniałby może do
      dziś... ale Historia chciała inaczej. Era Irańczyków na stepie gwałtownie się
      kończyła. Z gór Syberii wyroił się nowy lud, który miał zdominować Stepy na
      następne półtora tysiąclecia - Ałtajczycy. Ze wschodu szła ich pierwsza fala -
      Hunowie, a trwoga przed nimi kazała Gotom, Alanom i naszym krajanom Wandalom
      uciekać na ziemie Rzymu.

      Przewaga Hunów trwała tylko dwa pokolenia. Synowie Atylii nie umieli już
      utrzymać jego państwa. Dwa imperia - Hunów i Rzymskie - upadły niemal
      jednocześnie. Wandalowie siedzieli już w Afryce, Goci w Galii, Italii i
      Hiszpanii, wraz z nimi na Zachód pociągnęli Alanowie. Środek Europy stanowił
      pustkę - bez władzy, bez państw, a często po prostu bez ludzi. (Wystarczy
      niewiele wyobraźni, aby sobie uświadomić to stulecie wyniszczającej wojny
      wszyskich ze wszystkimi...) Był jednak jeden lud, który umiał te pustkę wypełnić.

      Jest kilka nazw etnicznych, które pojawiają się gdzieś nad Dnieprem zarówno
      przed, jak i po najeździe huńskim. Są to: Antowie, Serbowie i Chorwaci. Plemiona
      sarmacko-alańskie, których przedstawiciele, w kilkadziesiąt lat po rozproszeniu
      się Hunów, noszą już słowiańskie imiona i mówią słowiańskim językiem, zachowując
      (Serbowie i Chorwaci aż do dziś) stare plemienne nazwy.

      W "ciemnym wieku" Wędrówek Ludów i inwazji Hunów dokonała się etnogeneza
      Słowian. (Przyznam, że o tym momencie dziejów myślę z dużym wzruszeniem...) Co
      właściwie wtedy się stało, lub raczej mogło się stać, jako że skazani jesteśmy
      tylko na domysły? Tamte trzy plemiona - lub raczej ich części - nie uciekły
      przed Hunami na zachód, lecz schroniły się na ziemiach swoich północnych
      sąsiadów, Bałtów. Tych Bałtów z południowej peryferii. Nie sądzę, żeby ich
      podbili, ani tym mniej zamienili w swoich poddanych - bo gdyby tak było, u
      Słowian istniałaby jakaś struktura władzy oparta na dominacji. Tymczasem
      Słowianie, tak jak ich widział Prokopiusz i inni Grecy, żyli w pełnej
      demokracji, o ile nie w anarchii. (Dodatkowym argumentem jest tu pełny niemal
      brak rodzimych słów słowiańskich oznaczających władców: "książę" i "władza" to
      pożyczki gockie, "pan" - od Awarów, "król" - od imienia sławnego władcy Franków;
      jeden "wojewoda" jest własny, ale to przecież funkcja demokratyczna.) Zapewne ci
      Sarmaci i ich potomkowie stanowili "zbrojne ramię" rolniczego ludu leśnej
      strefy, mając większe obycie z walką konną. Zapewne chętniej niż inni byli
      obierani na wodzów ("wojewodów") zbrojnych i łupieskich wypraw, jakie wkrótce
      nastąpiły.

      Sarmaci przynieśli Południowym Bałtom (czyli późniejszym Słowianom) swoje
      wyobrażenia religijne, czego śladem jest około czterdziestu słów pochodzenia
      irańskiego, oznaczających najważniejsze pojęcia religijno-moralne. Należą tu
      słowa "bóg", "wiara", "raj", "święty", "chwała" i inne. Reszta Bałtów, od
      których pochodzą obecni Litwini i Łotysze, zachowała dawniejsze słowa rodzime.

      Można domniemywać, że domieszka "krwi" sarmackiej u Południowych Bałtów
      przyniosła również przewrót w ich poglądach na świat. U tych mieszkańców błot i
      puszcz świat przestał się kończyć za najbliższą rzeczką. Zaczęły działać miraże
      dalekich krajów, szerokich stepów, bogatych miast gdzieś na krańcach ziemi.
      Narastał mit, krążyły opowieści. Znaleźli się pierwsi śmiałkowie, którzy
      zaciągali się na wojne do Hunów. Niektórzy wracali, przynosili nowe opowieści.
      Kiedy wnukowie pierwszych uciekinierów byli dorośli (mówili już językiem swoich
      słowiańskich matek, a zresztą ten język też w tym czasie się zmienił), do
      leśnych osad docierały coraz bardziej poruszające wieści: nie ma Hunów! Ziemie
      stoją puste. Wystarczy zbudować łódź, albo załadować dobytek do wozu, pogonić
      stada... Świat stoi otworem. Wyobrażam sobie, jak wszyscy powtarzali magiczne
      słowa: Dniestr, Dunaj, Wisła... Tam była wolność i była niepowtarzalne szansa. Z
      czym to porównać? Może podobny pęd kazał Amerykanom iść za Mississippi i za Góry
      Skaliste.

      Owo "pięć minut" dla Słowian trwało nie dłużej niż dwa pokolenia. W 556 r ne na
      północ od Kaukazu zjawili się Awarowie, druga (po Hunach) turecka fala ze
      Środkowej Azji. Wydarzenia nastąpiły w tempie końskiego galopu. W 561 i 566 r
      nowi konni wojownicy najechali Franków i przystąpili do budowania imperium nad
      Dunajem. Różne są doniesienia o roli Słowian w państwie Awarów: z jednych źródeł
      wynika, że mieli przydzieloną rolę poddanych i "mięsa armatniego", które
      wygrywało bitwy na korzyść swoich panów. Inne doniesienia każą widzieć Słowian
      jako wolnych sprzymierzeńców tamtego tureckiego ludu. Mogło być i tak, i tak.
      Słowianie byli już mocno zróżnicowani pomiędzy sobą. Być może najazd awarski był
      przyczyną drugiej ekspansji Słowian, tym razem na północ i północny wschód - w
      górę Dniepru, nad Okę, górną Wołgę, nad Ilmeń i w stronę Białego Morza. Także
      Słowianie osiedleni nad Wisła, Odrą i Łabą uniknęli okupacji awarskiej.
      Na czym mogła polegać przewaga Słowian?

      Kiedy rozważa się tamte czasy początków słowiańskiej historii, narzuca się
      pytanie: dzięki czemu Słowianie rozmnożyli się i zalali Europę, a liczne inne
      ludy z tamtej epoki, w tym również sąsiedzi Słowian - Langobardowie, Awarowie,
      Gepidzi - zniknęli bez śladu? Wydaje się, że przewagą Słowian były te własnie
      cechy, które pozornie składają się na ich rzekomą słabość i niższość.
      Germanowie, Sarmaci i Turcy w tamtej epoce występują jako ludy o dość
      rozbudowanej hierarchii społecznej: z podziałe
      • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 22:25
        Na czym mogła polegać przewaga Słowian?

        Kiedy rozważa się tamte czasy początków słowiańskiej historii, narzuca się
        pytanie: dzięki czemu Słowianie rozmnożyli się i zalali Europę, a liczne inne
        ludy z tamtej epoki, w tym również sąsiedzi Słowian - Langobardowie, Awarowie,
        Gepidzi - zniknęli bez śladu? Wydaje się, że przewagą Słowian były te własnie
        cechy, które pozornie składają się na ich rzekomą słabość i niższość.
        Germanowie, Sarmaci i Turcy w tamtej epoce występują jako ludy o dość
        rozbudowanej hierarchii społecznej: z podziałem na plebs i arystokrację, z
        dynastycznymi władcami. Potrafią organizować państwa liczące setki tysięcy i
        miliony poddanych, na terytoriach większych nawet niż obecne państwa Europy.
        Posiadają ośrodki wyspecjalizowanego przemysłu (jak zagłębia hutnicze w Górach
        Świętokrzyskich i nad Utratą na Mazowszu). Biorą udział w międzynarodowym handlu.

        Słowianie tego wszystkiego nie mieli. Nie mają nad sobą władców (co zdumiewało
        greckich kronikarzy). Nie mając zorganizowanych państw są nieuchwytni dla
        wrogów. Wolni, bez władzy, czują siłę, jaką dać może tylko wolność pomiędzy
        równymi. Nie zależąc od handlu i przemysłu, są samowystarczalni w ramach
        niewielkiej wspólnoty, a taką najtrudniej zniszczyć. Brak władzy, jak każdy to
        dzisiaj widzi, to także ogromna oszczędność. Wydaje się więc, że w tamtej tak
        tragicznej dla cywilizowanej Europy epoce, Słowianie instynktownie przyjęli
        najlepszą metodę przetrwania: rozproszyć się, przypaść do ziemi, brać środki do
        życia z gospodarki bezpośredniej. (Z bardzo podobnych powodów, aby ośrodki
        dowodzenia mogły przetrwać atak jądrowy, Amerykanie zbudowali internet...)
        Ciężkie czasy wymagały skrócenia łańcuchów krążenia energii w społeczeństwie. I
        Słowianie to zrobili. (Chociaż jednocześnie zapomnieli jak się robi ozdoby na
        broni, i wyrzucili, może jako zbędny balast, koła garncarskie.)
        Problemy religijnej natury

        Każdy, kto interesował się dawną, przedchrześcijańską religią Słowian naraża się
        w końcu na frustrację: można przeczytać wiele grubych tomów, i nadal nie
        wiedzieć o niej nic. Dawne ruskie, niemieckie i inne kroniki przekazały kilka
        imion bóstw (niepewnych i poprzekręcanych), strzępy opisów obyczajów i obrzędów,
        które często trzeba odrzucić jako wymysł pisarzy. Do tego dodajmy niejasne
        związki z religiami innych ludów, układane zwykle w drętwe schematy. Kiedy
        przechodzi się do studiowania religii i mitologii nie tylko greckiej, czy
        indyjskiej, ale również celtyckiej i germańskiej, ogarnia żal i kompleks
        niższości. Dlaczego przekazy dotyczące wiary naszych przodków są tak żałośnie
        okrojone?

        Jakąś winę ponosi za ogólny duch kultury eurochrześcijańskiej, która z odrazą
        patrzyła na "pogaństwo". Tym bardziej, że Słowianie dołączyli do Europy w
        najgorszym momencie, jeśli chodzi o zainteresowanie dla pogańskiej odmienności.
        Minął już czas, kiedy zachodnie chrześcijaństwo się formowało, czerpiąc to i owo
        ze starszych, tubylczych wyobrażeń; kiedy układano legendy o świętych na
        podobieństwo mitów o pogańskich bóstwach. Z drugiej strony daleko jeszcze było
        do renesansowej ciekawości świata, która sprawiła, że jednak spisano pewniejsze
        wiadomości o pogaństwie litewskim.

        Więc mnóstwo wiadomości o dawnych bóstwach i obrzędach nigdy nie doznało
        zaszczytu być utrwalonymi na pergaminie. Ale była też z inna przyczyna: religia
        Słowian była znacznie uboższa, jeśli o postacie boskie i mityczne chodzi, od
        germańskiej, celtyckiej i greckiej. Jak również religijne wyobrażenia Słowian
        zapewne zbyt mocno odbiegały zarówno od monoteistycznych-chrześcijańskich, jak i
        od pogańskich sensu stricte czyli politeistycznych. Można podejrzewac, że
        religia Słowian była tak odmienna zarówno od chrześcijaństwa, jak i od
        greckiego, celtyckiego i germańskiego pogaństwa, że przez ówczesnych misjonarzy
        i neofitów przez nich wychowanych w ogóle nie była postrzegana jako religia!

        Wymienione poprzednio cztery religie (chrześcijańska, grecka, germańska,
        celtycka - i inne także) opierają się na wyobrażeniu osobowych bogów, z których
        każdy jest, powiedzieć można, solidną jednostką. Ale znane też są religie, w
        których "istoty duchowe", opatrywane imionami i służące w pewien sposób ludziom
        (a więc: bogowie), są mgliści i beztwarzowi, i co więcej: są przez pewne
        rytualne działania przywoływani tylko jakby na chwilę z niebytu. Tak było w
        religii rzymskiej, gdzie byli bogowie tacy jak Terminus czyli Miedza, Limentus
        czyli Progownik, bóg progu, albo Fabulinus czyli Gadałek, który uczył dzieci mówić.

        Coś podobnego działo się również w religijnej wyobraźni Chińczyków - i książki o
        mitologii chińskiej traktują o równie mglistym przedmiocie, jak dzieła o
        mitologii Słowian.

        Religie o wybujałej mitologii i teologii wymagają kapłańskich kolegiów i całej
        kapłańskiej kasty, wymagają świątyń i ich obsługi, a dalej świętych pism albo
        wyróżnionej grupy ludzi, którzy pełnią rolę "żywych ksiąg", ucząc się (jak
        bramini i druidzi) świętych tekstów na pamięć. Takie religie wymagają więc
        religijnej władzy. A tej Słowianie, tak samo jak i władzy świeckiej-państwowej,
        nie mieli.

        Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że w VI-tym wieku wyobrażenia o
        Perunie, Wełesie i Swarożycu były wśród Słowian równie niejasne, jak dziś wśród
        badaczy słowiańskich starożytności. Kult bogów wyobrażonych w posągach (nie
        mówiąc już o świątyniach), bogów, którzy wspierają władców w ramach jednej
        państwowo-sakralnej liturgii, jest najwyraźniej zjawiskiem późnym, które nigdzie
        oprócz Połabia się nie miało czasu ani warunków, aby się rozwinąć.

        Kijowska Kronika Nestora ("Powieść minionych lat") stwierdza wyraźnie: "I począł
        władać Włodzimierz w Kijowie sam jeden, i postawił bałwany na wzgórzu za dworem
        teremnym: Peruna drewnianego z głową srebrną i wąsem złotym, i Chorsa, Dadźboga
        i Strzyboga, i Simargła, i Mokosza. (...) Włodzimierz tedy posadził Dobrynię,
        wuja swego w Nowogrodzie. I przyszedł Dobrynia do Nowogrodu, postawił bałwana
        nad rzeką Wołchow, i składali ofiarę jemu ludzie nowogrodzcy jako bogu." Było to
        przed rokiem 986. Z cytatu tego niewątpliwie wynika, że Włodzimierz w Kijowie
        powołał nowe miejsce kultowe z posągami bogów - nie zaś, że kontynuował
        tradycyjne praktyki religijne. Stało się to zaś wtedy, kiedy "począł władać sam
        jeden", a więc zarówno pozbył się krewnych-współwładców, jak i oderwał się, jako
        monarcha, od starszych, domokratyczno-wiecowych tradycji. Religia władzy, kult
        wyraźnie określonych, osobowych bogów wyobrażonych pod postacią posągów
        najwyraźniej były i w Kijowie, i w Nowogrodzie, nowinką religijną. Nowinką,
        która ponadto pojawia się u Słowian dopiero po pięciuset latach ich odrębnego
        istnienia jako ludu i kultury.
        Słowiańskie zagadki

        Nazwy rzek. Nazwy rzek w dorzeczu Wisły i Odry (i w krajach sąsiednich) są w
        ogromnej większości niesłowiańskie. (Niektóre, jak Bug, dają się rozpoznać jako
        germańskie, inne, jak Wisła, mają brzmienie "podejrzanie" celtyckie. Większości
        nie da się wyprowadzić z żadnego znanego języka.) Stad wniosek, że musiały
        zostać przejęte od poprzedniej ludności. Co oznacza, że jednak jakieś osady
        "przeworskie" i "wielbarskie" przetrwały Wędrówkę Ludów, i ludzie tu mieszkający
        posłużyli Słowianom jako informatorzy, a może przewodnicy. Co się stało z tą
        ludnością? Jak była proporcja pomiędzy słowiańskimi przybyszami a
        nie-słowiańskimi tubylcami? Czy tylko nazwy rzek im przekazali?

        Nazwy miast. W przeciwieństwie do rzek, nazwy miejscowości na ziemiach obecnie
        polskich są prawie bez wyjątku słowiańskie (pomijam tu średniowieczne osadnictwo
        niemieckie, skąd Limanowa, Łańcut i Rabsztyn, pomijam też ziemie dawniej pruskie
        i jaćwieskie). Tym większą mają wartość ewentualne przedsłowiańskie nazwy
        miejscowości. Które to są? Czy np. Kraków pochodzi o d imienia rzekomego Kraka,
        czy może słowiańską końcówkę "ów" doczepiono do celtyckiego rdzenia? Miasto
        Kobryń na Wołyniu nosi nazwę (jakoby) gocką - może podobne są i
        • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 22:27
          c.d.

          Miasto Kobryń na Wołyniu nosi nazwę (jakoby) gocką - może podobne są i po naszej
          stronie Bugu?

          Nazwy miast a władza. Słowianie nie mieli władców. Jak to pogodzić z faktem, że
          większość nazw miejscowości pierwotnie znaczyła "gród/wieś/osada
          takiego-to-a-takiego"? Warszawa = 'gród Wrócisława/Warsza', Poznań = 'gród
          Poznana', Inowłódz = 'gród Inowłoda', Sieradz = 'gród Wszerada', Wolbórz = 'gród
          Wolibora'. Kim w rzeczywistości byli ci mężczyźni, których imiona wskazują, że
          ich społeczność ceniła sobie wojenne męskie cnoty (-sław, -bor, -woj, -sąd,
          -mir, -gniew), i odnosiła się z szacunkiem do nich, skoro ich imionami nazywano
          miasta?

          Imiona Słowian. Religia Słowian jawi się nam jako twór mglisty, guślarstwo
          raczej niż choćby porządny szamanizm, nie mówiąc już o politeizmie. Jak to
          pogodzić z faktem, że ich imiona tworzą tak precyzyjny system? Gdyż wśród tych
          imion przeważa typ wyrażający życzenie, zwykle składający się z dwóch części:
          Rado-gost, Stani-sław, Zby-gniew, Sędo-mir, Wsze-drog. Zasady tworzenia tych
          imion są bardzo rygorystyczne: mogą w nich występować tylko pojęcia
          abstrakcyjne, cnoty wojenne (-bor, "walka, waleczny") i pokojowe (-mir,
          "szacunek, ład, prawo"), czasem są odwołania do 'ojców' i 'dziadów'. Żadnych
          imion bogów, żadnych mieczy, włóczni, tarcz i koni, żadnych zwierząt, których
          pełno w imionach germańskich, greckich, celtyckich. Wśród Słowian niemożliwe
          byłyby imiona w rodzaju Hippolytos ('puszczający konie luzem'), ani Eberhard
          ('silny jak dzika świnia') - ani Kalidaśa ('sługa bogini Kali'). System
          słowiańskich imion sprawia wrażenie czegoś dostojnego i wyrafinowanego. I znowu
          - jak to pogodzić zarówno z prymitywizmem kultury materialnej, jak i z ową
          "mglistością" religii. A może ta mglistość i prymitywizm to pozór, skrywający
          lud miłujących prostotę mędrców? (XIX-wieczni Amerykanie mieli Indian za
          prymitywów, dziś się od nich uczą jak żyć.)

          Nieobecność Wikingów. Wikingowie (8, 9, 10 wiek) najeżdżali wybrzeża całej
          Europy, a na Rusi wniknęli rzekami w głąb lądu. Dlaczego omijali tylko jeden
          obszar: ziemie obecnej Polski? Co ich powstrzymywało?

          Chrześcijaństwo u Wandalów i Gotów. Jeden i drugi lud germański, kiedy najeżdżał
          Państwo Rzymskie, był już ochrzczony: miał już za sobą przyjęcie
          chrześcijaństwa. Czy misje chrześcijan-arian nie docierały na ziemie obecnie
          polskie - wtedy zamieszkane przez Wandalów i Gotów - już w IV wieku ne.? Nie
          można tego wykluczyć.

          "Pisać" i "czytać". Słowianie, jak się wszyscy zgadzają, nie mieli swojego
          rodzimego pisma (w odróżnieniu od Germanów znających pismo runiczne, i Turków,
          piszących podobnymi znakami), i aż do przyjęcia chrześcijaństwa byli
          niepiśmienni. Dlaczego wobec tego język słowiański posiada rodzime słowa zarówno
          na "czytanie" jak i na "pisanie", oraz na "księgi" i "bukwy"-litery?

          Głagolica. Cyryl i Metody, Grecy znający Słowian i ich język, pierwsi misjonarze
          wśród Słowian, kiedy zaczęli spisywać ich język i tworzyć chrześcijańską
          liturgię w tym języku, stworzyli alfabet, nazwany głagolicą. Alfabet ten, słabo
          przypominający jakiekolwiek znane wówczas pisma, nazwano słowiańska nazwą.
          "Cyrylicą" nazwano inny alfabet, utworzony później, już po śmierci Cyryla i
          mniej oryginalny niż głagolica, będący adaptacją greckiego. Czy czasem głagolica
          nie jest oryginalnym pismem słowiańskim, zaledwie wykorzystanym przez obu
          Apostołów Słowian, lub - to w wersji mniej radykalnej - zawiera litery z
          wcześniejszego, oryginalnie słowiańskiego alfabetu?

          Wojciech Jóźwiak



          Przypisy

          Ostatni... Później niż Słowianie w historycznej Europie pojawiają sie ludy
          ałtajskie (tureckie): Awarowie, Pieczyngowie, Połowcy, Tatarzy i Turcy Osmańscy,
          a także ugrofińscy Węgrzy, ale są to wszystko ludy pochodzenia stepowego.
          Słowianie od początku byli rolnikami związanymi ze środowiskiem leśnym i stepu
          wyraźnie unikali. wróć

          Wędrówki Ludów... Okresem Wędrówki Ludów nazywa się lata 375-568 n.e., czyli od
          przybycia Hunów do Europy do podboju części Italii przez Langobardów. W tym
          czasie upadło w swojej zachodniej częsci Cesarstwo Rzymskie i dokonała się
          barbaryzacja Zachodniej Europy.

          Kultura Przeworska... O Kulturze Przeworskiej i jej twórcach Wandalach
          przeczytasz na stronie: Na rubieżach cywilizacji antycznych. Kultura przeworska
          od II w. p.n.e. do V w. n.e. Jest to opis-komentarz wystawy (grudzień 1994 -
          marzec 1996) w Muzeum Archeologicznym w Warszawie.

          Do końca... Państwo Wandalów ze stolicą w Kartaginie w obecnej Tunezji
          zlikwidowali Bizantyjczycy pod wodzą Belizariusza. Ostatni król wandalski,
          Gelimer - dzielny wojownik, marzyciel i poeta - poddał się Grekom wiosną 534 roku.

          Teoria autochtoniczna... Głównym orędownikiem tzw. autochtonicznej koncepcji
          pochodzenia Słowian, czyli poglądu, iż Słowianie są tubylcami w dorzeczu Odry i
          Wisły przynajmniej od czasów Kultury Łużyckiej, czyli 8 wieku pne, był Józef
          Kostrzewski, poznański archeolog, odkrywca Biskupina. Pogląd ten miał wyraźny
          wymiar patriotyczno-nacjonalistyczny: chodziło o udowodnienie "odwiecznej
          prasłowiańskości" ziem polskich. Było to zwierciadlane odbicie tez propagandy
          niemieckiej (w tym nazistowskiej), która fakt zamieszkiwania plemion germańskich
          w starożytności nad Odrą i Wisłą uznawała za podstawę "prawa", jakie jakoby
          mieli mieć Niemcy do tych ziem. Jak wyglądała sytuacja etniczna ziem dzisiejszej
          Polski w starożytności, pisał Jacek Andrzejowski, "Mieszko księciem Wandalów?",
          Wiedza i Życie wrzesień 1995 str 12-16. Niestety, artykuł w Internecie niedostępny.

          Alanami... Nazwa 'Allan', po grecku 'Alanoi', to fonetyczny wariant 'Aryana-'
          czyli Ariowie. Alanowie nazywali siebie identycznie, jak pokrewni im językowo
          zdobywcy Indii. Od 'Aryana' pochodzi też nazwa Iran.

          Upadły niemal jednocześnie... 20 czerwca 451 ne. odbyła się wielka bitwa na
          Polach Katalaunijskich (w pobliżu dzisiejszego Troyes pod Paryżem) między
          wojskami Rzymu pod wodzą Aecjusza i Hunami Atylii. Większość wojsk stanowili
          Germanowie walczący po obu stronach. Atylla zmarł w następnym roku. W 454 lub
          455 r. w bitwie nad rzeką Nedao (zapewne dopływ Sawy, dziś w Chorwacji) Gepidzi
          sprzymierzeni z innymi Germanami doszczętnie rozbili Hunów. Resztki Hunów
          wycofały się nad Dniepr, jakaś ich część zaciągnęła sie do armii Bizancjum.
          Ostatni najazd Hunów miał miejsce za panowania cesarza Zenona, 474-491 - po czym
          "zniknęli z kart historii".
          Pogromca Hunów Aecjusz został zamordowany w Rzymie osobiście przez ówczesnego
          cesarza Walentyniana w 454 r. W r. 476 wódz germańskich wojsk na służbie
          rzymskiej, Odoaker z ludu Skirów, zdetronizował cesarza Romulusa Augustulusa
          (który miał 10 lat i był figurantem, podstawionym przez swojego ojca); odesłał
          cesarskie insygnia do Konstantynopola i odtąd władał jako król formalnie
          uznający zwierzchność Cesarstwa Wschodniego. Taki był koniec zachodniej połowy
          Rzymskiego Imperium.

          Antowie... Sarmacki lud Antów (należący do szerszej grupy Aorsów) po raz
          pierwszy wymieniony został pod nazwą "An'ts'ai" przez chińską kronikę z II w
          pne. W 125 r. pne dotarło do nich poselstwo chińskie, usiłując ich podburzyć
          przeciw Hunom. Siłę Aorsów Chińczycy obliczali na 100 tysiecy łuczników;
          zamieszkiwali oni wtedy stepy między Jeziorem Aralskim a Morzem Kaspijskim.
          W II w. ne Antowie żyli na stepach w pobliżu Morza Azowskiego, a ich nazwa jest
          wymieniona na kamiennych płytach z tego czasu w Pantikapaion (dziś: Kercz),
          stolicy istniejącego wówczas na Krymie Królestwa Bosporańskiego; kraju o
          mieszanej ludności grecko-sarmackiej.
          Gocki historyk Jordanes pisze o nich, że przez jakiś czas podlegali Ostrogotom,
          a podczas najazdu Hunów na ten gemański lud próbowali się uwolnić, za co
          ostrogocki król Vinitharius ukrzyżował króla Antów Boza wraz z jego synami i
          siedemdziesięcioma naczelnikami podległych mu szczepów.
          Antowie nie dali się wypędzić z dzisiejszej Ukrainy ani Gotom, ani Hunom;
          przetrwali okres Wędrówki Ludów, w VI w ne. mieli w p
          • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 22:29
            c.d.

            Antowie nie dali się wypędzić z dzisiejszej Ukrainy ani Gotom, ani Hunom;
            przetrwali okres Wędrówki Ludów, w VI w ne. mieli w posiadamiu ziemie miedzy
            Dniestrem a Dnieprem i dalej na wschód, a zabytki archeologiczne im przypisywane
            skupiają się w okolicach Kaniowa. W relacjach z tego czasu są już wymieniani
            razem ze Sklawinami ('Słowianami') i Wenedami, co oznacza, że stopili się ze
            Słowianami w jeden lud. Sulimirski przypuszcza, że królestwo Antów z ośrodkiem
            koło Kaniowa obalili Awarowie na początku siódmego wieku. (Patrz: Tadeusz
            Sulimirski, "Sarmaci", Warszawa 1979)
            Od najazdu Awarów nazwa "Antowie" przestaje być znana; później na ich miejscu (w
            okolicach Kijowa) żyje słowiańskie plemię Polan. Czyżby to byli Antowie pod nową
            nazwą?
            Sulimirski sądzi także, że Antowie władali "około stu lat" w południowej Polsce
            w czasach do najazdu Hunów, a więc w wieku IV-V. Nie jest to pewne; pewniejszym
            śladem związków Sarmatów (w tym Antów) z późniejszą o tysiąclecie szlachtą
            polską są herby, których rysunki przypominają sarmackie 'tamgi', czyli znaki
            magiczno-własnościowe; oraz zawołania herbowe, takie jak Roch, Chamiec, Mora,
            Doliwa, Jaksa, które pochodzą z języka Sarmatów-Alanów-Antów.
            Ale tamgi były też ryte na grotach oszczepów Kultury Przeworskiej (germańska, z
            okresu rzymskiego, z terenów południowej i środkowej Polski) i to razem ze
            znakami pisma runicznego. Kolejna zagadka!

            Serbowie... Nazwa "Serbowie" ('Serboi' w brzmieniu greckim) pojawia się u
            Pliniusza Starszego w I w ne i u Ptolemeusza (III w ne) na oznaczenie plemienia
            z grupy Wschodnich Alanów. Zamieszkiwali oni wówczas stepy na pn-wsch. od Morza
            Azowskiego. W V w ne. Serbowie są wymienieni nad Łabą. W średniowieczu Serbami
            nazywają sią Słowianie z obecnej Górnej Saksonii. Nazwy nawiązujące do Serbów
            (Sarbiewo, Sarbinowo, Sarbice, Serby) liczne są też w Polsce i skupiają się w
            Wielkopolsce i między Krakowem a Radomiem. Sulimirski ("Sarmaci", Warszawa 1979)
            sądzi, że alańscy Serbowie byli na służbie Hunów i zostali osadzeni przez nich
            na północ od Karpat i Sudetów jako straż północnej rubieży huńskiego państwa. Tu
            przyjęli język Słowian; częśc z nich w późniejszych czasach - zapewne w okresie
            podojów awarskich - przeniosła się na południe, do Serbii dzisiejszej. Jeszcze w
            IX w wśród Serbów "południowych" istniała niejasna tradycja o ich pochodzeniu
            gdzieś ze wschodu.

            Chorwaci... Wyraz "Chorwat" w brzmieniu 'Choroatos' i 'Chorouatos' znaleziono w
            inskrypcjach w starożytnym miescie Tanais nad Donem, a więc na obszarze
            zasiedlonym przez Sarmatów-Alanów. Później przesunęli się na zachód. Chorwatom
            przypisuje się sarmackie zabytki archeologiczne oraz nazwy miejscowości w
            Zachodniej Ukrainie, jak Żydaczów, Tłumacz, Dołpatów, Berłohy. O pobycie
            Chorwatów na ziemiach polskich świadczą nazwy w rodzaju Harwaty lub Klwaty.
            Według cesarza bizantyjskiego Konstantyna Porfirogenety (912-925), słowiańscy
            już "Belochrobati" (Biali Chorwaci) zamieszkiwali nad górną Wisłą i w północnych
            Czechach. (Również nazwy Chocim, Chotyn, Chotum i podobne, są pochodzenia
            sarmackiego i znaczą "szaniec, warowny obóz, gród". Więcej u Sulimirskiego,
            "Sarmaci", Warszawa 1979.)

            Stare plemienne nazwy... A co z nazwą "Słowianie"?. Nazwa to niepewna, różnie
            tłumaczona przez różnych autorów, pochodzenia do dziś nie wyjaśnionego. Na pewno
            nie pochodzi ani od "słowa" ani od "sławy"!
            F. Sławski (rozdział "Języki słowiańskie" w: "Języki indoeuropejskie", t. II,
            Warszawa 1988) objaśnia tę nazwę jako odmiejscową: "Nazwa Slovene oznaczałaby
            więc pierwotnie mieszakańców okolic nad rzeką czy jeziorem o nazwie Slava :
            Slova, Slavje : Slovje."
            Tylko nikt nie wie, gdzie jest lub była ta domniemana rzeka (lub jezioro)!
            Zauważył to Bruckner, który też dostrzegł podobieństwo do gockiego słowa
            slavan=milczeć. Bo skoro Słowianie nazwali Gotów i innych Germanów "Niemcami"
            czyli niemowami, to ci mogli im się odwzajemnić nazywając Słowian "milczkami".
            Także Brucner widział podobieństwo Słowian do słowa sługa od wspólnego rdzenia sleu.
            Pierwsze greckie doniesienia o naszych przodkach używają jednak nazwy Sklavenoi,
            zawsze z "k" w środku. Tłumaczone to jest tym, że grecki nie tolerował zbitki
            spółgłosek sl zastępując ją "strawnym" w tym języku skl. Ale to samo skl jest u
            autorów germańskich, którzy sl swobodnie wymawiali. Więc może Slovene pierwotnie
            (przed uproszczeniem spółgłoskowej zbitki) nazywali się jednak Sklovene? I czy
            ta nazwa koniecznie musi być słowiańska? Część słowiańskiej populacji nazywano w
            Grecji Antami, a to nazwa sarmacka, plemienia pierwotnie sarmackiego/alańskiego,
            które się zeslawizowało. Może nazwa "Sklawinowie" również przyszła z zewnątrz
            wraz z jakimiś nie-Słowianami? A jak wytłumaczyć nazwę ludu Suobenoi, których
            wymieniał Ptolemeusz jako siedzących między Wołgą a Uralem? Archologowie
            dostrzegają podobieństwo kultur dawnych Bałtów (którzy prawdopodobnie zawierali
            przodków później wyodrębionych Słowian) do Kultury Ananijskiej znad Kamy i
            Kultury Karasukskiej z Zachodniej Syberii (wszystko wczesna epoka żelaza). L.
            Czubkiewicz uznał, że Kultura Ananijska to właśnie Suobenoi Ptolemeusza. Ale
            gdzie się podziało tamto K?!!

            Peruna... Lew Gumilow uważał, że Perun był bóstwem obcym Słowianom, którzy
            czcicili raczej Chorsa, Mokosz i Dadźboga, i został im narzucony przez
            germańskich Rusów. Perunowi (jakoby) były składane krwawe ofiary z ludzi. Ale
            czy te ofiary nie są tylko chrześcijańską propagandą? (Zob. L. Gumilow, "Od Rusi
            do Rosji", Warszawa 1996)
            • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:03
              Słowianie wciąż tajemniczy

              Każdy słyszał o prehistorycznym grodzie w Biskupinie i o świętokrzyskich
              dymarkach, starożytnych hutach żelaza. Co roku w Biskupinie i w Nowej Słupi pod
              Świętym Krzyżem są organizowane archeologiczne festiwale i niejeden ze
              zwiedzających jest przekonany, że ogląda prasłowiańskie zabytki. Kilka pokoleń
              Polaków uczyło się z podręczników historii, że między Karpatami a Bałtykiem
              jesteśmy tubylcami i to od paru tysięcy lat. Tymczasem... były to tylko
              patriotyczne złudzenia. Naprawdę nasi przodkowie przywędrowali nad Wisłę i Odrę
              dopiero około 500 roku naszej ery, czyli niedługo po upadku zachodniej połowy
              Cesarstwa Rzymskiego.

              Skąd Słowianie przyszli? Skąd wyroili się w tak wielkiej liczbie, że
              zasiedlili połowę Europy? Jaka kulturę stworzyli, jaką wyznawali religię? Na te
              pytania niełatwo odpowiedzieć; być może wielu rzeczy o naszych przodkach nie
              dowiemy się nigdy. Słowianie, gdy przyjrzeć się ich najwcześniejszej historii,
              okazują się najbardziej tajemniczym ludem Europy.
              Co było przed Słowianami?

              W starożytności, w czasach rozkwitu cywilizacji Grecji i Rzymu, o
              Słowianach nikt nie słyszał. Tak jakby ich nie było. Na pewno zaś nie było ich
              nad Wisłą i Odrą, podobnie jak nie było ich na Bałkanach ani nad Morzem Czarnym.
              Starożytni geografowie wyliczają różne ludy żyjące gdzieś na północ od Karpat,
              ale ich nazwy - różni Agatyrsowie, Androfagowie (czyli "ludożercy"), Gelonowie,
              Scirrowie, Hirowie brzmią dla nas obco i trudno w nich dopatrzyć się Słowian.
              Gród w Biskupinie wzniesiono w roku 736 pne., z pni dębów wyciętych w ciągu
              jednej zimy, ale kim byli jego budowniczowie, jakim językiem mówili - nie wiemy.
              Archeologowie nadali temu ludowi umowną nazwę "kultury łużyckiej". Ten sam lud
              odprawiał obrzędy na Ślęży, ale to działo się 1200 lat przed przybyciem Słowian.

              W czasach Cesarstwa Rzymskiego, kiedy rzymskie legiony stały nad Renem i
              Dunajem, większość naszych ziem zamieszkiwał lud, który archeologowie po swojemu
              nazwali "kultura przeworską", a rzymski historyk Tacyt znał pod imieniem Lugiów.
              Nazwa Lugiów jest celtycka, znaczyła "Sprzysiężeni", ale w czasach rzymskich
              zmienili oni język na germański i nosili germańskie imiona. W przeciwieństwie do
              innych Germanów - Kwadów i Markomanów, którzy toczyli z Rzymianami zaciekłe
              wojny, Lugiowie rozwinęli na wielką skalę hutnictwo żelaza i bogacili się
              sprzedając wojowniczym sąsiadom miecze, groty do strzał i obręcze do kół. To ich
              dziełem były świętokrzyskie dymarki i drugie wielkie zagłębie hutnicze, na
              Mazowszu koło obecnego Milanówka i Błonia. Śladem ich udanych interesów są setki
              kilogramów srebrnych i złotych rzymskich monet, które zainkasowali i...
              zakopali, ku uciesze archeologów.

              Jaki był dalszy los Lugiów? Znaczna ich cześć przeniosła się na
              południe, do obecnych Węgier. Przybrali tam nowa nazwę: Wandalów. Niektórzy
              służyli w rzymskim wojsku. Jeden z nich, imieniem Stylicho, był przez wiele lat
              faktycznym władcą cesarstwa. Aż w roku 407 zebrali się w "grupę uderzeniowa",
              przełamali opór legionistów na Renie i najechali rzymskie państwo. Złupili Galię
              (czyli obecną Francję) i Hiszpanię, przeprawili się do Afryki i tam założyli
              państwo na terenie obecnej Tunezji. W 534 roku rozbił ich i rozproszył cesarz
              Justynian - ten sam, który zbudował gigantyczny kościół Hagia Sophia w swojej
              stolicy, Konstantynopolu.

              Zanim to się stało, na Pomorzu wylądowali Goci. Chociaż mówili pokrewnym
              wschodnio-germańskim językiem, byli zaciekłymi nieprzyjaciółmi Wandalów, zarówno
              nad Wisłą, jak i wiele lat później, kiedy już Wandalowie władali Afryką, a Goci
              Italią. Goci na Pomorzu pozostawili po sobie trwałe zabytki: słynne kamienne
              kręgi w Odrach i Węsiorach. Archeologowie nazwali ich "kulturą wielbarską".
              "Wielbarscy" Goci wyparli "przeworskich" Wandalów z Mazowsza i wzdłuż Bugu
              ruszyli na południe. W ciągu kilku pokoleń skolonizowali Ukrainę i pod wodza
              króla Hermanaryka z rodu Amalów stworzyli wielkie państwo, które swoimi
              handlowymi agendami sięgało aż do Uralu, skąd Goci sprowadzali złoto.

              "Złoty wiek" wschodnich Germanów trwał jednak krótko. Z głębi Azji szedł
              już nowy lud konnych łupieżców, przed którym zarówno Goci jak i Wandalowie
              uciekli w panice. Nadciągali Hunowie... Zatrzymał ich dopiero rzymski wódz
              Aecjusz na Polach Katalaunijskich pod obecnym Paryżem. W straszliwej bitwie po
              obu stronach, rzymskiej i huńskiej, walczyli głównie Germanie. Obie potęgi, Rzym
              i Hunowie, nie wytrzymały tego wysiłku. Zachodnia część Cesarstwa Rzymskiego
              upadła; Hunowie zaś, zdziesiątkowani, poszli na służbę do cesarzy wschodnich. Po
              stu kilkudziesięciu latach nieustannej wojny wszystkich z wszystkimi środkowa i
              wschodnia Europa stała się bezludziem. I w tę pustkę wkroczył...
              Lud nowy i dotąd nieznany

              ...mówiący językiem "niesłychanie barbarzyńskim", jak pisał o Słowianach
              bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei, kronikarz wojen za cesarza
              Justyniana. Bo właśnie w czasach tego władcy, na początku lat pięćsetnych,
              Słowianie niespodziewanie pojawili się nad Dunajem, na granicy państwa
              wschodniorzymskiego, z jednoznacznym zamiarem: bić, grabić, rabować. Wrogiem
              byli trudnym, gdyż nie byli "centralnie sterowani": nie mieli królów, decyzje
              podejmowali na wiecach, czego Grecy nie mogli zrozumieć: jak można tak się
              kłócić? Ten ustrój okazał się jednak ich atutem: mimo że gorzej uzbrojeni od
              wschodnich Rzymian (czyli Greków-Bizantyjczyków), regularnie ich zwyciężali, a w
              razie porażki uciekali na bagna, gdzie chowali się... pod wodą i oddychali przez
              rurki z trzciny.

              Słowianie podbijali ówczesną Europę z niesłychanym rozmachem: około 500
              roku, kiedy zaczeli dokuczać Bizancjum, zajęli też nasze ziemie, czyli dorzecze
              Wisły i Odry, cały kraj między Karpatami i Dunajem, Kotlinę Czeską; wyszli nad
              Bałtyk u ujścia Odry, założyli osady w środku obecnych Niemiec: pod Hamburgiem,
              nad Menem i w Bawarii, kolonizowali doliny alpejskie i dzisiejsze północne
              Włochy. W przeciwieństwie do innych najeźdźców ze wschodu - Hunów, Awarów,
              Bułgarów (tzn. tych starych Bułgarów, którzy byli plemieniem tureckim) - chętnie
              porzucali wojenno-koczowniczy tryb życia, osiedlali się na stałe i brali się za
              uprawę roli. Zasiedlili w końcu Bałkany, formalnie bizantyjskie czyli
              wschodnio-rzymskie; w pewnym momencie po słowiańsku mówiła cała obecna Grecja,
              włącznie z Peloponezem i wyspą Kretą. Pewna grupa Słowian dała się namówić
              Arabom, aby porzucić służbę u wschodniorzymskich cesarzy i osiedlić się w...
              Syrii, gdzie założyli osadę Saqalabiya, czyli "Słowiańska". Nie zatrzymało ich
              nawet Morze Śródziemne, gdyż we wczesnym średniowieczu słychać było o
              słowiańskich osadach aż w górach Maroka!
              Skąd się wzięli?

              Skąd przybył ten tak liczny naród? Gdzie była jego "kolebka"? Najstarsze
              zabytki słowiańskie wykopano w środkowej Ukrainie, na zachód od Kijowa, ale ten
              kraj był wówczas zbyt słabo zaludniony, by dać początek takiej masie ludzi.
              Przypuszczano nawet, że przybyli - jak wiele ludów przed nimi i po nich - ze
              stepów środkowej Azji; ale tak być nie mogło, gdyż Słowianie nie byli stepowymi
              koczownikami: trzymali się terenów wilgotnych, ich byt związany był z rzekami.
              Bardzo możliwe, że przed swoim "wyrojeniem się" mieszkali jeszcze dalej na
              wschód: w pasie żyznych liściastych lasów nad rzekami Oką, środkową Wołgą i
              Kamą, aż pod Ural. Zapewne ruszyli na zachód widząc, jak w tę strone idą (po
              łupy) ich stepowi sąsiedzi: najpierw Sarmaci-Alanowie, później Hunowie.
              Zaginiona cywilizacja

              Przyjście Słowian odbyło się "przy świadkach": ich najazdy odnotowali
              dwaj ówcześni dziejopisarze: wspomniany już Prokopiusz, oraz żyjący w Italii
              Jordanes. Potem jednak nadeszły "ciemne wieki", kiedy mało wiadomo, co się
              działo nawet w bardziej cywilizowanych częściach Europy. Jej wschodnią rubieżą
              żaden pisarz się przez całe wieki nie interesował. Po roku 60
              • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:08
                Zaginiona cywilizacja

                Przyjście Słowian odbyło się "przy świadkach": ich najazdy odnotowali dwaj
                ówcześni dziejopisarze: wspomniany już Prokopiusz, oraz żyjący w Italii
                Jordanes. Potem jednak nadeszły "ciemne wieki", kiedy mało wiadomo, co się
                działo nawet w bardziej cywilizowanych częściach Europy. Jej wschodnią rubieżą
                żaden pisarz się przez całe wieki nie interesował. Po roku 600 n.e. przez prawie
                300 lat o Słowianach nie ma niemal żadnych wzmianek. Żyli, karczowali lasy,
                budowali grody, wojowali ze sobą i z sąsiadami, urządzali sanktuaria, czcili
                bogów, wróżyli z lotu ptaków, śpiewali pieśni na cześć bohaterów - i z tej ich
                "złotej epoki" nie zachowało się NIC! Niewiarygodne, ale tak właśnie się stało.
                Cywilizacja Słowian przepadła niby legendarna Atlantyda.

                Dlaczego tak się stało? Słowianie przed przyjęciem chrześcijaństwa nie używali
                pisma, nie pozostawili więc ksiąg ani zapisanych kamiennych tablic. Swoje domy i
                twierdze budowali z drewna, które łatwo płonęło i niszczało. Podobnie drewniane
                były posągi ich bóstw. Z jednym wyjątkiem: kamiennego słupa, który przeleżał do
                naszych czasów na dnie rzeki Zbrucz, ale o nim wspomnę później. Swoich zmarłych
                nie składali do grobów wraz z wyposażeniem na drogę w zaświaty - jak czyniły to
                inne starożytne ludy, choćby germańscy Lugiowie i Goci, po których zostało na
                naszych ziemiach dużo więcej zabytków niż po Słowianach. Słowianie nieboszczyków
                palili na stosach, prochy zaś albo rozsiewali w świętych miejscach, bądź
                umieszczali w kapliczkach na słupach na rozstajach dróg. Z jednego i drugiego
                obyczaju archeolog nie ma żadnego pożytku. Nasi przodkowie jakby celowo zmówili
                się, aby archeologom utrudnić życie!

                Z tym brakiem pisma u Słowian to nie jest do końca jasne. Ich sąsiedzi:
                Germanowie, Grecy, Turcy ze stepu, byli piśmienni. We wszystkich słowiańskich
                językach przechowały się stare słowa pisać, czytać, księga i bukwa czyli litera.
                Do czego potrzebne byłyby te słowa, gdyby to był naród samych analfabetów? A
                kiedy powstał pierwszy słowiański alfabet, zwany głagolica (czyli "mówiące
                znaki"), zawierał on wiele liter nie występujących w żadnym innym piśmie. Więc
                może jednak Słowianie mieli własne litery i umieli się nimi posługiwać? Może
                jeszcze kiedyś znajdziemy przechowane gdzieś w torfie paski brzozowej lub
                bukowej kory z pradawnymi runami-bukwami?
                Nieznani bogowie

                Kiedy około osiemsetnego, dziewięćsetnego, tysięcznego roku Słowianie zaczęli
                przyjmować chrześcijaństwo, i na ich ziemie zaczeli przybywać czarno ubrani
                kapłani nowej religii, ich rodzima kultura nie miała żadnych szans. Była
                "pogańska" - czyli podejrzana o konszachty z diabłem i skazana na zagładę.
                Średniowieczni misjonarze zwykle nie zapisywali imion obalanych bogów - zapewne
                brzydziliby się umieścić je w swych księgach! Wzmianki o słowiańskich bóstwach
                zachowały się tylko z dwóch odległych punktów Słowiańszczyzny: z Kijowa, gdzie
                autor staroruskiej kroniki, mnich Nestor zapisał imiona "bałwanów" które ustawił
                nad Dnieprem kniaź Włodzimierz, zanim przyjął chrzest. Stąd dowiadujemy się, że
                w Kijowie czczono "Peruna ... z głową srebrną i wąsem złotym, i Chorsa, Dadźboga
                i Strzyboga, i Simargła, i Mokosza." Ale z tejże kroniki wynika, że był to kult
                nowy, państwowy, odgórnie zarządzony przez Włodzimierza. W jakich bogów naprawdę
                wierzyli kijowianie? - nie wiadomo.

                Drugi kraniec ziemi Słowian - nad Łabą i Bałtykiem - był wtedy podbijany przez
                Niemców. Towarzyszący wojom mnisi zapisali niektóre imiona połabskich bóstw,
                przy okazji przekręcając je nie do poznania, tak że do dziś naukowcy często nie
                wiedzą, co która zbitka liter mogła oznaczać. Kim był Zcerneboch? "Czarny Bóg"?
                A może to tylko jakieś złośliwe chrześcijańskie przezwisko, każące w starych
                bóstwach widzieć "czarnego" czyli diabła? Albo rzekomy bóg Goderak? Albo
                Redigast? - To brzmi jak imię człowieka, jakiegoś woja Radogosta, nie zaś boga.
                A Gerowit, Jutrybog, Podaga, Porenut, Pizamar, Pripegela, Tjernaglafi? - nawet
                nie wiemy, jak naprawdę brzmiały te imiona, i czy również nie były to tylko
                jakieś chrześcijańskie wyzwiska. Kim był (była? było?) Prowe - a może Prone?
                Albo Siwa? Przynajmniej o imieniu Zautevith lub Zuantevitz wiemy, że należy je
                czytać Świętowit, choć dawniej odczytywano je również "Światowid". Kiedy zaś w
                1848 roku z rzeki Zbrucz na Podolu wyłowiono kamienny słup z wizerunkami bóstw i
                czterema twarzami na szczycie, ówcześni historycy uznali, że to właśnie
                "Światowid", bo przecież patrząc w cztery strony widzi cały świat. Ale naprawdę
                dawni Słowianie nie znali bóstwa o tym imieniu, zaś konna postać na jednej ze
                stron słupa ze Zbrucza zgadza się z tym, co wiadomo o Perunie, i zapewne właśnie
                jego wyobraża.

                Bogowie Słowian byli zapewne dużo bardziej nieuchwytni, mgliści, niż bóstwa
                starożytnych ludów znad Morza Śródziemnego. Aby pewne bóstwo nabrało
                wyrazistości, musi mieć świątynie, posągi - najlepiej trwałe i kamienne, swoje
                czyny i księgi. Do obsługi tego wszystkiego potrzeba jest cala kasta kapłanów.
                Słowianie tego nie mieli. Nie mieli kapłanów. Nie budowali świątyń. (Nie wierzmy
                w ich gontyny czy kąciny - to dopiero Połabianie z obecnej Meklemburgii w
                ostatniej fazie wojen z Niemcami, tuz przed swoją klęską, zaczęli stawiać
                świątynie swym bóstwom na wzór chrześcijański. Oryginalne kulty Słowian odbywały
                się w świętych miejscach - w gajach, nad rzekami, na wzgórzach i u źródeł, ale
                zawsze pod gołym niebem. Wiemy że jedna z modlitewnych pozycji polegała na
                kładzeniu się na wznak i patrzeniu w niebo - żaden inny naród tak się nie modlił...
                Bóg, czart, bies...

                Słowianie wierzyli w pewną liczbę boskich mieszkańców niebios - dawców światła,
                deszczu i pomyslności, ale chyba nie wysilali się, aby ich wszystkich
                przeliczyć. Niemal pewne jest, że pierwsze miejsca, jako Bóg Najwyższy zajmował
                Perun, Bóg Burzy, znany także pod imionami Świętowit i Jarowit. Słowo bóg
                znaczyło "budzący lęk (z powodu swej potęgi)". Słowo o podobnym znaczeniu - gad
                - czyli "straszny, wstrętny" stało się u Słowian nazwą węża, zaś u ich sąsiadów
                Germanów - właśnie określeniem boga (gott u Niemców, god po angielsku). Inną
                nazwą istot nadprzyrodzonych był kyrtu, później czrtu, czyli "potężny". Nie
                wiadomo dlaczego tym mianem chrześcijanie zaczęli nazwać nie Boga lecz...
                diabla, czyli czarta.

                Inne diabelskie imię, bies, pierwotnie oznaczało coś zupełnie innego: środek
                rozjaśniający umysł, a więc napój z halucynogennych grzybów i jagód, którym
                słowiańscy wróże-szamani raczyli się podczas biesiady czyli, dosłownie "jedzenia
                biesów". Ponieważ starą nazwą szamana-czarownika był wołchw, takie
                czarnoksięskie zebranie nazywano wołchwotą, czyli - w obecnej polszczyźnie -
                ochotą. Cóż, pod wpływem grzybów-biesów nasi wołchwowie zdrowo sobie
                podochocili! W ułamkach starych słów i nazw przechowały się inne miana
                słowiańskich "świętych mężów", pośredników miedzy ludźmi i bogami-duchami.
                Szaman uzdrowiciel nazywał się lekarz. Jakimś innym rodzajem
                uzdrowiciela-zaklinacza był choroman. Był też kołud - i zapewne przepowiadał
                przyszłość. Były też mądre niewiasty wilchwy lub wilchy. Czynność wróżenia z
                lotu ptaków nazywała się kobiti, ptak wróżebny - kobiec, mistrz wróżenia tym
                sposobem - kobieł a może kobacz. Przede wszystkim zaś szaman-wróżbita nazywał
                się bak - czyli ten, który pilnie baczył na wieszcze znaki.
                Klątwa Galla-Anonima

                Skoro Słowianie przybyli ze wschodu, aż spod granic szamańskiego matecznika -
                Syberii, to jasne się staje, że ich religijno-kulturowe pojęcia były kompletnie
                obce dla ówczesnych chrześcijan z zachodniej i południowej Europy. Swoim
                sposobem myślenia, swoimi wierzeniami za bardzo różnili się nie tylko od
                chrześcijaństwa, ale i od tego, co wyczytano o dawnych "poganach", czyli
                wyznawcach Zeusa, Marsa i innych starych bóstw śródziemnomorskich. Zapewne
                również wyobrażenia Słowian w niczym nie przypominały dawnej mitologii
                germańskiej - żadnych wojen bogów, żadnych końców
                • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:20
                  Klątwa Galla-Anonima

                  Skoro Słowianie przybyli ze wschodu, aż spod granic szamańskiego
                  matecznika - Syberii, to jasne się staje, że ich religijno-kulturowe pojęcia
                  były kompletnie obce dla ówczesnych chrześcijan z zachodniej i południowej
                  Europy. Swoim sposobem myślenia, swoimi wierzeniami za bardzo różnili się nie
                  tylko od chrześcijaństwa, ale i od tego, co wyczytano o dawnych "poganach",
                  czyli wyznawcach Zeusa, Marsa i innych starych bóstw śródziemnomorskich. Zapewne
                  również wyobrażenia Słowian w niczym nie przypominały dawnej mitologii
                  germańskiej - żadnych wojen bogów, żadnych końców świata czyli "ragnaroków".

                  Chrześcijańscy misjonarze przychodzili do ludu, który był dla nich
                  zagadką - którego nie rozumieli i rozumieć nie chcieli. A jego kulturę uważali
                  za tak głęboko pogańską, diabelską wręcz, że zasługującą jedynie na jak
                  najszybsze zapomnienie. Nikt inny jak nasz pierwszy kronikarz, zapewne Frank (a
                  może Irlandczyk?) znany pod umownym imieniem "Gall Anonim" - bo zapomniał się
                  pod swoja kronika podpisać - takimi oto słowy przeklął naszą słowiańską przeszłość:

                  "Lecz dajmy pokój rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie
                  zaginęło w niepamięci wieków i których skaziły błędy bałwochwalstwa..."

                  Ta klątwa okazała się skuteczna. Dzięki Gallowi i jemu podobnym dawnych
                  Słowian rzeczywiście pochłonęła "niepamięć wieków". Choć może jakieś wspomnienia
                  trwają do dziś: w wykopaliskach naszej ziemi i w naszych genach.

                  • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:25
                    Pochodzenie Słowian jako mit polityczny

                    Pochodzenie i najstarsze dzieje Słowian są problemem, który, choć na pozór
                    oderwany od życia, niespodziewanie ujawnia pewne polityczne mity: myślowe ciągi
                    subtelne i mgliste, przez nikogo chyba nie wypowiedziane do końca, ale może
                    właśnie z tego powodu wciąż wywierające wpływy na myślenie o naszym polskim
                    miejscu w świecie.

                    Każdego, kto usiłował dowiedzieć się czegoś o słowiańskich starożytnościach,
                    musi uderzyć i zirytować brak ładu, brak wyraźnych linii u autorów
                    interpretujących archeologiczne i pisane zabytki; tak jakby na rzeczywiste
                    ubóstwo źródeł dotyczących naszych narodowych, polskich i słowiańskich
                    początków, nakładały się jeszcze uporczywe, a może wręcz złośliwe tendencje, aby
                    zrozumienie owych szczupłych źródeł zagmatwać.

                    Źródłem tego zamętu jest mit autochtoniczności Słowian, a Polaków w
                    szczególności. (Słowa "mit" używam oczywiście w sensie fałszywej i wygodnej
                    zbitki pojęciowej, a nie w sensie religijnej opowieści.) Mit ów został stworzony
                    w okresie międzywojennym z jasnych pobudek patriotycznych, czy jak kto woli,
                    nacjonalistycznych, i chodziło w nim o to, aby dać odpór niemieckiej
                    propagandzie, która wszelkie źródła archeologiczne interpretowała jako
                    świadectwa odwiecznego pobytu na ziemiach nadodrzańskich i nadwiślańskich - ich
                    własnych pobratymców, Germanów. Oczywiście, ów pogląd miał wyraziste ostrze
                    polityczne: podbudowywał ideologiczne prawa nazistowskich Niemiec do ziem
                    obecnie należących do Polski, które wówczas były wschodnimi kresami państwa
                    niemieckiego albo strefą planowanej hitlerowskiej ekspansji na wschód.

                    Pogląd o autochtoniczności Słowian sprowadzał się do tezy, iż osadnictwo w
                    dorzeczu Odry i Wisły (obszar ten bywał przedłużany na wschód aż do Dniepru) ma
                    w dającej się stwierdzić przeszłości charakter ciągły, nie było zaburzane
                    poważniejszymi najazdami, a ewentualni przybysze byli tylko przejściowymi
                    gośćmi. Mimo tych sporadycznych wizyt sąsiadów, przez cały czas - przynajmniej
                    1700 lat przed Mieszkiem I - miał trwać na obecnych polskich ziemiach
                    "prasłowiański" substrat etniczny. Owi Prasłowianie mieli w końcu przeobrazić
                    się w Słowian, którzy stąd, znad Odry i Wisły rozeszli się w okresie Wędrówek
                    Ludów (w wiekach IV-VI n.e.) w trzy strony świata - na zachód nad Łabę, na
                    południe: do Czech, nad Dunaj i na Bałkany, oraz na wschód ku późniejszej Rusi.

                    My, Polacy, mielibyśmy być w prostej linii potomstwem i spadkobiercami rdzennej,
                    autochtonicznej ludności dorzecza Odry i Wisły, a także tymi spośród Słowian,
                    którzy w przeciwieństwie do reszty swoich pobratymców, dochowali wierności
                    swojej starej ziemi i nie dali się skusić "obczyźnie" nad Dunajem, Wełtawą czy Oką.

                    Owa wizja - a raczej mit właśnie - była uporczywie podtrzymywana i propagowana
                    przez cały okres PRL i dopiero pod koniec tej formacji, w latach 80-tych,
                    zaczęły się pojawiać pierwsze publikacje, stawiające naszą prehistorię z głowy
                    na nogi.

                    Tylko skrótowo naszkicuję stan rzeczy, który wydaje się najbardziej
                    prawdopodobny (i który zapewne jest po prostu prawdą...) - Słowianie na
                    większości swoich obecnych siedzib, w tym także nad Odrą i Wisłą są stosunkowo
                    późnymi przybyszami i zajęli te ziemie w ciągu V wieku n.e., a więc w końcowej
                    fazie Wędrówki Ludów. W starożytności Brązu i rzymskiej ich tu po prostu nie
                    było; i co więcej nie wchodzili w styczność z cywilizacją klasyczną
                    (rzymsko-grecką). Najstarsze uchwytne archeologicznie ślady Słowian pochodzą z
                    Wołynia i Podola z wieku IV n.e.; co do wcześniejszej epoki poszlakami są
                    pokrewieństwa i zapożyczenia językowe, wskazujące ma dorzecze środkowego Dniepru
                    jako na wcześniejszą siedzibę. Nasze ziemie w rzymskiej starożytności
                    zamieszkiwali Germanowie - na Pomorzu Goci, a na południe od nich ludy określane
                    zbiorową nazwą najpierw Lugiów a później Wandalów, których ślady określa się
                    mianem archeologicznej Kultury Przeworskiej. Jedynie Pojezierze Mazurskie
                    zasiedlali Bałtowie. Germanowie sięgali zresztą dużo dalej na wschód: Goci i
                    Gepidowie, którzy przewędrowali nasze (później) ziemie, szerokim łukiem
                    okrążając Wandalów, jako że oba te plemiona szczerze się nie lubiły, stworzyły
                    krótkotrwałe państwo nad Morzem Czarnym i Dnieprem. Germańskim narzeczem mówiono
                    na Krymie jeszcze czterysta lat temu! Przed Germanami południe Polski było
                    kolonizowane przez Celtów. Wcześniejsza od nich Kultura Łużycka, której dziełem
                    był około roku 737 p.n.e. Biskupin, także po słowiańsku (czy prasłowiańsku) nie
                    mówiła.

                    Jak powiedzieliśmy, mit polskiego autochtonizmu (którego początkowo głównym
                    orędownikiem był prof. Józef Kostrzewski, poznański archeolog i odkrywca
                    Biskupina) od samego powstania miał wyraźne ostrze patriotyczne i
                    antyniemieckie. Okazało się wkrótce, że znakomicie służy także innym politycznym
                    opcjom czy stylom myślenia.

                    Ale wcześniej należy zauważyć, iż ów mit wzbogacił się o pewien ważny aspekt.
                    Wydawałoby się bowiem, iż jeżeli pewien lud nieprzerwanie zamieszkuje przez
                    półtora tysiąca lat, a może dłużej, to samo terytorium, utrzymując się w dodatku
                    z rolnictwa, nie koczując i nie wędrując, to powinien stworzyć jakąś trwałą
                    kulturę materialną i duchową. A więc grody, miasta, ośrodki rzemieślnicze;
                    zapewne także powinien dorobić się własnego pisma (tym bardziej, że miał
                    piśmiennych sąsiadów), kultu bogów, tytulatury władców, a może nawet spisanej
                    historii. Oczywiście Słowianie żadnym takim dorobkiem pochwalić się nie mogli.
                    Historycy owładnięci mitem autochtonizmu mogli naginać fakty, i wykopaliska w
                    rodzaju Biskupina przypisywać Słowianom. W większości przypadków jednak tego
                    czynić się nie dało, czego skutek był taki, iż przybywało wstydliwych faktów (że
                    odkopano groby książąt ewidentnie germańskich, groty strzał z runicznymi
                    napisami, albo że wygasłych w V wieku dymarek świętokrzyskich nie było komu
                    rozpalić na nowo) - a wraz z nimi rosła nieśmiałość w dziele naukowego, ale
                    także np. literackiego penetrowania własnej narodowej przeszłości. Prehistoria
                    Polski zaczęła przypominać szafę pełną trupów!

                    Jakby w odpowiedzi na takie krytyki (których, jak się wydaje, nikt jawnie nie
                    wytaczał) utrwalił się niejasny pogląd, iż tak rekonstruowani Słowianie (czy
                    Prasłowianie) byli przez całą swoją historię ludem pokojowo nastawionym,
                    łagodnym i poczciwym, godzącym się na koegzystencję na tym samym terytorium z
                    obcymi przybyszami, a w razie zagrożenia uciekającym zapewne w leśne głębiny...
                    W przeciwieństwie do wojowniczych i nieźle zorganizowanych, wykazujących
                    państwowotwórczy instynkt Germanów, Scytów, Hunów czy Awarów, Słowianie zdawali
                    się ludem bez historii i bez państwa. Jednakże te dwa jawne defekty okazały się
                    ich wielkim atutem w oczach dwóch dominujących nurtów politycznego myślenia w
                    Polsce lat niedawnych.

                    Słowianie bez historii, a w szczególności bez rozwiniętej religii, pozbawieni
                    wyższej kultury, nie tknięci kultem "pogańskich" bóstw, czynili wrażenie ludu,
                    który trwał przez tysiąclecia w dziecięcej niewinności, czekając na chrzest - bo
                    dopiero ów sakrament miał go wyrwać z prehistorycznego niebytu, a raczej
                    na-wpół-bytu. Ten aspekt mitu autochtonizmu był więc szczególnie miły
                    katolickiej opcji. Było to również w pełnej zgodzie z podręcznikową zbitką
                    pojęciową, iż historia Polski zaczęła się w roku 966 od chrztu Mieszka. A co
                    było wcześniej? Jakaś nieokreśloność, którą wprawił w polskie dzieje już
                    pierwszy historyk, Gall Anonim, pisząc te jakże ważkie słowa: "Lecz dajmy pokój
                    rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków
                    i których skaziły błędy bałwochwalstwa (...)". Oczywiste jest, że Kościołowi
                    bardzo pomocna była wizja Polski "stworzonej przez Kościół" - takiej, która od
                    początku jest chrześcijańska, która nie zaznała wcześniejszych, rdzennych a więc
                    "pogańskich" alternatyw kulturowych, i dosłownie wszystko zawdzięcza ideom
                    przybyłym z Rzymu albo za jego pośrednictwem.

                    Wizja ta była równie - a może nawet bardz
                    • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:27
                      Wizja ta była równie - a może nawet bardziej - miła stronie przeciwnej,
                      komunistom. Słowianie bez historii, a przede wszystkim bez państwa, nie znający
                      "ustrojów klasowych" oraz "wyzysku", w oczach marksistów wyglądali z kolei na
                      lud, który tak długo jak się dało przechowywał rajski stan niezróżnicowanego
                      "komunizmu pierwotnego", zwany również ustrojem "wspólnoty pierwotnej". Nie
                      muszę dodawać, że również te pojęcia liczą się pomiedzy polityczne mity, dalekie
                      antropologicznej rzetelności. A skoro Słowianie tak byli przywiązani do
                      "wspólnoty pierwotnej", to można było wnosić, iż fakt ów predestynuje ich do
                      podjęcia się roli pionierów w dziele krzewienia komunizmu prawdziwego, tego od
                      Marksa i Lenina. Logiczne, prawda?

                      W okresie PRL masowo wydawano (dla szkół głównie) mapy, przedstawiające owe
                      rzekome granice pierwotnego zasięgu Słowian. Malowano je przy tym ciepłym,
                      różowym, macierzyńskim kolorem, tak jak Ojczyznę na innych mapach. Mapy te,
                      lokalizujące na naszych ziemiach "prakolebkę" Słowian, miały znowu wyraźny acz
                      subtelny wydźwięk propagandowy, były kolejnym narzędziem z arsenału politycznej
                      mitologii stosowanej: dyskretnie przypominały Starszym Braciom z Moskwy, że tak
                      naprawdę, w porządku historycznym, to my, Polacy, jesteśmy ich starszymi braćmi,
                      i z tego tytułu należą się nam szczególne względy. Polska, zamalowana na różowy
                      prasłowiański kolor, awansowana była w ten sposób do rangi centralnego punktu
                      Słowiańszczyzny - a przecież Imperium Sowieckie i areał narodów słowiańskich
                      mało się od siebie różniły. Niemal wszyscy Słowianie w pewnym momencie żyli w
                      socjalizmie, a mapy czyniące Polskę centrum tego obszaru były argumentem na
                      rzecz specjalnych praw do stosowania "polskiej drogi do socjalizmu".

                      Skoro więc mit o autochtonizmie Słowian, a Polaków w szczególności, był wygodny
                      dla (primo) patriotów, (secundo) katolików oraz (tertio) komunistów, któż miałby
                      go podważać w imię naukowej obiektywności? Trwał więc wśród specjalistów aż do
                      lat 80-tych, a w podręcznikach, w literaturze popularnej i w potocznej
                      świadomości pokutuje, jak się wydaje, do dziś.

                      Ale dziś również, wobec perspektywy "wejścia do Europy", prawda o słowiańskich
                      początkach może wydać się mało atrakcyjna dla zwolenników europejskiej
                      integracji. Bo jakimże partnerem dla dziedziców Karola Wielkiego mogą być
                      potomkowie plemienia, które wynurzyło się gdzieś z poleskich bagien? Najstarsze
                      ślady wskazują, że w początkach swojej ewolucji Słowianie pozostawali w kręgu
                      oddziaływania kultury Irańczyków - takiego bowiem właśnie, wschodniego i
                      irańskiego pochodzenia jest nasza najstarsza terminologia religijna oraz
                      zachowane w folklorze pozostałości mitów. A Iran się politycznie kojarzy jak
                      najgorzej. Można też zaobserwować, że dziś najchętniej podnoszone są nasze
                      rzekome starożytne koneksje z Celtami, choć ich ślady w naszej tradycji są bez
                      porównania mniej widoczne niż irańskie, i przodkowie Słowian najprawdopodobniej
                      z Celtami się nie kontaktowali. Polityczny, choć zapewne nieuświadamiany,
                      podtekst celtyckiej orientacji jest również jasny: Celtami przecież byli
                      przodkowie najbardziej zachodnich Europejczyków, czyli Brytyjczyków i Francuzów,
                      do celtyckich korzeni poczuwa się znaczny procent Amerykanów, a dziś celtyckie
                      tradycje przeżywają tam renesans, który z kolei ma wyraźny rys antyrzymski z
                      antychrześcijańskim odcieniem.

                      Wypadałoby zakończyć ten temat wnioskami.

                      Pierwszy i oczywisty jest taki, że pozwalając hasać mitom, odcinamy się od
                      prawdziwej wiedzy o naszych korzeniach. A wobec nadciągającej ogólnoświatowej
                      urawniłowki narodów i kultur, praktyka to mocno niebezpieczna.

                      Drugi, że warto byłoby tę wiedzę szerzej rozpowszechnić. Bo żal doprawdy, że ten
                      obszar historii, który nas - w masie - coś obchodzi, zaczyna się dopiero od
                      epoki wojen kozacko-szwedzkich z "Trylogii" Sienkiewicza.

                      Trzeci, że prawda o początkach Słowian i Polski każe inaczej patrzeć na własną
                      tradycję. Widzimy wtedy, że mamy nie pojedyncze, a potrójne dziedzictwo: nazwę
                      je, trochę górnolotnie, dziedzictwem ziemi, krwi i myśli. Dziedzictwo ziemi to
                      poczuwanie się do solidarności z wszystkimi plemionami, które poprzedziły nas na
                      naszej ziemi, jadły chleb z tej samej roli i walczyły o tę samą ojcowiznę - a ta
                      solidarność, dotycząca najpierw germańskich Wandalów, Gotów, Sylingów i
                      Hasdingów, oraz Celtów i niewiadomego języka "Łużyczan" (tych z Biskupina), może
                      tym łatwiej być rozszerzona na późniejszych i dzisiejszych naszych
                      "współziemców" - Prusów, Litwinów, Niemców, Białorusinów, Ukraińców, Żydów i
                      Cyganów. Polska widziana z tej perspektywy staje się zupełnie inną jakością niż
                      nacjonalistyczna klatka, w której jakoby mieliśmy w pojedynkę siedzieć od trzech
                      tysięcy lat.

                      Dziedzictwo krwi, to solidarność z tymi, którzy byli naszymi językowymi i po
                      części biologicznymi przodkami - zagadkowym ludem, który przyszedł ze wschodu,
                      zajął opustoszałą po Wędrówkach Ludów środkową Europę - i który w tamtej epoce
                      wykazał zadziwiającą odmienność politycznych zachowań, gdyż w przeciwieństwie do
                      wszystkich sąsiadów i poprzedników, którzy ulegli powszechnemu wówczas rojeniu o
                      budowaniu imperiów na gruzach Rzymu, skierował swoje siły na rolniczą
                      kolonizację ziem, które zajmował. A ta strategia okazała się skuteczna: po
                      Wandalach, Gotach, Hunach i Awarach słuch zaginął, Słowianie się rozmnożyli i
                      rozrośli... Być może od nich moglibyśmy się i dziś czegoś nauczyć.

                      Wreszcie dziedzictwo myśli, które każe nam szukać trzecich i najmocniejszych
                      korzeni - w Rzymie, Atenach i Jerozolimie.

                      Poruszona tu sprawa autochtonicznego mitu sama w sobie wydaje mi się ciekawym
                      tematem dla badań historyków, oczywiście tych od czasów najnowszych. Żyją
                      przecież świadkowie kształtowania się tego mitu, a może i jego współtwórcy -
                      autorzy odpowiednio "wyważanych" podręczników i map. Archeologowie, fałszujący
                      lub przemilczający dane z wykopalisk. Cenzorzy kierujący myśl badaczy w
                      odpowiednim kierunku. A najciekawsze byłoby zbadanie, jak ów mit oddziałał -
                      zapewne poprzez doradców zaznajomionych z polskimi kompleksami - na Józefa
                      Stalina, który wyrysował mapy powojennej Polski tak, aby były dziwnie zgodne z
                      różowymi siedzibami Prasłowian.

                      20 stycznia 1998. Artykuł zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!".
                      • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:31
                        Od kiedy różnimy się od Rosjan?

                        W bardzo ciekawym artykule "Konflikt cywilizacji" ("Najwyższy Czas!" nr 32-33,
                        ss. XXX-XXXI), Pan Mariusz Kowalski dowodzi, że lewica ma do dziś wpływy w
                        Polsce głównie tam, gdzie kiedyś rządził carat lub gdzie mieszka ludność
                        przesiedlona z dawnego Cesarstwa Rosyjskiego. Pewien szczegół wzbudził jednakże
                        mój protest. Chodzi o ten fragment, gdzie Autor wywodzi cywilizacyjne różnice
                        między Polska a Rosją (lub Rusią) jeszcze ze starożytności, twierdząc, iż:

                        (...) plemiona polskie krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry, w
                        bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego (...) pozostając w silnych
                        związkach z ludami celtyckimi i germańskimi. Plemiona wschodnio-słowiańskie
                        ukształtowały się natomiast w dorzeczu Dniepru, w kontakcie z ludami irańskimi,
                        ugrofińskimi i turańskimi. (...)"

                        Wkradło tu się kilka błędów.

                        (1) Otóż plemiona polskie "krystalizowały się w dorzeczu Wisły i Odry" dopiero
                        wraz z podbojami Polan, i właśnie podboje Mieszka i Bolesława były tym
                        czynnikiem, który zebrał Słowian znad Wisły i Odry w jeden organizm polityczny.
                        Tylko że wtedy zachodnia połowa Imperium Romanum nie istniała już od 500 lat z
                        okładem.

                        (2) W starożytności "w bezpośrednim sąsiedztwie imperium rzymskiego" (które, jak
                        słusznie pisze Autor, sięgało swą wojskową obecnością po Sudety i Karpaty) nie
                        było ŻADNYCH Słowian! Na terenie obecnej Polski istniały wtedy dwa obszary
                        kulturowe, przez archeologów zwane Kulturą Przeworską i Kulturą Wielbarską. Obie
                        były germańskie: Kulturę Wielbarską, na północy i wschodzie Polski, tworzyli
                        Goci; Przeworską, na południu i zachodzie - zespół plemion znany najpierw pod
                        nazwą Lugiów, później Wandalów. Dowodów na nieobecność Słowian jest kilka: brak
                        w rzymskich źródłach wzmianek o ludziach noszących słowiańskie imiona. Brak w
                        tychże źródłach słowiańskich nazw miejscowych i plemiennych. Gdyby Słowianie
                        zamieszkiwali w starożytności dorzecza Odry i Wisły, to by jakaś ich cześć
                        pociągnęła w ślad za Germanami, Sarmatami i Hunami na Rzym, podobnie jak to
                        zrobiła grupa Galindów siedzących wtedy, jak i później, na Pojezierzu Mazurskim.
                        Tymczasem najazdy Słowian na państwo rzymskie (to wschodnie) zaczęły się dopiero
                        w następnym stuleciu po właściwej wędrówce ludów. Dalej: istnieje przekaz o
                        germańskim plemieniu, które wracało (w początkach 6 wieku) do Skandynawii,
                        zastając na północ od Karpat kompletne bezludzie. I wreszcie archeologowie
                        znajdują na obecnych ziemiach polskich lukę osadniczą w czasie pomiędzy
                        odejściem Germanów a pojawieniem się osad słowiańskich.

                        (3) Plemiona zachodniosłowiańskie na równi ze wschodniosłowiańskimi
                        ukształtowały się w dorzeczu środkowego Dniepru; a mówiąc ściślej, zachodnimi
                        stali się ci Słowianie, którzy w 6-tym wieku wywędrowali znad Dniepru nad Wisłę,
                        Odrę i Łabę. O tym, że to był pierwotnie jeden lud, świadczą też te same nazwy
                        plemienne na wschodzie i na zachodzie: Polanie wokół Gniezna i Polanie wokół
                        Kijowa, Drewlanie na Wołyniu i Drzewianie za Łabą, Dulebowie na Podolu i w
                        Czechach, Wołynianie na Wołyniu i Wolinianie na Pomorzu.

                        (4) Zarówno we wschodnich jak i w zachodnich językach słowiańskich zachowały się
                        stare zapożyczenia irańskie (wg. Autora właściwe tylko wschodniej
                        Słowiańszczyźnie) oraz germańskie (wg, Autora właściwe Zachodniej) - takie jak
                        "bóg, wiara, święty, mir, chwała, zło, choroba" (irańskie - sarmackie); oraz
                        "ksiądz/kniaź, wiciądz (rycerz), chleb, chyża (chata), skot, chlew" (germańskie
                        - gockie).

                        (5) Starożytny kontakt (pra)słowiańsko-celtycki prawdopodobnie w ogóle nie
                        istniał, zaś miejscowa ludność, którą nad Odra i Wisła zastali Celtowie
                        osiedlając się tam około 300 r pne. nie była słowiańska.

                        Żeby wytłumaczyć różnice miedzy Polską a Rosją nie trzeba wcale szukać ich aż w
                        czasach, kiedy ani Polaków, ani Rosjan, ani w ogóle Słowian w dzisiejszym
                        rozumieniu po prostu jeszcze nie było.

                        Z poważaniem
                        Wojciech Jóźwiak
                        Milanówek, 3 sierpnia 2000
                        • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:49
                          Skąd się wzięła Polska czyli o Słowianach, koczownikach i prawach historii,
                          oraz dlaczego powinien u nas stanąć Pomnik Czyngis-Chana

                          Zagadkowy Lud Słowianie

                          Skąd się wzięła Polska? Większość Rodaków, (również ci, którzy pamiętają ze
                          szkoły historię), z pewnością uzna to pytanie za dziwne. Jak to? Przecież
                          byliśmy tu zawsze... Jakoś słabo się u nas upowszechniła świadomość faktu, że
                          nasi przodkowie przybyli na nadwiślańskie ziemie jakieś (bez mała) tysiąc
                          pięćset lat temu, i podbili resztki miejscowej ludności, które przetrwały zamęt
                          Wielkiej Wędrówki Ludów, wywołanej najazdem Hunów. Ale taka jest reguła:
                          większość ludów zamieszkuje swoje obecne ojczyzny dzięki podbojom, których
                          dokonali ich przodkowie. Dotyczy to tak samo dzisiejszych Włochów (którzy są
                          echem rzymskich podbojów w Italii) jak i Amerykanów, którzy gwałtem przecież
                          zajęli północnoamerykański kontynent. Jedne narody zachowały pamięć swojego
                          Zajęcia Ojczyzny (na przykład Węgrzy), inne (przykładem my i Słowianie w ogóle)
                          zdążyły o tym zapomnieć. Na marginesie zauważę, że są też narody, które właśnie
                          w naszych czasach przeżywają swój heroiczny etap historii - na przykład Tutsi...

                          W starożytności Słowianie nie byli w ogóle znani! - To znaczy, rzymsko-grecki
                          świat o nich nie słyszał, przeciwnie niż o Germanach, z którymi walczył i o
                          których zebrał nader dokładne wiadomości. Słowianie na historycznej scenie
                          pojawiają się dopiero po 500 roku i są postrzegani jako lud "nowy" i wcześniej
                          nie znany. Lubomir Czupkiewicz, autor cienkiej, ale bardzo treściwej książeczki
                          o genezie Słowian, przypuszcza, iż przywędrowali oni spod Uralu, znad Kamy (z
                          obecnej Baszkirii), zajmując najpierw ziemie nad Dnieprem, potem Wołyń, i stąd
                          rozeszli się po całej środkowo-wschodniej Europie. Tak więc nasi przodkowie
                          przeszliby podobną drogę, jak 400 lat po nich Madziarowie, z tą różnicą, że
                          przodkowie Węgrów, jako koczownicy-stepowcy szli przez Dzikie Pola, a
                          Prasłowianie, mieszkańcy wilgotnych lasów, zapewne przenosili się wodą, wzdłuż
                          Wołgi, Oki, Dniepru i Prypeci.

                          Wiele faktów, głównie archeologicznych, świadczy o tym, że Słowianie nie są
                          tubylcami na ziemiach dzisiejszej Polski. O tym samym świadczą nazwy naszych
                          rzek. Żadna znaczniejsza rzeka w Polsce nie nosi nazwy, która by się dała
                          objaśnić po słowiańsku! Przyzwyczailiśmy się do nazw Wisły, Odry, Narwi, Bugu,
                          Bzury, Warty, Dunajca, Sanu... i mało kto widzi, że te słowa ani po polsku, ani
                          w dawniejszych wariantach słowiańszczyzny, nie znaczą nic! Są swojskie, ale
                          równie nie znaczące, co Mississippi albo Limpopo. A do tego nazwy Wisła i Odra
                          (Vistula, Viadrus) były znane rzymskiej starożytności, czyli używane były
                          jeszcze przez ówczesną ludność naszych ziem, głównie Germanów.

                          Przeciwnie, nazwy miast w ogromnej większości (jeśli nie wszystkie) dają się
                          wyprowadzić od słowiańskich rdzeni, a większość z nich znaczyła pierwotnie:
                          "gród takiego-to-a-takiego" - Kraków, gród Kraka, Wrocław, gród Wrócisława,
                          Radom, gród Radoma, Wolbórz, gród Wolibora. Można stąd wnioskować, że
                          napływający na nasze ziemie Słowianie uczyli się nazw rzek od podbitej ludności,
                          ale miasta zakładali sami i nazywali je po swojemu, od imion wodzów, którzy
                          twierdzami zarządzali.

                          Słowianie, przybysze z terenów oddalonych od starych centrów starożytnej
                          cywilizacji, a więc przez to zapóźnieni w rozwoju, mogli odnieść swój sukces,
                          jakim było zajęcie połowy Europy, tylko dlatego, że środek kontynentu był
                          ogarnięty w owym czasie przez chaos i kryzys. Przyczyną tego kryzysu, którego
                          przejawem była Wielka Wędrówka Ludów oraz wyludnienie ziem nad Wisłą, Dunajem,
                          Odrą i Łabą, byli Hunowie, którzy przybyli do Europy aż spod Chińskiego Muru. W
                          ten sposób natrafiamy na wątek, który długo się odtąd będzie przewijał w
                          historii, mianowicie wzajemne stosunki i oddziaływania Słowian (i innych
                          rolników) - i stepowych koczowników.

                          • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:50
                            Cywilizacja Wielkiego Stepu

                            Aż zdumiewa, jak cicho i bez śladu potrafią znikać z mapy świata cywilizacyjne
                            formacje, które przez stulecia trzęsły dosłownie całym światem. Dzisiejsi nędzni
                            i żyjący na marginesie swoich społeczeństw Beduini oraz mongolscy i kazachscy
                            pasterze, to wszystko, co pozostało z potężnych koczowniczych, stepowych kultur,
                            które jeszcze trzysta lat temu z okładem zdolne były do budowania imperiów. Tyle
                            właśnie lat temu groźni byli nadal w Europie Tatarzy, zaś ich pobratymcy z
                            przeciwległego krańca Wielkiego Stepu, Mandżurowie, podbijali właśnie
                            przeogromne i przebogate Chiny. (Wyglądało to tak, jakby dziś Czeczeni zbrojnie
                            utworzyli swoje państwo na miejscu Rosji!)

                            Na Wielki Step, na obszar trawiastych równin rozciągających się miedzy 40-tym i
                            55-tym stopniem szerokości geograficznej północnej, oraz od Karpat i Dunaju po
                            Rzekę Żółtą i Amur, możemy patrzeć jak na wielki generator etnicznych prądów. Tu
                            właśnie istniał, przez tysiąclecia, gorący ludzki kocioł, z którego niemal co
                            stulecie wyrajały się masy gotowych na wszystko wojowników, którzy łączyli się w
                            nowe narody, łamali opór sąsiadów i kolonizowali Azję i Europę. Stąd wyszli
                            Ariowie, którzy zasiedlili Iran i Indie, Hetyci, zdobywcy Azji Mniejszej,
                            przodkowie Greków, Italików, Celtów, Germanów. Po Indoeuropejczykach, kolejną
                            falą były plemiona mówiące językami tureckimi i mongolskimi. W tym samym
                            obszarze Wielkiego Stepu mają swoje korzenie Turcy, Tatarzy, Bułgarzy, Jakuci,
                            Mandżurowie, nie licząc tych ludów, które na tej ziemi do dziś pozostały. Wir
                            stepowych wędrówek wciągnął również syberyjskich myśliwych, przodków
                            późniejszych Madziarów, a dzisiejszych Węgrów.

                            Centra cywilizacji leżały dalej na południe: w Mezopotamii, Egipcie, Iranie,
                            Indiach, Chinach i na Morzem Śródziemnym. Tam powstawały techniczne,
                            organizacyjne i religijne wynalazki, tam wynajdywano pismo, uprawę roli, obróbkę
                            metali. Tam prorocy objawiali Słowo Boże. Na tle tych kultur stepowy koczownik
                            pozostawał prymitywem. Pisma się nie uczył i nie ufał księgom, kowali sprowadzał
                            z południa. W życiu duchowym długo wystarczał mu szamanizm. Jedynym, co step
                            miał do zaoferowania światu, była ludzka energia - ta energia, która rodzi się z
                            wolności. Sąsiedzi stepowców doświadczali przewagi tej energii co parę pokoleń,
                            gdy od Dzikich Pól nadciągali amatorzy dorobku ich życia.

                            Rolnika trudno było przekwalifikować w wojownika. W rolniczych społeczeństwach
                            obroną i wojaczką zajmowali się specjaliści, i było ich względnie niewielu. Oni
                            także, jako klasa społeczna, sprawowali tu władzę. W społeczeństwach stepowych
                            producent-hodowca był jednocześnie wojownikiem. Sztuka wypasu bydła i owiec była
                            zawsze nieodłączna od sztuki złodziejstwa oraz obrony stad przed sąsiadem konio-
                            i bydłokradem. Konni pasterze nie musieli być specjalnie szkoleni, organizowani,
                            odżywiani. Wojenny potencjał Stepu był stale pod bronią! Potrzeba było tylko
                            dostatecznie zdolnej jednostki, która by potrafiła te masy, mówiące różnymi
                            językami, ale żyjące na jedną modłę, skrzyknąć i poprowadzić w określonym kierunku.

                            Przewagę rolników i miejskiej cywilizacji, którą ci żywili, nad Stepem,
                            zgotowała dopiero nowożytna rewolucja naukowo-techniczna. Koczownik,
                            przemieszczający się konno i uzbrojony w łuk rewersyjny, długo miał przewagę nad
                            państwowym żołnierzem. Nawet prymitywna broń palna nie pozbawiła go jego atutów.
                            Stopniowo jednak słabł, aby przegrać dopiero z armatami, koleją i telegrafem.

                            My sami jesteśmy potomkami jednej z fal osadniczych, jakie wyłoniły się z
                            Wielkiego Stepu. Było to jednak dawno, z pewnością dawniej niż trzy tysiąclecia
                            wstecz. Słowianie, kiedy pod koniec Wędrówki Ludów u schyłku Starożytności
                            przybyli na nasze ziemie, nie byli już koczowniczymi pasterzami, lecz rolnikami,
                            którzy ponadto swój byt wiązali z wodą, i osiedlali się nad rzekami i jeziorami.
                            Gdyby tradycje Stepu były wśród nich żywe, zasiedliliby w pierwszej kolejności
                            równiny nad Morzem Czarnym i Panonię, tymczasem właśnie te stepowe ziemie
                            ominęli lub (znad Dunaju) dali się łatwo wyprzeć Madziarom, co świadczy tylko o
                            tym, że na stepach czuli się nieswojo i do tego środowiska nie byli dobrze
                            przystosowani. Step czyli strefę czarnoziemu Rosjanie i Ukraińcy zaczęli
                            uprawiać dopiero w dziewiętnastym wieku, już w innej epoce technologicznej.
                            Niechęć europejskich rolników do stepów przeniosła się zresztą za Ocean: uprawa
                            ziemi na amerykańskich preriach liczy zaledwie sto lat, a wcześniej ta strefa
                            była pospiesznie mijana przez osadników zmierzających nad Ocean Spokojny.

                            W piątym wieku najazd typowych Stepowców - Hunów - wytworzył cywilizacyjną
                            pustkę w środku Europy, w którą następnie wniknęli Słowianie. Dlaczego oni?
                            Dlaczego ówczesna fala ruchu ogarnęła tylko ich, a pokrewni i po sąsiedzku
                            stojący Bałtowie pozostali nie poruszeni? Dlaczego Germanów nie interesowały
                            ziemie, które pokolenie wcześniej opuścili? Tego zapewne nigdy się nie
                            dowiemy... Nie znamy przyczyn, które pobudziły do ruchu właśnie Słowian - lecz
                            całe to zjawisko, proces nagłego poruszenia pewnego ludu, daje się ująć we wzory
                            i porównać z innymi podobnymi procesami w historii.

                            • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:51
                              Etnogeneza czyli Wyrojenie Ludu

                              Przez kilka tygodni krążyłem w księgarniach wokół książki Lwa Gumilowa "Od Rusi
                              do Rosji" Z jednej strony cenię jej Autora; jego wcześniejsze książki, o
                              Mongołach i Turkach, przeczytałem kilkakrotnie od deski do deski, ale ten temat
                              wydawał mi się aż nadto dobrze znany: o historii Rosji parę grubych ksiąg stało
                              już na moich półkach... Tymczasem okazało się, że książka rosyjskiego historyka,
                              z pozoru poświęcona dawnej Rusi, naprawdę opowiada o czymś więcej.... Ta książka
                              zawiera oryginalną wizję dziejów! Uderzyło mnie, że ten niedawno zmarły rosyjski
                              profesor prezentuje coś, co jest wielkim darem u autorów ośmielających się pisać
                              o historii ludzkości, mianowicie zdolność panoramicznego widzenia i talent do
                              wielkiej syntezy.

                              Książka Gumilowa mówi o "etnogenezie" Rosji. Sztywny i muzealny jakby termin
                              "etnogeneza" oznacza, w jego kodzie, właśnie to zjawisko, o którym powyżej
                              wspomniałem: poruszenie się narodu do historycznego zrywu. Zazwyczaj losem
                              ludów, "etnosów", jak je nazywa Gumilow, jest homeostaza. Czyli stan stabilnego
                              (przy danym poziomie sił wytwórczych) przystosowania do potencjału środowiska
                              geograficznego. Co jakiś jednak czas przez ludzi żyjących "z dziada pradziada",
                              "jak Bóg przykazał" (lub: duchy przodków) - przebiega prąd. Pojawia się wśród
                              nich nadmiar energicznych jednostek, które nie mieszczą się w zastanym świecie,
                              którym za ciasno jest w rodzimych opłotkach. Ci kłócą się miedzy sobą, skrzykują
                              podobnych sobie ryzykantów, toczą wojny, wyprawiają się na sąsiadów, często
                              szukają szczęścia w odległych krajach. Pozostawiają po sobie potomstwo, które
                              dziedziczy ich geny (być może korzystnie zmutowane!) i pragnie dorównać i
                              przewyższyć swoich sławnych i zbuntowanych ojców. Takich ludzi Gumilow nazywa
                              "pasjonariuszami" ,a ów prąd, który ich stawia na nogi: "impulsem pasjonarnym".

                              Według Gumilowa historia jego kraju notuje dwa takie wielkie impulsy pasjonarne,
                              bodźce etnogenezy: pierwszy z tych impulsów stworzył Słowian, a właściwie kazał
                              zagubionemu w bagnach prymitywnemu plemieniu ruszyć na podbój Europy (nie
                              zapominajmy, że dawni Słowianie osiedlali się pod dzisiejszym Hamburgiem, w
                              Bawarii, na Peloponezie, a nieliczni dotarli jakoby nawet do Syrii...).

                              Drugi impuls postawił na nogi (a raczej posadził na końskich siodłach...)
                              mieszkańców północno-wschodniej rubieży Rusi, zasiedlających okolice Riazania,
                              Tweru, a przede wszystkim Moskwy. Tam, w wiekach trzynastym i czternastym, pod
                              twardym, mongolskim protektoratem, rodziła się nowożytna Rosja, naród (w
                              terminologii Gumilowa: etnos) należący wcale nie do Zachodniej Europy, lecz do
                              szerokiej strefy, która zaczyna się od Karpat i ciągnie na wschód aż po Pacyfik,
                              od południa odgrodzona łańcuchem kosmicznych gór centralnej Azji. Gumilow czuje
                              się patriotą tej strefy, którą wcześniej już dwukrotnie jednoczyły różne ludy,
                              najpierw Staro-Turcy, a później Mongołowie, poddani Czyngis-Chana. Ich
                              współczesnym spadkobiercą w dziele jednoczenia przestrzeni miedzy Europą a
                              Chinami jest - według Gumilowa - Rosja.

                              Spomiędzy wierszy książki "Od Rusi do Rosji" dają się wyczytać osobiste (a może
                              też kulturowe) sympatie i antypatie jej Autora. Gumilowowi Zachód wydaje się
                              obcym żywiołem, który zagraża oryginalnemu rozwojowi Rosji i całej tej
                              euro-azjatyckiej strefy, której osią jest Wielki Step. Zachodnich Europejczyków
                              postrzega on jako zwarty etnos, który swoją heroiczną, "pasjonarną" epokę
                              przeżył pięć stuleci wcześniej niż Moskwa, a zatem jest starszy i dalej
                              posunięty w rozwoju. W rozwoju, który nieuchronnie - według rosyjskiego
                              historyka - prowadzi do zaniku twórczych, pasjonarnych sił i do pogrążenia się
                              na powrót w biernej, jałowej egzystencji homeostazy. (Gdy się bez uprzedzeń
                              przyjrzeć dziejom Zachodu w ostatnim stuleciu, nie sposób nie przyznać mu
                              racji!). Kopiowanie europejskich wzorców przez Rosję przypomina mu zabiegi
                              dziewczynki, która maluje usta i patrząc w lustro wydaje się sobie dorosłą
                              kobietą. Oczywiście Gumilow nie ma wątpliwości, że Polska jest częścią
                              zachodnioeuropejskiego etnosu, i miedzy nami a Rosją przebiega od wieków
                              cywilizacyjna granica.

                              Warto wnikliwie przestudiować książkę Gumilowa, ponieważ mogą z niej wypływać
                              praktyczne i polityczne wnioski. Dziś Rosja wraz ze swymi satelitami przeżywa
                              okres "smuty", czyli (po rosyjsku): zamętu, chaosu. Najsłynniejsza rosyjska
                              "smuta" miała miejsce z początkiem siedemnastego wieku, kiedy wygasła stara
                              dynastia Rurykowiczów (jej ostatnim wybitnym - na swój sposób - przedstawicielem
                              był Iwan Groźny), a władzę w Rosji usiłowali przechwycić Samozwańcy, wspierani
                              przez polską interwencję. Rosjanie do dziś nie potrafią nam wybaczyć polskich
                              wojsk okupujących Kreml w świętej Moskwie! Współczesna "smuta", upokorzenie
                              mocarstwowych ambicji Rosji, to czas przejściowy. Po załamaniu się
                              marksizmu-leninizmu i proletariackiego internacjonalizmu, czyli tej wiary, która
                              dotąd usprawiedliwiała potęgę imperium nad Wołgą i Amurem, Rosjanie będą
                              gwałtownie poszukiwać nowych ideologii. Książka Gumilowa pozwala wejrzeć w stan
                              ducha najwybitniejszych przedstawicieli tego narodu. Nauka o pasjonarnych
                              impulsach nie jest akademicką teorią: gdy się czyta tę książkę, emanuje z jej
                              kart ładunek duchowej siły, która, włożona w usta zdolnego przywódcy, jest
                              wstanie poderwać "etnos" do państwowotwórczych czynów...

                              Gumilow do swojej wizji historii doszedł w czasie, kiedy był więźniem łagrów.
                              Jego również nie ominęła stalinowska pajdeja. Rosyjska cywilizacja tak jest
                              zaprojektowana, że stale zmusza własnych ludzi do wyrzeczeń, poświęceń, cierpień
                              i męczeństwa. Rosjanie płacą daninę krwi i głodu nie tyle obcym najeźdźcom, co
                              własnym tyranom i własnym, "natchnionym" społecznym eksperymentatorom. My, obcy
                              temu światu, widzimy, że ów haracz jest absurdalny, i cierpienia zesłańców i
                              gierojów domowych wojen nie służyły żadnej wyższej sprawie. (Bo jakież to
                              ponadczasowe wartości dała światu Rosja? Czy okupi swoje okrucieństwa
                              powieściami Dostojewskiego?) My możemy na nich patrzeć z dystansu... (Też nie
                              zawsze. Zarówno mój ojciec, jak i dziad zwiedzili kopalnie Uralu jako niewolnicy
                              komunizmu...) Ale Rosjanie muszą wierzyć w wyższy sens swoich cierpień i ofiar.
                              Chyba nie popełniam błędu, gdy sądzę, że Rosja czeka na przyjęcie nowych,
                              historiozoficznych wizji. Że właśnie tam potrzeba intelektualnego i mentalnego
                              oswojenia żywiołu historii musi być najbardziej paląca...
                              • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:52
                                Polski Archaik, Paleozoik, Kenozoik

                                Ale oddaliliśmy się od tematu "Czyngis-Chan a sprawa polska". Jak zauważył
                                Gumilow, tajemniczy w swojej istocie impuls pasjonarny nie jest udziałem tylko
                                pojedynczych narodów (etnosów). Zwykle obejmuje pewien rozleglejszy pas ekumeny.
                                W trzynastym stuleciu Autor "Od Rusi do Rosji" dostrzega jeszcze, podobne jak na
                                Rusi Za Lasami, narodotwórcze prądy u jej sąsiadów: w tym samym czasie bowiem
                                aktywizuje się Litwa pod wodzą księcia Mendoga; później, pod jej wpływem, zaczną
                                się procesy, które nakażą osobną drogą iść Białorusi i Ukrainie. Dalej na
                                południe z masy tureckich stepowych ludów uformują się Krymscy Tatarzy, a
                                jeszcze dalej, niezależnie od nich - choć też w tym samym stuleciu - powstanie
                                prężny, młody etnos Turków Osmańskich, którzy już wkrótce zjednoczą krąg
                                cywilizacji Bliskiego Wschodu i zagrożą Europie.

                                W tym momencie warto wrócić do naszej, polskiej historii. Wystarczy szkolna
                                wiedza, aby zauważyć, że historia Polski ma wiele wspólnego z geologicznymi
                                dziejami skorupy ziemskiej. Polska ma swój archaik, paleozoik, mezozoik (epokę
                                dinozaurów) i wreszcie kenozoik, czyli historyczną współczesność. Archaik, to
                                pierwsza cywilizacja słowiańska. Ta, po której pozostały nam jedynie nazwy (i
                                lokalizacje) miast, męskie imiona wzywające do dzielności, gościnności i
                                heroizmu (Zbygniew, Wojciech, Radosław, Włodzimierz... jest ich około trzech
                                tysięcy, w większości niemodnych i niezrozumiałych), oraz jakieś 50 procent
                                naszego języka: jego najstarsza, ale wciąż płodna i soczysta warstwa.

                                Polska epoka paleozoiczna, to Polska Piastów. Ta historyczna formacja ma swój
                                wyrazisty początek - zjednoczeniowy wysiłek Polan pod wodzą Mieszka, uwieńczony
                                przyjęciem chrztu, czyli przyłączeniem się, z ciałem i duszą, do cywilizacji
                                zachodniego chrześcijaństwa. Nie była to wymuszona konieczność. Wybór był wolny
                                - nasi wschodni sąsiedzi, tacy sami Słowianie jak my, zapisali się przecież do
                                innego klubu narodów. Polska Piastowska miała swój wyraźnie określony teatr
                                działań. Obejmowała Śląsk, Wielką i Małą Polonię, Mazowsze, oraz - z
                                zastrzeżeniami - Pomorze. Interesy miała w Czechach, Morawach, w słowiańskich i
                                niemieckich krajach nad Łabą. Wchodziła w stosunki z sąsiadami ruskimi,
                                pruskimi, węgierskimi. Nie miała (oprócz zakusów maniakalnie ambitnego Bolesława
                                Chrobrego) dążeń imperialnych, sił ledwie wystarczało (a częściej nie
                                wystarczało...) aby utrzymać w całości dziedzictwo Mieszka. Była tamta Polska
                                jednolita etnicznie, jednej wiary i przywiązana do monarchicznego modelu
                                państwa. Oprócz nieco późniejszego startu i peryferyjnego położenia, nic jej nie
                                różniło od reszty cywilizacyjnego kręgu Zachodu. Z Polską następnej epoki będzie
                                już inaczej.

                                Wiek Trzynasty nie tylko na Rusi, ale i w naszej części Europy zmienia
                                dotychczasowe pole sił. Nad Bałtykiem pojawia się, jakby powiedział Gumilow,
                                nowy etnos (a może tylko "subetnos"), mianowicie ramię organizacji, która
                                powstała pod pustynnym niebem Jerozolimy - Zakon Krzyżacki. W błyskawicznym
                                tempie zakonni rycerze budują swoje imperium. Odtąd, przez czas jakiś, na
                                naszych ziemiach istnieją dwa ośrodki państwowotwórcze: stary, rodzimy, nad
                                górną Wisłą w Krakowie, oraz konkurencyjny, nowy i kolonialny nad Wisłą dolną, w
                                Malborku. Gdyby Łokietek działał z mniejszą determinacją, moglibyśmy dziś żyć w
                                kraju niemieckim, ze stolicą nad Bałtykiem, i uczyć się, że nasza historia
                                zaczyna się od wypraw krzyżowych.

                                Władysław Łokietek odbudował Polskę Piastowską, choć tylko na części jej
                                terytorium, i zapewne dałoby się wykazać, że jego pokolenie doświadczyło
                                pasjonarnego zrywu. Za to na panowanie jego syna Kazimierza przypada wydarzenie,
                                które można uznać za symboliczną datę kończącą polski piastowski paleozoik. Był
                                to rok 1349, rok zbrojnego opanowania Lwowa. Polska zmienia wtedy swoją
                                polityczną orientację. Wchodzi na drogę, która doprowadzi do unii z Litwą.
                                Zaczyna się formowanie organizmu państwowego, który niewiele będzie przypominał
                                starą Polskę Piastów.

                                I w tym miejscu nasze dzieje krzyżują się jeszcze raz z losami Mongołów, Turków
                                i całego Wielkiego Stepu. Najazdów Stepu na Europę było od czasu Hunów kilka;
                                jeden z nich doprowadził do powstania sąsiedniego etnosu - Węgrów, ale dopiero
                                najazd mongolski w pierwszej połowie trzynastego wieku pozostawił po sobie - jak
                                tamten huński - polityczną i cywilizacyjną próżnię na wschodzie kontynentu. Pod
                                ciosem Mongołów załamała się dawna Ruś. Zanikły ośrodki władzy, i ruscy
                                wieśniacy oraz drobni książęta stali się łupem dla nowych protektorów. Nad
                                Dnieprem powstała wolna przestrzeń zachęcająca do ekspansji. W tej luce
                                utworzyły się nowe organizmy państwowe, a właściwie coś więcej: używając terminu
                                Gumilowa - nowe etnosy. Jednym z nich była Rosja, rozrastające się państwo
                                moskiewskie. Drugim była odnowiona i wyrwana z homeostatycznego letargu Litwa.
                                Trzeci amator wschodnioeuropejskiego tortu przybył aż z Ziemi Świętej - to byli
                                Krzyżacy. Kolejne etnosy powstały w procesie rozpadu mongolskiego imperium:
                                nadwołżańska Złota Orda, a z niej Tatarzy Krymscy i Kazańscy. Na marginesie
                                zauważmy, że teoria etnogenezy Gumilowa nie wyjaśnia, dlaczego w całej tej
                                strefie pozostał jeden etnos, który pochłonął wszystkie sąsiednie. Dlaczego w
                                wyniku omawianego procesu powstało w końcu jedno imperium, moskiewskie, i
                                dlaczego pasjonarny impuls właśnie w Rosji okazał się najsilniejszy. Mógłby
                                przecież utrwalić się tam stan równowagi wielu politycznych ośrodków, jak na
                                Zachodzie Europy.

                                Zarówno Rosja Moskiewska, jak i nasza Rzeczpospolita Obojga Narodów, mogły
                                powstać tylko dlatego, że utworzyła się wolna przestrzeń dla ekspansji nowych
                                społecznych organizmów. Tę przestrzeń wytworzył najazd wnuków Czyngis-Chana, i
                                dlatego okrutny wódz Mongołów zasłużył sobie (w historycznym sensie) na okazały
                                pomnik od wdzięcznych Polaków. Polska, czy raczej jagiellońskie państwo
                                polsko-litewskie zawdzięcza swoją karierę ludzkiemu prądowi, który narodził się
                                gdzieś na zabajkalskich pustkowiach. Dokładnie tak samo Słowianie otrzymali
                                wolną drogę, przestrzeń do swojej ekspansji, jakieś osiemset lat wcześniej,
                                kiedy mogli ruszyć na zachód śladem pogorzelisk po Hunach.

                                Polska "mezozoiczna", czyli konfederacyjne państwo Litwy i Korony, była
                                najwyraźniej nowym etnosem, który powstał na obszarze Polski (nie całej, gdyż
                                bez Pomorza i Śląska), Litwy, oraz zachodnich ziem ruskich. Polsko-Litwa (tworzę
                                ten neologizm na wzór Austro-Węgier) zajmowała inny i dużo większy obszar niż
                                Polska piastowska, częściowo tylko pokrywając się z terytorium swojej
                                poprzedniczki. Nowa formacja wchłonęła tradycje nie tylko Krakowa i Gniezna, ale
                                też Wilna, Lwowa, Kijowa i Witebska. Aspirowała do tego, aby objąć ponadto
                                Królewiec i Rygę. Nowe państwo nie było już językowo i kulturowo jednolite.
                                Przeciwnie, stanowiło mozaikę języków i dzieliło się na dwie części z dwiema
                                odmianami chrześcijaństwa, zawierając też w pewnym okresie silną domieszkę
                                nadbałtyckiej protestanckiej schizmy. Nowy etnos nie objął całej ludności:
                                uformował się jako naród szlachecki. Zauważmy znowu, że nie była pod tym
                                względem osamotniona: na wschodzie Europy tworzyły się wówczas właśnie takie
                                państwa, gdzie inna była szlachecka głowa, inne chłopskie ciało. Tak
                                skonstruowane były Inflanty (niemiecki szlachcic, bałtyjski lub fiński chłop),
                                Węgry, państwo Habsburgów, Prusy, czy też wschodnia połowa Szwecji - Finlandia.

                                Polsko-Litwa nie była monarchią. Powstał w niej ustrój szlacheckiej demokracji,
                                z królem faktycznie będącym dożywotnio wybieranym prezydentem. Wreszcie,
                                Rzeczpospolita nie całkiem przystawała do zachodniej cywilizacji, stojąc w niej
                                jakby tylko jedną nogą, wiele zapożyczając od Bliskiego Wschodu. Spójrzmy na
                                szlacheckie kontusze! Takiemu etnosowi potrzebna była własna ideologia, i taka
                                powstała, jako sarmatyzm.

                                Na marginesie zauważmy, że z dwóch członów Litwa była młodsza i dłużej pozostała
                                kulturowo twórcza.
                                • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:54
                                  Na marginesie zauważmy, że z dwóch członów Litwa była młodsza i dłużej pozostała
                                  kulturowo twórcza. Nie przypadkiem z Litwy pochodzili, już w następnej epoce,
                                  Mickiewicz i Słowacki, Sienkiewicz i Piłsudski.



                                  Naród Wstecz Obrócony

                                  Polska Piastów jest dziś muzealnym zabytkiem. Trudno znaleźć w niej oryginalne
                                  kulturowe dziedzictwo, które by było żywe do dziś. Średniowiecze nie wzbudza w
                                  Polsce żadnych emocji, inaczej niż we Francji, Anglii czy we Włoszech. W
                                  przeciwieństwie do tego, Polsko-Litwa sarmacka trwa nadal w naszej świadomości.
                                  Dlaczego tak się dzieje, w sytuacji, kiedy tamto państwo padło dwieście lat temu
                                  i nie odrodziło się - bo Polska dwudziestowieczna jest jednak czymś innym? W
                                  myśl koncepcji Gumilowa widzimy przyczynę: mianowicie od heroicznych czasów
                                  Łokietka, Kazimierza, Jagiełły i unii polsko-litewskiej nie poruszył naszych
                                  ziem dostatecznie silny pasjonarny prąd. Szczyt potęgi Polsko-Litwy przypadł na
                                  czasy między Zygmuntem Starym a Władysławem Czwartym. Potem były okresy
                                  odrodzeń, husarskich szarży, narodowych powstań, tworzenia takich czy innych
                                  kadłubowych tworów w miejsce dawnej Rzeczypospolitej (zaliczam tu zarówno
                                  Księstwo Warszawskie, jak i Polskę międzywojenną i pojałtańską), ale postępowało
                                  gubienie ziem i ludzkiej substancji, konfiskaty majątków, wysiedlenia i
                                  przesiedlenia (wraz z ostatnim znad Ikwy nad Odrę), a przede wszystkim utrata
                                  tej części dawnego kulturowego kręgu, który poszedł ścieżką litewską, białoruską
                                  i ukraińską, a nam, Polakom, nie udało się utrzymać tamtych "szczepów" pod
                                  wspólną koroną.

                                  Polska współczesna, polski kenozoik, liczy się od ostatniego rozbioru, a raczej
                                  wcześniej, od reform Sejmu Czteroletniego. Wtedy odrzucono sarmatyzm i dawny
                                  porządek szlacheckiej demokracji, zaczęto w zamian kopiować wzory francuskiego
                                  Oświecenia, z jego wiarą w arbitralne, urzędowe rozwiązania. Rzeczpospolita była
                                  Unią - nowa Polska zaczęła się organizować jako formacja jednego narodu, według
                                  wzorów nowoczesnego, europejskiego nacjonalizmu.

                                  Polska Nowoczesna (czyli od roku 1791, od Konstytucji Majowej) jawi się przy tym
                                  jako twór wtórny, obrócony w przeszłość (nie przypadkiem nasza Pieśń Narodowa
                                  zaczyna się od jakże znaczących słów "Jeszcze Polska Nie Zginęła..."), jako
                                  świat nostalgiczny i zapatrzony w cudze wzorce i mody. Polska Nowoczesna swoje
                                  siły zużywa w walce o przetrwanie, lecz luksus własnego państwa dany był jej
                                  przez ledwo 27 lat na całe jej dwustulecie (z tego sześć lat to te ostatnie...).
                                  Ta Polska wędruje po mapie, aby w końcu, ubocznym skutkiem działań potężnych
                                  sąsiadów, zamknąć się znowu w granicach pierwszych Piastów. Pasjonarny zryw,
                                  który stworzył "polski kenozoik", był widoczne zbyt słaby i zużył się w
                                  powstaniach. Jeżeli oceniać to z perspektywy stuleci, dwa ostatnie wieki
                                  wyglądają jak powrót do homeostazy. Możemy się pocieszyć, że naród w tym stanie
                                  może trwać bardzo długo... Baskom udaje się ta sztuka od chyba trzech tysiącleci.

                                  • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:55
                                    Palec Boży nad Bostonem

                                    Impuls pasjonarny nie powstaje na poziomie jednostek. Nie może być zadeklarowany
                                    przez żadną władzę, ani puszczony w ruch przez pojedynczego, nawet genialnego
                                    człowieka. Chociaż zdarza się, że jeden człowiek staje na czele nowego ruchu i
                                    firmuje go swoim imieniem, jak to było choćby z Prorokiem Mahometem.

                                    Ostatnim wielkim impulsem, który przeobraził cały kontynent i doprowadził do
                                    powstania nowego, wielkiego i do dziś twórczo aktywnego etnosu, był ten, który
                                    wypromieniował z osady Plymouth, dziś w aglomeracji Bostonu. Mówię o Amerykanach.

                                    Tak właśnie działa impuls etnogenezy: jedno miasto, jak Rzym, jeden peryferyjny
                                    gródek, jak Moskwa, jeden natchniony mąż (plus jego rodzina, jak Mahomet), jedna
                                    osada założona przez imigrantów na obcym lądzie. Ta społeczna formacja następnie
                                    puchnie w oczach, wydaje ludzi, którzy górują nad innymi osobistą energią i
                                    zdolnością do poświęceń, i wyżej cenią ideały niż własne życie. Proces
                                    etnogenezy ma więc swój wyrazisty aspekt moralny... Powstaje nowa społeczność,
                                    która bije sąsiadów umiejętnością skutecznego współdziałania i narzucania sobie
                                    ponadjednostkowych celów. Przeciwieństwem jest społeczność w stanie homeostazy,
                                    która współdziałać nie chce i nie umie, tych, którzy się wyróżniają, zwalcza, i
                                    w jedną stronę pójdzie tylko przypadkiem.

                                    W dalszym etapie rozwoju etnosu pojawia się wielkie zapotrzebowanie na ludzi,
                                    tak wielkie, że nie wystarczają podboje ani wysoki zazwyczaj w owej fazie
                                    przyrost naturalny. Nowy etnos działa jak potężna pompa, wciągająca ludzi z
                                    zewnątrz. Masowa emigracja do Północnej Ameryki była tu przykładem na największą
                                    dotychczas skalę, ale jest to zjawisko typowe: podobnie przyciągała przybyszów i
                                    rosnąca Moskwa, i ekspandujące państwo Turków-Osmanów, gdzie roiło się od
                                    zarówno dobrowolnych, jak również przymusowych poturczeńców. Dlatego Turcja była
                                    takim rynkiem zbytu na jasyr! Ale i Ameryka w czasie swego rozrostu sprowadzała
                                    jasyr afrykański. Po okresie dynamicznego rozrostu połączonym z największymi
                                    heroicznymi czynami: wojennymi, handlowymi, osadniczymi (Gumilow nazywa tę fazę:
                                    "akmatyczną", od greckiego słowa oznaczającego szczyt rozwoju albo wiek męski),
                                    przychodzi okres "przełomu", kiedy etnos rezygnuje z ekspansji i przechodzi do
                                    bardziej stabilnej formy istnienia. Jego państwo osiąga wtedy zazwyczaj swoje
                                    "naturalne" granice. Tak stało się z Ameryką około roku 1880, a z Rosją mniej
                                    więcej sto lat wcześniej. Dla nas ten moment nastąpił wkrótce po bitwie
                                    grunwaldzkiej. Potem mogą nastąpić długie wieki, kiedy energia etnosu odwraca
                                    się od twórczości politycznej, i wyładowuje się w dziedzinie literatury,
                                    budownictwa i sztuk pięknych. Faza "akmatyczna" własnej etnogenezy, czyli epoka
                                    heroiczna, pozostaje przecież stałym źródłem natchnienia dla artystów, a także
                                    tradycją, wokół której skupia się etniczna świadomość wspólnoty. Taką epoką
                                    bohaterską dla Zachodu Europy długo było rycerskie średniowiecze, zaś
                                    współczesna Ameryka wciąż powraca do odpowiednich własnych epopei: do Wojny
                                    Secesyjnej i westernu.

                                    Rozważając te sprawy miejmy jednak na uwadze, że procesy etnogenezy dzieją się
                                    na wyższym poziomie, niż ten, w którym działa ludzka wola, a nawet moc całych
                                    państwowych organizacji. W losach narodów każdy z nas uczestniczy i nasze
                                    indywidualne życiorysy zależą od nich, ale są to prądy, które przenoszą się
                                    gdzieś ponad naszymi głowami. Jeżeli ktoś dopatrzy się w następstwie narodów i
                                    cywilizacji jakiegoś wyższego porządku, to będzie to i tak porządek ponadludzki.
                                    Ktoś mógłby się w tych procesach dopatrywać śladów Bożego Palca na ziemi.

                                    Artykuł oprócz fragmentów zamieszczony był w tygodniku "Najwyższy Czas!" wiosną
                                    1997.

                                    Książki wspomniane:
                                    Czupkiewicz, Lubomir, "Pochodzenie i rasa Słowian", wyd. Nortom, Wrocław 1996.
                                    Gumilow, Lew, "Od Rusi do Rosji", tłum. E. Rojewska-Olejarczuk, wyd. PIW,
                                    Warszawa 1996.
                                    • lech_niedzielski Re: Słowianie 29.09.04, 23:58
                                      Słowianie z Syberii?

                                      O książce Lubomira Czupkiewicza "Pochodzenie i rasa Słowian". Wydawnictwo
                                      Nortom, Wrocław 1996.

                                      Każdy naród ma wpisane w swoją świadomość trzy tradycje, trzy "linie przekazu".
                                      Nazwijmy je roboczo tradycją idei, tradycją rodową i tradycją ziemi.

                                      Tradycja ziemi każe nam opiekować się i uznawać za "swoje" zabytki starych
                                      kultur archeologicznych. Urządzamy festyny w Biskupinie i w Nowej Słupi pod
                                      Świętym Krzyżem, chociaż ludzie, którzy zbudowali fort w Biskupinie, i ci,
                                      którzy pracowali w starożytnych świętokrzyskich hutach żelaza nie byli ani
                                      Polakami, ani nawet Słowianami. Tradycja ziemi każe nam również dbać - jakby to
                                      były zabytki naszej własnej kultury - o żydowskie synagogi i niemieckie dwory na
                                      Śląsku i Pomorzu.

                                      Tradycja idei jest niewątpliwie najsilniejsza, gdyż to ona decyduje o kształcie
                                      całej kultury. Jej początki mało mają wspólnego zarówno z naszą ziemia, jak i
                                      naszym rodowym pochodzeniem. Tradycja idei, gdy w ślad za nią cofać się w dawne
                                      wieki, prowadzi nas ku Rzymowi, Atenom i Jerozolimie, i wspólna jest wszystkim
                                      Europejczykom.

                                      Mało jest w świecie narodów, u których wszystkie te trzy tradycje łączyłyby się
                                      w jeden nurt. Może taki luksus był możliwy w głębokiej starożytności, gdy Egipt
                                      czy indiański Meksyk zaczynały od początku prace nad cywilizacją. Nawet
                                      wrośnięci w swoje skaliste wyspy Japończycy pismo i wielką część swojego języka
                                      i kultury przejęli z Chin. Nawet tak stara cywilizacja, jak chińska, jednej ze
                                      swoich wielkich religii - buddyzmu - nauczyła się od Hindusów.

                                      Wszystkie narody Europy swoje tradycje idei wywodzą przede wszystkim od dawnych
                                      wzorów rzymsko-greckich i chrześcijańskich. Jeśli chodzi natomiast o tradycję
                                      ziemi i tradycję rodową, to widać na mapie dwa skrajne przypadki. Jeden to
                                      Baskowie, którzy siedzą pod Pirenejami od niepamiętnych czasów, może od epoki
                                      łowców mamutów. Od tak dawna, że ich język nie jest pokrewny żadnemu na Ziemi.
                                      Drugą skrajność stanowią Węgrzy, którzy do swej ojczyzny przybyli niewiele ponad
                                      tysiąc lat temu. W ich przypadku tradycja ziemi i rodu dzieli się na dwa nurty.
                                      W węgierskim podręczniku historii musi być miejsce i na rzymskie ruiny nad
                                      Dunajem, i na pamięć o przodkach-koczownikach, którzy przywędrowali z
                                      syberyjskich stepów.

                                      A jak ma się sprawa z nami, Polakami, Słowianami? Skąd nasz ród? Podtrzymywany
                                      jest, właściwie do dziś, mit o naszym autochtonizmie. Mielibyśmy, jak Baskowie,
                                      być nad Wisłą i Odrą od zawsze - dziwny wyjątek wśród ludów Północy, Środka i
                                      Wschodu Europy, które przecież mają za sobą tyle wędrówek.

                                      W atlasie historycznym, który obecnie jest w sprzedaży, ów mit jest nadal
                                      widoczny. Zaznaczono na mapie obszar Kultury Przeworskiej, która w czasach
                                      Cesarstwa Rzymskiego zajmowała większą część obecnej Polski, ale bez żadnej
                                      wzmianki, że kulturę tę tworzył lud germański, identyczny z Wandalami. Na tej
                                      samie mapie widzimy "szlak wędrówek ludów germańskich", a przecież to germańskie
                                      plemiona znad Bałtyku wędrowały przez ziemie Germanów nadwiślańskich! Mit o
                                      odwieczności Polaków-Słowian nad Wisłą był w swoim czasie politycznym narzędziem
                                      i bronił nas przed roszczeniami budowniczych "wielkich Niemiec" - ale przecież
                                      chcemy znać prawdę, a nie zamykać się w mitach...

                                      Lubomir Czupkiewicz, gromadząc źródła starożytne i bizantyjskie, dane
                                      archeologiczne i lingwistyczne, przedstawia wizję pochodzenia Słowian, która
                                      może zrazu przyprawić o zawrót głowy. W czwartym i piątym wieku środkowa Europa
                                      przechodziła wielki cywilizacyjny kryzys. Przewalił się najazd tureckich
                                      koczowników zwanych Hunami, upadło Cesarstwo Rzymskie na Zachodzie, część
                                      mieszkańców ziem między Dunajem a Bałtykiem wywędrowała na Zachód, a Wandalowie
                                      - aż do Afryki. W powstała lukę wszedł lud, który huńską nawałę przetrwał nad
                                      Kamą i Ufą, na ziemiach obecnej Baszkirii. Był to ostatek dawnej ludności
                                      indoeuropejskiej, zadomowionej na stepach zachodniej Azji od tysiącleci, która
                                      wcześniej wylewała się stamtąd falami, jako przodkowie późniejszych Irańczyków,
                                      Indów, Greków, Germanów...

                                      Ów lud, zamieszkały między rzeką Rha (Wołgą) a górami Imaos (Ural) znany był
                                      Klaudiuszowi Ptolemeuszowi pod nazwą "Suowenoi". To byli Słowianie.

                                      Około 440 roku n.e. Słowianie pojawiają się nad Dnieprem, a w pokolenie lub dwa
                                      później przekraczają Dunaj, zagrażają Wschodniemu Rzymowi, kolonizują ziemie nad
                                      Wisłą i Łabą. Budzą grozę jako okrutni wojownicy. A mieli z kim walczyć: na
                                      zajmowanych ziemiach zastali resztki tubylców: Celtów, Sarmatów, Germanów,
                                      których sobie podporządkowali. Nie byli jakimiś watahami zbójów: wędrowali w
                                      zorganizowanych grupach plemiennych, a nazwy tych plemion, jak Dulebowie,
                                      Wołynianie, Drzewianie czy Polanie, pojawiają się w różnych miejscach zajętego
                                      przez nich terytorium.

                                      Przez pięćset lat na ziemiach Polski i krajów ościennych trwała cywilizacja
                                      Słowian. Budowali grody, uprawiali ziemię, toczyli wojny. Niewiele po nich
                                      zostało. Z tamtych czasów wywodzą się stare imiona, jak Wojciech i Stanisław,
                                      wzywające do cnót właściwych wojownikom i politykom. Z tamtych czasów pochodzą
                                      nazwy miast, jak Poznań czy Radom, zwykle znaczące "Gród takiego-to-a-takiego
                                      wodza" (Poznana, Radoma). Musiała to być więc kultura ceniąca sobie silnych
                                      mężczyzn... Po pięciu wiekach uległa urokowi wyżej rozwiniętych wzorów:
                                      chrześcijaństwa i kultury łacińskiej.

                                      Od kiedy przeczytałem książeczkę Lubomira Czupkiewicza, patrzę na kraj za Wołgą
                                      jak na zapomnianą praojczyznę Słowian. Węgrzy przybyli z tamtych stron... Nie
                                      byłoby nic dziwnego, gdyby Słowianie szli wcześniej podobnym szlakiem.
                                      • lech_niedzielski Re: Słowianie 30.09.04, 00:00
                                        Śladami zapomnianych przodków
                                        "Łużyczanie", Wandalowie, Sarmaci, Słowianie

                                        Nie ma w polskiej kulturze zjawiska, które choćby w przybliżeniu dałoby się
                                        porównać z celtyckim renesansem, jaki ma współcześnie miejsce w krajach języka
                                        angielskiego. Dlatego zapewne pierwszym odruchem większości polskich czytelników
                                        "Oran Mor" Franka Hendersona MacEowena będzie... zawiść. Że oni, przedstawiciele
                                        anglojęzycznej cywilizacji posiadający celtyckie korzenie, MAJĄ takie duchowe
                                        tradycje, a my - nie mamy.

                                        Po części winne są za to obiektywne zaszłości, te mianowicie, że Wyspy
                                        Brytyjskie, ostatnia ostoja Celtów i ich oryginalnej kultury, od dwóch tysięcy
                                        lat stoją w świetle Historii i jej pisanych świadectw. Dzieje Słowian,
                                        przeciwnie, dużo dłużej rozgrywały się bez literackich świadków. 1500 lat temu,
                                        kiedy Irlandia, Szkocja i Walia były wyspami oświaty na tle barbarzyńskiego
                                        jeszcze Zachodu, o Słowianach zaledwie pojawiły się pierwsze wzmianki w pismach
                                        greckich kronikarzy.

                                        Po drugie, winni jesteśmy my sami. Polska przeszłość, tam, gdzie to jest
                                        możliwe, została nieźle przebadana przez historyków, a polska ziemia - przez
                                        archeologów. Podobnie istnieją bogate zbiory ustnej, ludowej tradycji: gawęd i
                                        mitów. W przeciwieństwie jednak do świata angielskojęzycznego, nie wiadomo mi
                                        nic o tym, aby nasze badania historyczne, archeologiczne i etnograficzne były
                                        motywowane potrzebami, tęsknotami i poszukiwaniami duchowymi. To przede
                                        wszystkim sprawa nastawienia: nasza własna, "plemienna", przeszłość, jest dla
                                        nas zaledwie ciekawostką, nie jest zaś - inaczej niż u współczesnych potomków
                                        Celtów - źródłem duchowego pokarmu. Do dziś - niestety! - aktualna jest uwaga (a
                                        może klątwa?) pierwszego naszego historyka, tak zwanego Galla Anonima, który
                                        następująco pisał o "pogańskich" przodkach Mieszka: "Lecz dajmy spokój
                                        rozpamiętywaniu dziejów ludzi, których wspomnienie zaginęło w niepamięci wieków
                                        i których skaziły błędy bałwochwalstwa (...)"

                                        Klątwa Anonima trwa nadal, i do dziś większość Polaków jest przekonana, że nasza
                                        historia zaczęła się od chrztu Mieszka I. A co było wcześniej? Każdy, kto
                                        próbuje dowiedzieć się czegoś o dawnej, "pogańskiej", a więc oryginalnej Polsce
                                        (i całej Słowiańszczyźnie), natrafia na mur uczyniony z przemilczeń, przekłamań
                                        i przeinaczeń. Twórcami tej informacyjnej mgły byli polscy historycy i
                                        archeologowie z prof. Józefem Kostrzewskim na czele (oddajmy mu zasługi: to on,
                                        oprócz innych dokonań, odkrył gród w Biskupinie), którzy uparli się przy
                                        koncepcji autochtonizmu Słowian na ziemiach nad Wisła i Odrą. W myśl tej
                                        koncepcji (mającej swoje pseudo-patriotyczne ostrze) niemal wszystkie starożytne
                                        archeologiczne kultury odkrywane na naszej ziemi były automatycznie przypisywane
                                        Słowianom - wśród nich przede wszystkim Kultura Łużycka i Kultura Przeworska.
                                        Tymczasem koncepcja autochtonizmu Słowian na ziemiach obecnej Polski jest
                                        fałszem; Słowianie przybyli nad Wisłę i Odrę około roku 550 naszej ery, ze
                                        wschodu, zza Dniepru, i byli ostatnią falą ludów, które zasiedlały nasze ziemie.
                                        Upieranie się historyków, propagandystów i autorów szkolnych podręczników przy
                                        nieprawdzie, jakoby nasi przodkowie "żyli tu od zawsze", produkuje wspomnianą
                                        mgłę i zauważalne krętactwa. Kiedy nasi historycy piszą o Gotach, Madziarach czy
                                        Turkach, jest to logiczne i pełne poznawczej pasji; kiedy przechodzi do Słowian,
                                        pojawiają się banały i frazesy.

                                        Ziemie Polski w starożytności nie były słowiańskie. Najstarsza kultura budująca
                                        umocnione osady, Kultura Łużycka (ta, która w roku 736 pne. wzniosła Biskupin),
                                        mówiła nieznanym dziś językiem, zapewne indoeuropejskim. Po owych "Łużyczanach",
                                        około 300-200 r. pne. z południa przyszli Celtowie, którzy stworzyli sanktuaria
                                        na świętych górach - Ślęży, Św. Krzyżu i Górze Św. Anny. Celtowie, używający
                                        nazwy Lugiów ("zaprzysiężonych"), zmieszali się z plemionami germańskimi,
                                        przejęli ich język i wraz z nimi utworzyli tak zwaną Kulturę Przeworską, która
                                        przez 600 lat zasiedlała większą cześć dzisiejszej Polski. Od jednej z grup
                                        Lugiów - Silingów - wziął swoją nazwę Śląsk. Inna ich grupa, która przyjęła
                                        nazwę Wandalów, w 407 r. ne. najechała Państwo Rzymskie i dotarła aż do
                                        północnej Afryki.

                                        Dwa wieki wczesniej inna grupa Germanów, której archeologiczne ślady nazwano
                                        Kulturą Wielbarską, stopniowo przemieściła się przez Pomorze, Mazowsze i Wołyń,
                                        i na Ukrainie stworzyła wielkie państwo. Byli to Goci.

                                        W okresie Wędrówki Ludów, wywołanej przez najazd Hunów, kiedy upadło Państwo
                                        Rzymskie na Zachodzie, na ziemiach polskich osiadł jeszcze jeden naród. Byli to
                                        Irańczycy-Sarmaci, a wśród nich plemiona zwane Alanami, Antami, Chorwatami i
                                        Serbami. Wkrótce przyjęli oni język nowych przybyszów - Słowian, część z nich
                                        przesiedliła się na Półwysep Bałkański, ale pewna ich grupa pozostała nad Wisłą
                                        i Wartą, dając nazwy miejscowościom w rodzaju Sarbinów lub Krwaty, oraz początek
                                        sarmackiej legendzie polskiego rycerstwa.

                                        Słowianie przyszli, jak się powiedziało, ze wschodu, zza Dniepru lub z jeszcze
                                        dalszych okolic. W starożytności nie mieli żywych kontaktów ani z Germanami ani
                                        z Celtami, o czym świadczy brak starych zapożyczeń z tych języków w słowiańskim.
                                        Za to istniała wówczas głęboka więź słowiańsko-irańska. "Bóg" nazywa się u nas
                                        podobnie jak w staroirańskim - "bhaga", a nie jak u Hindusów (deva) czy Rzymian
                                        (deus). Jest to refleksem irańskiej "schizmy", jako że Irańczycy czcili asurów
                                        (ahura), a gardzili devami, odwrotnie niż reszta Indoeuropejczyków, którzy
                                        właśnie devów uznawali za istoty dobroczynne, a asurów za demoniczne. Być może
                                        wręcz nasze słowo "bóg" jest refleksem religijnych objawień i reform
                                        Zaratusztry, których nowina dotarła do Słowian za pośrednictwem Sarmatów.
                                        Dodajmy jeszcze, że irańskiego pochodzenia są słowa "chwała", "święty", "raj",
                                        "przysporzyć", "wiara", "wzywać", "pisać", "kajać", "bać się", "chronić",
                                        "świecić", "czasza", "mogiła", "zdrowy", "chory", "srom", "zły", "mądry". Słowa
                                        te świadczą, że dawna Słowiańszczyzna była północną peryferią kultury Iranu,
                                        obejmującej, prócz Iranu obecnego, także Azję Środkową oraz ukraińskie i
                                        kazachskie stepy.

                                        A to oznacza także, że ludzki most, łączący Słowiańszczyznę z żywymi do dziś
                                        matecznikami szamanizmu w górach Ałtaju, czynny był przez długie wieki. Jestem
                                        przekonany, że ślady tego najdawniejszego dziedzictwa pozostały na naszej ziemi
                                        i w naszych tradycjach. Aby te ślady przemówiły, trzeba jeszcze raz przebadać,
                                        co znaczą nazwy naszych rzek, gór i miejscowości (w większości dziś dla nas
                                        niezrozumiałe); przyjrzeć się słowom naszego języka; dociec, jakimi wierzeniami
                                        były motywowane pogrzebowe obyczaje "Łużyczan", "Przeworszczan", Sarmatów i
                                        pierwszych Słowian; jeszcze raz przyjrzeć się ludowym podaniom, oraz zbadać
                                        "ukrytą geografię", czyli przekazy dotyczące rozsianych po naszym kraju miejsc
                                        mocy, które dziś w ogromnej większości zostały "zaczopowane" chrześcijańskimi
                                        świątyniami.

                                        Świat naszych przodków i ich duchowych przewodników czeka na swoich odkrywców.
                                        • Gość: Bolo Re: Słowianie IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.04, 10:06
                                          Stralsund, Wolgast, Cottbus, Bautzen, Potsdam, Schwerin - to nazwy niemieckich
                                          miast, z których każde posiada słowiański rodowód. Strzałów, Wołgoszcz,
                                          Chociebuż, Budziszyn, Postąpin, Zwierzyn... Takich przykładów mnożyć można
                                          byłoby w nieskończoność. Takich przykładów pełne są całe wschodnie Niemcy. To
                                          bardzo smutne pomniki po zamierzchłych czasach, które już nigdy w swym realnym
                                          kształcie nie powrócą. Tylko te nazwy, tylko zarosłe grodziska i zapomniane
                                          cmentarzyska są jedynymi świadkami toczącej się tu ongiś historii - dziejów,
                                          które wypełniało brzmienie słowiańskiej mowy.

                                          Nikt i nic już nie przywróci życia dawnym gospodarzom tych ziem. Nie wszystko
                                          jednak zostało stracone. Jeśli tylko poczuwamy się do swojej tożsamości, możemy
                                          się zdobyć na wysiłek zachowania pamięci i podtrzymania przy życiu resztek
                                          śladów słowiańskiej kultury. A stawka jest warta poniesienia trudu. Nie wszyscy
                                          Połabianie zginęli w ponurym mroku dziejów. Żyje jeszcze 60 tysięcy
                                          Serbołużyczan, którzy mimo wielowiekowego zniewolenia wciąż trwają. Lecz to jest
                                          garstka, kropla pozostała po wielkim morzu, której - co szczególnie przerażające
                                          - grozi wymarcie. Oto bowiem w XXI wieku, w samym środku cywilizowanej Europy
                                          postępuje proces duchowego i materialnego exodusu. Łużyckie miejscowości stale
                                          się wyludniają - taka jest bolesna rzeczywistość. Postarajmy się z nią zmierzyć.
                                          Niech do nas - Polaków - należy zapisywanie kolejnych kart historii. Jeśli tylko
                                          zechcemy, nie będą to słowa kończące całą księgę, lecz zdania wieńczące jeden z
                                          rozdziałów i rozpoczynające kolejny etap - walki w imię zachowania pamięci o
                                          naszych przodkach. Internet jako potężny środek masowej komunikacja pozwala
                                          dotrzeć do szerszego grona odbiorców. I tą szansę należy wykorzystać. To jest
                                          nasz oręż - swobodny dostęp do informacji. Poprzez wymianę i zdobywanie do
                                          efektywnego jej wykorzystania na wielu płaszczyznach aktywności.

                                          www.police.info.pl/polabianie/ramka.htm
                                          • Gość: Bolo Re: Słowianie IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.04, 10:56
                                            www.police.info.pl/polabianie/mapka_polabie_podboj.htm
                                            • Gość: rodak Re: Słowianie IP: *.dip.t-dialin.net 30.09.04, 11:04
                                              Dzisiaj na świecie żyje blisko pół miliarda Słowian, z czego większość w
                                              Europie. Są to narody silnie zróżnicowane i o odmiennej myśli politycznej.
                                              Istnieje 12 państw o rodowodzie słowiańskim i ze Słowianami jako mieszkańcami.
                                              Dla formalności je wymienię: Białoruś, Bośnia i Hercegowina, Bułgaria,
                                              Chorwacja, Czechy, Jugosławia, Macedonia, Polska, Rosja, Słowacja, Słowenia,
                                              Ukraina. W najbliższym czasie ważyć się będą losy Serbii i Czarnogóry.
                                              Najprawdopodobniej podzieli się ona na Serbię i Czarnogórę- przez co będzie już
                                              13 państw słowiańskich. Na poniższej mapie widać, jak wielki obszar zajmują
                                              Słowianie w Europie oraz fakt, iż południowi zostali "odcięci" od reszty.

                                              W Europie żyje więcej narodów słowiańskich, niż jest państw o tym
                                              rodowodzie. Dziś wyróżnić można trzy "bezpaństwowe": Łużyczanie, Czarnogórcy i
                                              Łemkowie.

                                              W obecnych czasach Słowian bardzo dużo dzieli. Nie ma już tej jedności jak
                                              przed dawnymi wiekami. Wiele krajów prowadziło zaciekłe wojny (np.
                                              polsko-rosyjskie) czy jeszcze prowadzą bądź dopiero skończyli (np. kraje byłej
                                              Jugosławii). Powstały także niezrozumiałe dla mnie granice kulturalne. Słowianie
                                              wschodni mają pretensje do Polaków, Czechów i Słoweńców, że im się trochę lepiej
                                              powodzi. Ale wraz z upadkiem żelaznej kurtyny w Europie, każdy kraj chciał jak
                                              najszybciej dorównać do Zachodu- no i niektórym się to udało (trochę).

                                              Jednak nie jest aż tak tragicznie. Wszyscy Słowianie mają świadomość
                                              wspólnej kultury, obyczajów, korzeni i języka. Istnieje na świecie bardzo wiele
                                              organizacji słowianofilistycznych i panslawistycznych jednoczących wszystkie
                                              narody słowiańskie. Na Zjeździe Słowiańskim w 1848 roku w Pradze (pod
                                              przewodnictwem F. Palackiego) zatwierdzono ogólnosłowiańską, jedną i wspólną,
                                              flagę narodową (poniżej). Na zjeździe tym uczestnicy wysunęli program
                                              zjednoczenia i współpracy, przeciwstawili się germanizacji i madziaryzacji,
                                              potępiono rozbiory Polski i domagano się równouprawnienia Słowian w Europie.

                                              Najtragiczniejszym wydarzeniem ostatnich lat była wojna domowa w byłej
                                              Jugosławii. Przez wiele lat ten piękny kraj mógł uchodzić za wzór słowiańskiej
                                              jedności i wspólnej tradycji. Przez dziesięciolecia 6 oddzielnych narodów
                                              Słowian o 3 odrębnych religiach (prawosławie, katolicyzm i islam) żyło ze sobą w
                                              zgodzie i w pełnej równości. Ale ta równowaga została zachwiana przez ludzi
                                              nieodpowiednich, co doprowadziło do bratobójczej rzezi.

                                              Idea zjednoczenia Słowian nie jest nowa. Taką "próbę" podjął Stalin budując
                                              imperium radzieckie. Ale nie tędy droga! Nigdy nie będzie ładu i poszanowania w
                                              kraju rządzącym przez ludobójców i psychopatów (jak ów Stalin). Doprowadziło to
                                              tylko do pogłębienia nienawiści między poszczególnym i narodami. Zupełnie
                                              niepotrzebnie. Do zjednoczenia Słowian nie trzeba siły ani totalitaryzmu, lecz
                                              szczerych chęci współpracy we wspólnej, zjednoczonej Europie.

                                              Poniżej podaję kilka zagadnień z historii jednoczenia Słowian na podstawie
                                              Multimedialnej Encyklopedii PWN '98.

                                              1) SŁOWIANOFILE- przedstawiciele jednego z kierunków rosyjskiej myśli społecznej
                                              w połowie XIX w. (teoretycy m.in. K.S. Aksakow, A.S. Chomiakow, I.W.
                                              Kiriejewski); poddawali krytyce europeizację Rosji; domagali się powrotu do
                                              rdzennie słowiańskich zasad społecznych, które ich zdaniem reprezentowała Ruś
                                              przed Piotrem I Wielkim; głosili zjednoczenie Słowian pod berłem cara; w innych
                                              krajach słowiańskich gł. ruch kulturalny; przeciwstawiani zapadnikom, czyli
                                              okcydentalistom.

                                              2) PANSLAWIZM- nazwa prądów ideowych w XIX i XX w. mających na celu zjednoczenie
                                              Słowian pod hegemonią Rosji; wyrósł z doktryny słowianofilów (antyteza Rosji i
                                              Europy); demokratyczne odłamy polskiej Wielkiej Emigracji wysuwały program
                                              federacji narodów słowiańskich bez udziału w niej Rosji; apogeum osiągnął
                                              panslawizm w czasie wojny rosyjsko-tureckiej 1877-78, potem osłabł; odrodził się
                                              jako neoslawizm pod hasłem współdziałania narodów słowiańskich przeciw Niemcom.

                                              www.slavinja.republika.pl/dzis.htm
Pełna wersja