Dodaj do ulubionych

Inny stan umysłu

29.12.10, 12:24
WINKO Z KOKAINKĄ

W XIX w. nawet papież nie miał nic przeciw kokainie. Doprawiano nią nalewki, proszki na katar, tabletki do ssania i oczywiście coca-colę. Do czasu...

Papież nigdy nie wyrusza w podróż bez łyka wina zmieszanego z… kokainą. Tak zachwalały napój „Vin Mariani” reklamy, ukazujące się w europejskich gazetach pod koniec XIX w. I była to prawda. Leon XIII uwielbiał trunek wytwarzany przez korsykańskiego farmaceutę Angelo Marianiego. Odznaczył nawet producenta medalem. „Vin Mariani”, zważywszy na recepturę, musiało mieć niezłą moc. Farmaceuta w około 250 g wina Bordeaux rozpuszczał ponad 50 mg koki (dawkę określaną dziś często jako „kreskę”, dającą kwadrans w euforycznym stanie). Łatwo sobie wyobrazić, co działo się z konsumentem, gdy wysączył całą butelkę. Ale „złego początki” były wyjątkowo miłe. Leon XIII, sącząc winko, napisał w 1891 r. rewolucyjną encyklikę „Rerum novarum”, potępiającą bezwzględny kapitalizm i biorącą w obronę ludzi pracy. Pragnienie gasił tym napojem Juliusz Verne podczas pisania kolejnych bestsellerów. Podobnie Frederic Auguste Bartholdi, gdy projektował Statuę Wolności. Uwielbiali „Vin Mariani” amerykański prezydent Ulysses S. Grant i angielska królowa Wiktoria. A listownie dziękował wynalazcy za inspirujący trunek sam Thomas Edison.

Sto lat później nasza cywilizacja bliżej jest nie nieba, lecz narkotykowego piekła. Ale paradoksalnie na tę drogę wprowadziły świat ambicje kilku naukowców, chciwość przedsiębiorców, nadgorliwość brukowej prasy i amerykańskie marzenia o zbawieniu ludzkości.

SKUTKI JEDNEGO DOKTORATU

Trudno uwierzyć, ale w 2. poł. XIX w. kokaina była w Europie i USA równie łatwo dostępna jak obecnie aspiryna. Na trop substancji wpadł prof. Friedrich Wöhler z Uniwersytetu w Getyndze. Zainteresowały go właściwości liści koki, którą południowoamerykańscy Indianie żuli, by zabić zmęczenie i głód. Chemicy od połowy XVIII w. próbowali wydrzeć roślinie jej tajemnicę. Pomimo swej wiedzy także Wöhler nie potrafił dokonać ekstrakcji z koki substancji dającej ludzkiemu organizmowi niezwykłą wytrzymałość. W końcu zadanie to powierzył swemu młodemu asystentowi Albertowi Niemannowi – uznając, że będzie to dla niego znakomity temat pracy doktorskiej. Uczeń sprostał wymaganiom nauczyciela i wyizolował z liści koki alkaloid, który nazwał kokainą (o czym poinformował w 1860 roku na łamach pisma „Archiv der Pharmazie”wink. Karierę Niemanna przerwała rok później niespodziewana śmierć. Inni badacze uznali zaś, że narkotyk powoduje jedynie depresję.

To, czego nie dostrzegli, zauważył obrotny farmaceuta Angelo Mariani. W 1863 r. wyprodukował z wina Bordeaux pierwszy napój, w którym od razu zagustowało liczne grono niezwykle doń przywiązanych konsumentów. Zachwycony farmaceuta rozszerzył asortyment na bezalkoholowy tonic „The Mariani”. A popularność tych trunków przypomniała naukowcom o kokainie. Mieszkający w Paryżu peruwiański lekarz Tomes Moreno y Maiz odkrył w 1868 r., że działa ona znieczulająco. W 1884 r. wiedeński okulista Karl Koller wpadł zaś na pomysł, żeby rozcieńczonej kokainy użyć do miejscowego znieczulenia przy operacji usunięcia zaćmy. Kokaina stała się dla chirurgów środkiem na uśmierzanie bólu. Ale to nie oni przyczynili się do jej ogólnoświatowej kariery.


Ciąg dalszy TUTAJ - dla tych, których temat zaciekawił
Obserwuj wątek
    • grgkh I inny środek podobnemu celowi służący 29.12.10, 12:47
      Nowy naćpany świat
      LSD otworzył bramy muzycznego raju, który dla wielu okazał się piekłem
      Jeden mało znany psychiatra bardziej wpłynął na kulturę popularną w XX wieku niż wielu muzyków i malarzy razem wziętych. Mało kto zauważył nekrologi zmarłego niedawno (w wieku 86 lat) Humphreya Osmonda, które pojawiły się w brytyjskich i amerykańskich dziennikach. Pół wieku temu ten psychiatra związany z uniwersytetami Princeton i Alabama jako pierwszy w sposób naukowy odkrył i opisał zdumiewające podobieństwo między zmianami zachodzącymi w umyśle ludzi chorych psychicznie a działaniem substancji halucynogennych. Najpierw opisał działanie meskaliny - składnika pejotlu używanego przez Indian w Meksyku. Potem zajął się kwasem lizergowym, który nosi przemysłową nazwę LSD.

      Tuż po przeniesieniu się z Anglii do Kanady w 1952 r. Osmond zaszokował medyczny świat wynikami swych eksperymentów. Pięć lat później, podczas zjazdu Nowojorskiej Akademii Nauk, użył po raz pierwszy słowa "psychedelic", które utworzył z greckich wyrazów "psyche" (duch, umysł) i "delein" (objawiać się, manifestować). Użył tego słowa na określenie zmian zachodzących w ludzkiej świadomości pod wpływem halucynogenów. W swoim dzienniku odnotował: "Wierzę, że psychodeliki stwarzają szansę, choć może znikomą, by homo faber - przebiegły, bezwzględny, tępy i pazerny na przyjemności - przemienił się w tę inną istotę, której nadejście tak pochopnie obwieściliśmy: w homo sapiens - człowieka mądrego, pełnego zrozumienia, współczującego, w którego poczwórnej wizji sztuka, polityka, nauka i religia są jednością".

      Wesoły autobus
      W 1953 r. Aldous Huxley, autor m.in. "Kontrapunktu" i "Nowego wspaniałego świata", skontaktował się z Osmondem i poddał się eksperymentowi z meskaliną. Efektem była wydana rok później krótka rozprawa "Drzwi percepcji" ("The Doors of Perception") opatrzona mottem zaczerpniętym z twórczości angielskiego poety, malarza i wizjonera Williama Blake'a: "Gdyby oczyścić drzwi percepcji, każda rzecz jawiłaby się taka, jaka jest: nieskończona". Nie minęło 10 lat, a "Drzwi percepcji" stały się dla pokolenia hipisów i kontestatorów czymś w rodzaju katechizmu, a dla muzyków rockowych - Biblią, zaproszeniem do flirtu z absolutem, kosmicznym doświadczeniem. Reszty dokonała promocja LSD prowadzona przez takie kontrkulturowe autorytety, jak Allen Ginsberg ("Skowyt"), William Burroughs ("Nagi lunch") czy wreszcie Ken Kesey, autor "Lotu nad kukułczym gniazdem". Kesey skrzyknął przyjaciół i w autokarze pomalowanym jaskrawo, w psychodelicznym stylu nazwanym Day-Glo, ruszył w Amerykę, by głosić nową ewangelię pod wezwaniem "The Electric Kool-Aid Acid Test". Do rangi guru LSD urósł Timothy Leary, filozof i psycholog, którego zajęcia praktyczne ze studentami miały ściągnąć na niego kłopoty i uczynić "męczennikiem represyjnego systemu".
      Wiedza o halucynogennych właściwościach różnych roślin, korzeni i grzybów jest prawdopodobnie równie stara jak znajomość procesu fermentacji alkoholu. Jak bowiem inaczej niż narkotycznymi wizjami wytłumaczyć zachowane do dziś opisy starożytnych krain szczęśliwości: od celtyckiego Avalonu po japońską Horai. To, co kiedyś było zazdrośnie strzeżoną tajemnicą szamanów i kapłanów, w latach 60. stało się za sprawą LSD powszechnie dostępne. Jeśli ktoś ignoruje znaczenie tego narkotyku, nigdy nie pojmie, skąd się wzięły takie albumy, jak "Sergeant Pepper's Lonely Hearts Club Band" Beatlesów, "Their Satanic Majesties Request" Rolling Stones czy piosenki "Eight Miles High" The Byrds. Nie zrozumie, skąd się wzięła nazwa The Doors, dlaczego w rocku pojawiły się elementy muzyki z Indii i o czym opowiada film "Żółta łódź podwodna".


      Istnieje szereg substancji przyjmowanych przez ludzi, które wywołują zaburzenia percepcji lub uzależnienie, jednak za przyzwoleniem społecznym nie są one uważane za narkotyki. W różnych kulturach podział ten wygląda odmiennie. Polska należy do kręgu kulturowego, w którym narkotykami nie są nazywane następujące substancje (pomimo udowodnionej szkodliwości i potencjału uzależniającego znacznie przewyższających wiele nielegalnych substancji – dotyczy to zwłaszcza nikotyny i alkoholu):
      * leki przeciwbólowe dostępne bez recepty,
      * kofeina oraz podobne substancje zawarte w kawie, kakao, herbacie, czekoladzie,
      * alkohol etylowy zawarty we wszelkich napojach alkoholowych,
      * nikotyna zawarta w tytoniu.
      Ponadto wiele substancji psychoaktywnych jest syntetyzowanych przez organizm ludzki, co jest zupełnie naturalnym zjawiskiem. Substancjami o takim działaniu są niektóre hormony w tym np. endorfiny.


      I tu krąg skojarzeń się zamyka: Religia jest narkotykiem ludzkości. Czy wobec jej szkodliwości nie powinniśmy pomyśleć o ograniczaniu jej popularyzowania?
    • uffo Re: Inny stan umysłu 29.12.10, 16:53
      dodalbym jeszcze historie muzyki jazzowej, opartej glownie na narkotykach i alkoholu. Z dokumentalnego filmu o jazzie Kena Burns'a,wynika iz bylo tylko kilku, spoosrod calej plejady znanych (i nie znanych) muzykow jazzowych, ktorzy zmarli smiercia naturalna, a nie z powodu naduzywania narkotykow czy alkoholu,czytez z powodu chorob jako konsekwencji dlugotrwalego uzywania tych uzywek.
      Ale w owym mottcie do'DrzwiPercepcji" A.Huxley zuwaza iz to co doswiadczal on albo ci co tworzyli na roznych prochach, to mikra czastka tego co doswiadczal W.Blake.... na trzezwo.
      I wlasciwie o to tu chodzilo. Mozna doswiadczac roznych stanow wizyjnych w roznych okolicznosciach, np. w procesie tworczym, albo w sytuacji zagrozenia zycia. Organizm samoistnie zaczyna produkowac substancje halucynogenne i znieczulajace. Wtedy kiedy istnieje taka naturalna potrzeba, albo kiedy czlowiek jest 'gotowy'. Sztuczne wymuszanie takich stanow jest jednak niebezzpieczne. Szczegolnie jesli idzie o uzalenienie. Dlatego lekkie prochy maja tu swoj pozytywny aspekt w miare bezpiecznego 'wyjscia-wejscia'.
      Inna rzecz, to owa pop-kultura, beatnicy etc. Jeden ze wspoltworcow ruchu na rzecz praw obywatelskich, z lat 60-atych, ten ktory dozyl starosci, byc moze dlatego iz nie cpal tak duzo,
      amerykanski poeta Robert Bly, stwierdzil post factum, a posteriori, iz wszelki ruch masowy, chocby nie wiem jak kontestacyjny, prowadzi na manowce, czy tez zaprzecza w konsekwencji sam sobie, jesli nie rozbudza/wzmacnia indywidualnosci, z prostego powodu, iz jest masowy. Wowczas zawsze znajda sie chetni do wykorzystania takiego zjawiska w celach komercyjnych, politycznych, czy propagandowych, etc.. I moze wlasnie w tym rzecz iz wszelki ruch masowy jest owym OPIUM ludu, tworzonym przez odruchowa samoobrone czlowieka przed wejsciem w proces indywidualizacji. Wygodniej schowac sie w przytulne stado. No i wygodniej takim stadem zawiadywac (szczegolnie w czasach dominacji masowych mediow).
      Ale, np. zarowno Miles Davis, jak i John Coltrane, twierdzili iz to co w ich zyciu najlepsze, najbardziej tworcze, zrobili dopiero jak przezwyciezyli demony nalogu.
      Co prawda Oliver Stone, w jednym z wywiadow, twierdzil iz narkotyki, szczegolnie, lekkie, podczas wojny w Wietnamie, trzymaly zolnierzy po stronie czlowieczenstwa, natomiast ci ktorzy pili alkohol odznaczali sie najwieksza agresywnoscia, i zajeci byli mordowaniem.

      www.youtube.com/watch?v=bgB3jG194io&feature=related

      co do konkluzji, ze skoro religia to takie same opium jak kazde inne, i trzeba by je zakazac, to raczej zbyt 'pobozne' zyczenie, nie porownywalbym tego narkotyku do prawdziwych halucynogenow, ktore, pomimo ewidentnej destrukcyjnosci, w znacznym stopniu indywidualizuja zycie czlowieka. W sytuacji religii jest to wlasnie znieczulenie chroniace przed przezywaniem calej swojej istoty, szczegolnie tej ciemnej strony. Znieczulenie wlasciwie chroniace przed taka szybka jazda. Nie kazdego na to stac. Szczegolnie ludzi nastawiaonych materialistycznie dozycia. Owszem, doswiadczenia mistyczne moga byc takim przezywaniem otwartym, ale KK jest wlasciwie takim samym narkotykiem jak tyton czy alkohol. Nie zadnym rozszerzajacym percepcje halucynogenem, tylko totalnym uziemianiem. I jako takie jest dozwolone, na rowni z tytoniem i alkoholem, bo takie 'opium' jest wygodne do kontrolowania mas, a dzieki takim pseudo-uzwykom jednostki moga chowac sie w masie. Obopolna wygoda. Czlowiek z natury wcale nie jest sklonny do glebszego myslenia i czucia. I myslenie, glebsze myslenie, wcale nie jest skutkiem osiagniecia statusu lenistwa i beztroski wzgledem natury i walki o przetrwanie. Natomiast narkotyk to bron obosieczna, moze rozszerzac i otwierac nieskonczony potencjal czlowieka, a moze tez otumaniac, oglupiac, i unicestwiac. Moze aspekt wolicjonalny, intencjonalny ma tutaj jakis przewazajacy glos?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka