Gość: bolo
IP: *.dip.t-dialin.net
22.07.05, 06:26
Z ks. abpem Wilhelmem Kurtzem, biskupem diecezji Madang w Nowej Gwinei,
rozmawia Krzysztof Ogiolda
- Jak to się stało, że człowiek z podopolskiej parafii Luboszyce został
biskupem u Papuasów?
- Jestem na Nowej Gwinei od 1967 roku, ale oczywiście nie od razu byłem
biskupem. Wyjechałem jako misjonarz werbista. Skierowano mnie do pracy w
górach, w najbardziej prymitywnym i najpóźniej ewangelizowanym terenie.
Dostałem parafię bez kościoła, szkoły i szpitala. Wszystko to trzeba było
zorganizować od podstaw i to były moje najtrudniejsze lata w życiu. Moi
parafianie byli właściwie poganami, choć setkami przychodzili na mszę świętą.
Z czasem udało mi się dostać pomoc z zagranicy i mogłem po roku wybudować
drewniany, pokryty blachą kościół. Był bardzo skromny, ale wystarczająco duży.
Po dwóch latach przeżyłem wielką radość misjonarza, chrzest 400 osób, które
osobiście przygotowywałem. W sumie przepracowałem w tej stacji 13 lat.
- Tak licznych nawróceń już pewnie potem nie było?
- Była normalna praca duszpasterska, a równocześnie udało mi się zbudować w
okolicznych stacjach misyjnych trzy kościoły, trzy szkoły i trzy szpitale w
bardzo trudnym terenie. Żeby dowieźć w tamtejszej glinie materiały budowlane
pod górę, zakładałem na koła łańcuchy śniegowe. Miejscowi ludzie nieraz
wykopywali mnie z błota i wyciągali na wierzchołek. Wtedy nauczyłem się, że
razem z miejscowymi ludźmi trzeba prowadzić nie tylko ewangelizację, ale także
poprawiać ich sytuację materialną przez rozwój szkolnictwa i służby zdrowia.
Żeby misje były skuteczne, to musi zawsze iść w parze. Z tamtej górskiej
parafii trafiłem na dwa lata do większej stacji przy głównej drodze, a potem,
w roku 1982, zostałem biskupem.
- Jakie były początki w nowej roli?
- Przez 18 lat byłem biskupem w Kundiawie, w górach, ucząc się na własnych
błędach. Nikt mi nie pokazywał, jak prowadzić biuro diecezjalne, jak
organizować pracę księży. Z czasem świeccy pomocnicy z Austrii zbudowali mi
katedrę i pomogli zorganizować biuro. Na początku nie miałem nawet sekretarza
i sam prowadziłem całą korespondencję. Nie ma porównania do tego, jak
funkcjonuje choćby diecezja opolska. Ale mimo to prowadziliśmy duszpasterstwo
rodzin, mieliśmy dużo seminarzystów, rozwinięte szkolnictwo i służbę zdrowia.
Od kilku lat jestem biskupem w diecezji Madang, najstarszej na Nowej Gwinei,
założonej w 1896 roku. Kiedy przyjechałem na misje, byłem urzeczony tym
miejscem - morzem, pięknymi wyspami, palmami, rafami koralowymi - myślałem, że
tu byłoby pięknie pracować. Ale trafiłem w góry, gdzie najwyższy szczyt miał
4500 metrów. Nad morze trafiłem dopiero po ponad 30 latach, jako arcybiskup.
- Jak dużą diecezją ks. arcybiskup kieruje? Ilu macie księży?
- Na terenie wielkości jednej dziesiątej Polski mieszka 147 tysięcy moich
diecezjan, czyli dziesięć procent wszystkich katolików w Papui-Nowej Gwinei.
Mam do dyspozycji zaledwie 36 księży, którzy pracują na bardzo oddalonych od
siebie stacjach misyjnych, w tym 15 księży tubylców. Bo powołania kapłańskie
mamy, choć nie wszyscy się potem sprawdzają w pracy. Dla ludzi wychowanych w
tamtej kulturze celibat jest czymś bardzo trudnym do przyjęcia. Oni rozumieją,
że to dar dla Boga, ale nie wszyscy potrafią w nim żyć, choć wielu pracuje
bardzo dobrze. Obok katolików kiedyś mieszkali tam animiści, czyli ludzie
wierzący w duchy przodków. Teraz razem z nami żyją luteranie.
- Skąd luteranie na Nowej Gwinei?
- Ten kraj był do końca I wojny światowej kolonią niemiecką. Dlatego od
początku obok siebie pracowali tam księża katoliccy i ewangeliccy. Właściciele
plantacji i niemieckich przedsiębiorstw zajmujących się zbiorem orzechów
kokosowych to byli Niemcy i bardzo często luteranie. Oni sprowadzali swoich
misjonarzy.
- Walczycie o dusze tubylców?
- Ani trochę. Współpracujemy bardzo zgodnie. Na Nowej Gwinei podzieleni
chrześcijanie na pewno nie gorszą miejscowych ludzi sporami religijnymi czy
rywalizacją. Spotykamy się przy okazji różnych świąt, mamy wspólne
nabożeństwa. Obecnie katolików jest trochę więcej niż ewangelików. Zresztą
duchowni luterańscy z Europy chyba trochę za szybko zostawili tamten Kościół
miejscowemu klerowi, który nie do końca był jeszcze przygotowany. Wielu ich
wiernych padło łupem sekt z Australii i Ameryki, ale są one i naszym
problemem. Przez kłamstwa i bardzo dowolne interpretowanie Biblii czynią wiele
złego, zwłaszcza że przy tym kuszą młodzież pieniędzmi i nowoczesną muzyką.
- Jakie inne trudności ma Kościół na Nowej Gwinei?
- Od lat mamy problemy z wielożeństwem. Kiedyś to, że naczelnik czy wódz
wioski miał 4-5 żon, miało uzasadnienie ekonomiczne. Miał najwięcej ziemi,
żeby uzasadnić swoją władzę, a ktoś musiał na niej pracować. Dziś często mamy
do czynienia z pewnym wyrachowaniem. Ludzie chętnie powołują się na stary
miejscowy zwyczaj, ale porzucają jedną żonę dla innej lub biorą sobie kolejną
dlatego, że mają pieniądze i mogą sobie na ten luksus pozwolić. Dotyczy to
szczególnie polityków.
- Czy diecezjanie księdza arcybiskupa wierzą w czary?
- Niestety tak i bardzo trudno tę wiarę w magię wyplenić. Śmierć kogoś
bliskiego, zwłaszcza jeśli jest młody, miejscowi ludzie tłumaczą sobie w ten
sposób, że ktoś rzucił na niego czar. Nie wierzą lekarzom, którzy próbują
racjonalnie wyjaśnić przyczynę śmierci. Ten, kogo obwiniają o czary, często
jest torturowany, żeby się przyznał do winy, nawet jeśli jest staruszkiem i
należy do rodziny. Karą za rzekome czary jest też wykluczenie. Znam przykład
miejscowej kobiety, która przez dwa lata wspaniale opiekowała się swoim mężem,
ofiarą wypadku drogowego. Kiedy mężczyzna zmarł, jego bracia oskarżyli ją, że
wypadek był skutkiem jej czarów. Dokuczali jej do tego stopnia, że wpędzili ją
w chorobę psychiczną, a w końcu doprowadzili ją do śmierci. Nie jesteśmy w
stanie wykorzenić tych okrutnych zwyczajów. Nasi ludzie od lat wyrastają w
tradycji chrześcijańskiej, ale te pogańskie zwyczaje noszą gdzieś głęboko w sercu.
- Czy młodzi garną się do Kościoła?
- Mamy bardzo dużo młodzieży w Kościele. Kiedy udzielam bierzmowania, zwykle
czekają na mnie grupy liczące 200-300 osób. Oni trzymają się mocno swoich
wspólnot. Ale wielu młodych ma u nas kłopoty z narkotykami. Tym bardziej, że
marihuana rośnie normalnie w ogrodach. Nowym niebezpieczeństwem jest na Nowej
Gwinei alkohol. Jeszcze kilka lat temu tubylcy żyjący w lesie nie znali go
wcale, choć w miastach można go było kupić w sklepach. Od pięciu-sześciu lat
nauczyli się robić piwo z bananów. Nie tylko piją alkohol i biorą narkotyki,
ale też nimi handlują, nierzadko za broń. Za czasów mojej pracy misyjnej wojny
plemienne odbywały się na łuki. Teraz coraz częściej w użyciu jest broń palna.
Zło szybko do nas przenika. Najłatwiej ulegają mu ci młodzi, którzy są
sfrustrowani, bo już mają lepsze wykształcenie, ale nie ma dla nich pracy.
- To całkiem tak jak w Europie...
- Myślę, że o wiele gorzej. Przemysł w miastach jest jeszcze bardzo słaby.
Rozwój się zatrzymał. Nawet tam, gdzie były kiedyś drogi i lotniska, dziś
zarastają trawą. Rząd jest totalnie skorumpowany. Pieniądze zamiast na rozwój
kraju trafiają do kieszeni polityków i urzędników. Dotyczy to także pomocy
charytatywnej. Mamy w kraju złoto, miedź, nikiel, kobalt i ropę naftową, ale
przeciętny mieszkaniec Nowej Gwinei nic z tego nie ma.
- Jak bardzo wiernym księdza arcybiskupa doskwiera bieda?
- Nie głodują, a nawet odżywiają się dobrze. W większości są rolnikami, a
ziemia u nas jest żyzna. Nie ma zimy, więc co wsadzą do ziemi, to wyrośnie.
Warzyw i owoców jest pod dostatkiem, a mieszkający na wybrzeżu mają dosyć ryb.
Żywności nie brakuje, nie ma natomiast pieniędzy. No i wielu mieszkańców Nowej
Gwinei choruje na AIDS. Szacuje się, że mamy 20 tysięcy zarażonych wirusem HIV.
- Światowe media często zarzucają Kościołowi, że przyczynia się do rozwoju
AIDS, nie zgadzając się na używanie prezerwatyw. Czy wasi wierni też osk