Witam
Przybywam z wielką misją ratowania siebie samej (do czego to doszło, że internet jest bardziej wiarygodny niż lekarze), ponieważ (niestety) do endokrynologa jeszcze nie trafiłam, a wszyscy inni lekarze bagatelizują moje objawy twierdząc, że skoro wyniki są 'w normie', nie mają czego szukać
Historia zaczęła się od mojej wizyty u lekarza rodzinnego w związku z bólami głowy, uczuciem zimna (bardzo łatwo marznę, ciężko mi znaleźć dla siebie optymalną temperaturę. Albo mi gorąco, albo zimno) i problemami z koncentracją. Zlecił mi zestaw badań, w tym TSH. Oczywiście wszystko wyszło w normie, więc zostałam więc odesłana z kwitkiem. Jako że od zawsze cierpiałam na długie i uporczywe PMSy a miesiączki przykuwały mnie do łóżka na trzy dni (nudności, skurcze tak mocne, że nie mogłam przejść nawet kilku kroków) postanowiłam odwiedzić lekarza ginekologa, jako że trafiłam przypadkiem na artykuł o PCOS. Nie dowierzałam, ale okazało się, że mam niektóre z objawów - trądzik którego nic nie chciało wyleczyć, łojotok, jak już pisałam bardzo długie napięcie przedmiesiączkowe, bóle w miednicy, no i, co tu kryć, Bóg nie pożałował mi również włosów na ciele. Do lekarza poleciałam niemalże na skrzydłach dodając już sobie samodzielnie, że może ta nabyta ułomność w koncentracji i tycie które ostatnio się zaczęło to również objawy PCOS i byłam niezwykle szczęśliwa, że to wszystko w końcu się skończy. Niestety, na ziemię zostałam sprowadzona równie szybko, jak się z niej zerwałam. Z USG wynikało że jajniki są czyste, z badań (progesteron, TSH i coś jeszcze, czego niestety nie pamiętam) - że hormony są w normie. Na bóle brzucha pierwsze dostałam luteinę 50, później tabletki antykoncepcyjne. Nim trafiłam na odpowiednie minęło pięć lub sześć miesięcy ale po kolejnych siedmiu musiałam je odstawić ze względu na problemy żylne w kończynach dolnych.
I wszystko byłoby pięknie, ale tabletki pomogły tylko na trądzik i złagodziły bóle miesiączkowe, a ja zostałam pozostawiona sama sobie z coraz to nowszymi objawami które sama powiązałam już z niedoczynnością, bo to pierwsza i najbardziej oczywista rzecz, jaka przyszła mi wtedy do głowy. Jakie są moje objawy? Wciąż tyję (w tempie 0,5-1kg na miesiąc) i tego procesu nie zatrzymały nawet systematyczne ćwiczenia (opozycja dla argumentu 'mięśnie cięższe od tłuszczu' - centymetrów również przybywa). Poza tym jestem wiecznie zmęczona i senna, ciężko mi utrzymać ten sam lub zbliżony poziom energii przez cały dzień, problemy z koncentracją sięgnęły apogeum i w moim aktualnym stanie czytanie książek nie ma najmniejszego sensu, bo po prostu nie pamiętam co czytam. Jestem cały czas ociężała, wieczne uczucie wzdęcia wzdęcia nie chce mi dać spokoju - nie ważne co jem i czy w ogóle jem. Coraz częściej łapię chrypkę, zaczynam od czasu do czasu podkaszliwać (kaszel wywołany uczuciem drapania w gardle, ale jest on sporadyczny), również często boli mnie głowa (ból głowy połączony z bólem gałki ocznej). Poza tym (już stricte z testu zamieszczonego na stronie) również: łamliwe paznokcie, czerwona twarz przy wysiłku fizycznym, mocne wahania nastroju, problemy z dziąsłami.
Postanowiłam więc zrobić badania na własną rękę (TSH, FT3, FT4, testosteron) napawając się pewnością że teraz to już na pewno coś wyjdzie, pokażę tym lekarzom że się mylili, że nie zmyślam sobie objawów... a tu znów wszystko w normie. Nawet testosteron niski, mimo borów na ciele (badania robiłam po odstawieniu tabletek, dokładniej po pierwszej naturalnej miesiączce).
Moje wyniki (przy TSH i FT4 podane są dwie normy, bezpośrednio przy wyniku i na doczepionej do badań kartce norm, nie wiem dlaczego tak jest. Norma w nawiasie to ta podana bezpośrednio przy badaniu, bez nawiasu - z kartki)
TSH: 1.71 ulU/ml - 0.3-5,0 (0.25-5.00)
FT4: 11.86 pmol/l - 10.6-19.4 (9.00-20.00)5.36
FT3: 5.36 pmol/l 4.0-8.3
Testosteron 0.78 ng/ml - 0,1-0,9
Niestety nie mam pojęcia czy w rodzinie były jakieś przypadki niedoczynności, wiem jedynie że nikt się na nią nie leczył. W linii kobiet (babcia, mama, ciotka) wszystkie mają większą lub mniejszą nadwagę której nie są w stanie się pozbyć. Najśmieszniejszym przypadkiem jest mama, której podobno endokrynolog patrząc na wyniki powiedział, że jest na skraju... nadczynności. A wystarczy popatrzeć na jej tuszę by zorientować się, że to po prostu niemożliwe.
Co mam więc robić z tym fantem? Na pewno nie zostawię tego tak jak jest, bo po prostu czuję się coraz gorzej i niedługo będę tylko tyć i spać. Muszę zacząć szukać pomocy u specjalisty, ale o takiego też ciężko. Co powinnam dokładnie wiedzieć idąc do lekarza by nie wmówił mi głupot (typu : tsh w normie - nic ci nie jest)? Na co powinnam zwracać uwagę, jakie powinnam zadawać pytania i czego się wystrzegać? A może te moje badania faktycznie są w normie i powinnam szukać przyczyny gdzie indziej?
Pozdrawiam i z góry dziękuję za wskazówki.