Dodaj do ulubionych

Spraw sobie zegar

03.01.11, 11:14
Spraw sobie zegar
Cezary Michalski

(do przyjaciół Węgrów)

Na Polsacie świąteczna powtórka „Świata według Kiepskich”, idealna na kaca, tym bardziej, że jest to jedyny polski serial, który z tematem polskości mierzy się na poważnie czyli groteskowo. Poza nim jest już tylko „Ranczo”, „Plebania” i inne serialowe gnioty, które o Polakach powiedzą wam mniej więcej tyle samo prawdy, co późny Krasnodębski, Wildstein albo posmoleński Ziemkiewicz.

Przestaję na chwilę zapować, tym bardziej, że na TVN24 akurat Krzysztof Rybiński na zmianę z Robertem Gwiazdowskim znowu proponują ograniczanie deficytu budżetowego poprzez obniżenie podatków i zwiększenie składek na OFE zamiast ich zmniejszenia. Oczywiście, aby od tego wszystkiego deficyt budżetowy się zmniejszył, konieczne jest wypowiedzenie magicznego zaklęcia Reforma Finansów Publicznych (coś w rodzaju Adawa Kedawra, tyle że to podobno nie zabija). Ale po magiczne zaklęcie trzeba się udać na nieodległy (mówię o topografii Cyfry Plus) kanał filmowy, gdzie co prawda nie grają jeszcze pierwszej części „Insygniów śmierci” (zbyt świeża kinówka), ale przynajmniej leci reklamówka owej superprodukcji, gdzie Ten Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać grany przez Fiennesa bez nosa dokonuje za pomocą różdżki reformy tego lub owego w kłębach dymu i rozbłyskach światła (słychać także krzyki).

Przede wszystkim jednak Krzysztof Rybiński skarży się na to, że go Platforma nie słuchała, kiedy próbował jej doradzać. Może Rybiński powinien sobie sprawić zegar jak Balcerowicz, to go wszyscy będą trochę bardziej słuchać? W zamierzchłych czasach mojej drugiej młodości na rynku Hip Hopu rządził zespół Public Enemy, którego drugi wokalista, niejaki Flava Flav, nosił na szyi gigantyczny zegar. Może to jest jakieś rozwiązanie - popularyzacja, uobywatelnienie idei zegara Balcerowicza poprzez zawieszenie go sobie na szyi przez wszystkich zwolenników Reformy Finansów Publicznych. A Rybiński czy Gwiazdowski, jeśli chcą być w stosunku do Balcerowicza jakoś oryginalni, a na pewno chcą, niech zawieszą sobie na szyi jakiś inny zegar. Balcerowicza - jak to widzimy w Warszawie - kręci estetyka pierwszych zegarków kwarcowych (nowoczesność środkowego Gierka), wobec tego Rybiński z Gwiazdowskim mogą sobie zawiesić na szyjach gigantyczne Dolce Gabbana, to mi jakoś dziwnie do ich obu pasuje.

Trzymam się tych Kiepskich także dlatego, że na kanale Sci-Fi zamiast choćby „Star Treku - kolejne pokolenie”, leci film rodzinny dla Amerykanów „Wielka Stopa” (są pewne granice, nawet w bikiniarstwie), a na AXN Sci-Fi przestali akurat powtarzać „Gwiezdne Wrota” (przygotowują się do noworocznego maratonu, kiedy zostanie puszczona cała siódma seria), a zamiast tego puszczają „Lost” („Zaginionych”wink, serial tak nudny jak poprawnie redagowany tygodnik opinii.

Zatem pozostają Kiepscy, odcinek wigilijny sprzed ładnych paru lat.

- Chciałbym wszystkim życzyć wesołych świąt, pasożytowi też… (Ferdynand do babci Kiepskiej)

- Tobie też… kanalio (babcia do Ferdynanda Kiepskiego)

Jak z tego wynika, PiS to nie Polacy, bo nie pojawili się na opłatku sejmowym u Schetyny w ogóle, nawet po to, żeby go zbluzgać. Chociaż nie, istnieją również tacy Polacy, zawsze istnieli, chociaż aktualnie jest ich na szczęście tylko pomiędzy 20 a 24 procent.

Nie tylko „jaromiry” i neoliberalni ekonomiści w poszukiwaniu politycznego mecenatu mobilizowani są do rozmiękczania rządu Donalda Tuska w kwestii podatków i OFE, do tego samego celu używany jest także PjN (prorynkowi neosarmaci ukryci za szerokimi plecami Joanny Kluzik-Rostkowskiej). W „Kawie na ławę” Paweł Poncyliusz wypowiada dwie szybko po sobie następujące kwestie, pierwsza brzmi: „Donald Tusk nie myśli o polskich pracownikach, sprzyja wyłącznie pracodawcom”, a zaraz potem druga: „kiedy niedawno słuchałem Marka Goliszewskiego, mówił, że rząd Donalda Tuska nic nie robi dla polskich pracodawców i polskiego biznesu”. To że Goliszewski jest dla Poncyliusza autorytetem, wcale mnie nie dziwi. Bardziej dziwi mnie to, że pomiędzy jedną a drugą kwestią Poncyliusza mija zaledwie parę sekund, nawet rekin ma dłuższą pamięć, wygląda na to, że zbliżamy się do standardów rybki akwaryjnej. Z kolei Piotr Semka (którego do tej pory starałem się tutaj nie szczypać) szydzi sobie z Palikota (bo przecież w Polsce żaden antyklerykał się nie przebije”wink, aby po chwili powrócić do swojej ulubionej tezy, że „biskupi mają rację, Kościoł w Polsce jest prześladowany”. Jak łączyć prześladowanie Kościoła w Polsce z brakiem szans antyklerykałów? - kieruję wszystkich wątpiących do Semki, bo mnie to przerasta. Semce wtóruje Sekielski, który swoją prawicowość, wcześniej bezobjawową jak schizofrenia Władimira Bukowskiego, może dzisiaj w stosunku do Palikota wyrażać całkiem otwarcie, nawet radykalnie. Przecież – przypominamy, radzimy - Palikot nie jest już w PO, kopiąc go dzisiaj nie kopiemy już partii władzy. Zatem Sekielski może być wobec niego prawicowcem nieporównanie bardziej otwarcie, niż mógł nim być, kiedy prezentował taśmy Beger jako osiągnięcie swego dziennikarstwa śledczego (główną dziennikarką śledczą była w tamtym przypadku Renata Beger, której nikt jednak za to nie nagrodził, bo ona była dziennikarką z „Samoobrony”wink.

Tuż obok (to znaczy na sąsiednim Polsacie, kiedy Kiepscy się kończą) Błaszczak broni składek na OFE przed zamachem Tuska, jakby był jakimś skrajnym prorynkowcem. W tym samym wieczornym programie informacyjnym telewizji Solorza, prowadząca program Dorota Gawryluk, jako bezstronnego eksperta od reformy emerytalnej zaprasza szefową Otwartego Funduszu Emerytalnego Polsatu, która krytykuje zabieranie przez Tuska części kasy należącej się Solorzowi (po cóż innego Solorz tolerowałby aż przez cztery lata istnienie AWS-u, wraz z Ryszardem Czarneckim w środku tej formacji?) i przekazywanie jej do ZUS-u, jako „zamach na pieniądze Polaków”, choć jakiś czas temu z podkulonym nieco ogonkiem musiała obniżać - wraz z innymi OFE - opłaty i marże, które wynosiły tyle, że „świetnie zarabiające w OFE pieniądze przyszłych polskich emerytów” zarabiały świetnie dla OFE, nie dla emerytów.

Na OFE zamachnął się też Orban, podobnie jak na wolne media, a także na miłujące pokój wielkie korporacje. Właśnie dlatego trzynaście z nich (m.in. RWE, ING, AXA, Deutsche Telecom…wink zwróciło się do Brukseli z wnioskiem o ukaranie Węgier za to, że Orban wymusza na nich płacenie podatków. Nowy podatek faktycznie został uchwalony w trybie nadzwyczajnym, gdyż zwykły podatek od zysków był nie do ściągnięcia. Pamiętajmy, że duże globalne firmy, kiedy pojawiają się na peryferiach, niosą co prawda cywilizację (piszę bez ironii), ale bardzo rzadko zostawiają na tych peryferiach pieniądze z podatku dochodowego, bo bardzo rzadko generują zyski. W Polsce nawet sieci hipermarketów generują straty, choć we Francji czy Niemczech nie byłoby to możliwe. Zatem Orban, próbując wyciągnąć od naszych poczciwych multinationali jakąkolwiek kasę przekroczył granicę, poza którą jest nicość. I dlatego warto zaapelować do przyjaciół Węgrów (żadnego cudzysłowu, żadnej do niczego nie czynię aluzji) aby się zastanowili, w jaką stronę idą.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Spraw sobie zegar 03.01.11, 11:15
      W Internecie w związku z Orbanem nieoczekiwana zmiana ról, prorynkowi neosarmaci, zazwyczaj przeciwni idei „Wielkiego Rządu”, szczególnie kiedy tę ideę wyraża Obama, chwalą Orbana jak mogą za „utarcie nosa żydowskim koncernom i gazetkom” (niestety, cytat jest prawdziwy, bo w prawicowym Internecie antysemityzm nie stanowi już żadnego tabu, szczególnie od czasu, gdy na „żydowską władzę” można było otwarcie utyskiwać pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, a nikogo to nie oburzało, przeciwnie, wszyscy się litowali, nawet lewicowcy, gdyż antysemityzm istotnie bywa formą wyrażania frustracji socjalnych). Z kolei centrolew, w innych wypadkach antykorporacyjny, obrzuca prawicowego Orbana klątwami, że tak te biedne multinationale dręczy. A ja, szczerze mówiąc, nie wiem co powiedzieć. Walkę o „niepodzielną suwerenność państwa narodowego” uważam za z góry przegraną, nawet na poziomie tak gigantycznego i imperialnego narodu jak Węgrzy (to prawie Brazylia, a Brazylia miała przecież Lulę). Jeśli jednak uważam, że Polski (Węgier, Rumunii i innych „regionalnych imperiów”wink nie można zostawić neosarmatom i multinationalom, żeby rytualnie się gryźli, to tylko dlatego, że pełne przerobienie polskiego narodu w naród duński, szwedzki czy nawet czeski (potrafiące budować państwo i społeczeństwo, a jednocześnie nie pieprzące imperialnych głupot) jeszcze nie zaszło. Także Unia nie bardzo się kwapi, żeby najmniej efektowne funkcje państwa narodowego za nas wykonywać (emerytury, służba zdrowia, szkolnictwo…wink, więc musimy walczyć, i walczyć, i walczyć…, żeby słabiutkiego państwa narodowego, na które jesteśmy wciąż trochę skazani, używać do celów raczej lepszych niż gorszych.

      Do czego chce go użyć Orban? Tu rzecz nie jest wcale taka oczywista, gdyby chodziło tylko o pognębienie jednej czy drugiej globalnej korporacji albo jednej czy drugiej gazety do tej korporacji albo wprost należącej, albo utrzymywanej z jej reklamowych budżetów, to chrzaniłbym temat. Zawsze uważałem, że rząd - jeśli dobrze go używać, jeśli dobrze rozumieć jego „suwerenność” - jest cenniejszy, ważniejszy, ciekawszy od „społeczeństwa obywatelskiego”, dlatego np. dzisiaj bronię Tuska przed „Gazetą Polską” i „Rzeczpospolitą”, wcześniej (do pewnego momentu) broniłem Kaczyńskiego przed „Gazetą Wyborczą” i „Polityką”, a jeszcze wcześniej… gdybym był tak doświadczony jak dzisiaj, broniłbym Leszka Millera przed Rokitą i Ziobrą (a Rokitę, kiedy był szefem URM-u, broniłbym przed resentymentalnymi kolesiami z PC palącymi kukłę). Bo rząd posiada demokratyczną legitymizację. I jeśli tylko nie robi z niej ewidentnie złego użytku, warto go raczej przed „społeczeństwem obywatelskim” jako czystym lobbingiem bronić, niż go wraz ze „społeczeństwem obywatelskim” (jako czystym lobbingiem) atakować. Jeśli dzisiaj Bruksela stanie się narzędziem korporacyjnego lobbingu w stosunku do rządu węgierskiego, to jutro sama zostanie przez multinationale strawiona. Tak jak to się przydarzyło nawet rządowi amerykańskiemu, a nawet Tea Party (najbardziej radykalnej opozycji przeciwko amerykańskiemu rządowi). Zatem, gdybym miał coś doradzać, nie atakujcie Orbana (Millera, Kaczyńskiego, Tuska…wink za to, że próbuje rządzić, co najwyżej sprawdzajcie, do czego chce tego rządu używać.

      Akurat tu, niestety, moja sympatia dla Orbana się kończy. Jego słynny dowcip, luźno ale publicznie rzucona uwaga, że „my Węgrzy jesteśmy w takiej dziwnej sytuacji, że wszędzie graniczymy z samymi sobą”, jest żartem wątpliwym. Zatem, jeśli potrzebne mu jest narodowe państwo po to, by się stukać ze Słowakami i Rumunami (właściwie na czarnej liście są wszyscy sąsiedzi), to istotnie lepiej, żeby przyjaciele Węgrzy tak zupełnie na wszystko mu nie pozwalali. Przepraszam, że zamiast edytorialnej prostoty nawet przyjaciołom Węgrom proponuję aż tak zawiłą dialektykę, ale taki już jestem, „wiekuista prostota tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie” (parafraza za Blaise Pascal).

      www.krytykapolityczna.pl/CezaryMichalski/Sprawsobiezegar/menuid-291.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka