diabollo
20.03.11, 17:54
Wampir vs. zombie
Wojciech Orliński
czyli skąd popularność tych dwóch straszydeł?
Uczestniczyłem niedawno w dyskusji zorganizowanej przez młodych pracowników naukowych Uniwersytetu Śląskiego, na której zastanawiano się, skąd kariera dwóch czołowych straszydeł współczesnej popkultury: wampira i zombie.
Popkulturowy kanon wampiryczności stworzył Bram Stoker "Draculą", a zombie skodyfikował George Romero "Nocą żywych trupów". Odtąd mamy wprawdzie próby odejścia od tego kanonu (na przykład rewizjonistyczne "Miasteczko Salem" Stephena Kinga - w którym amerykański mistrz horroru opowiedział "Draculę" po swojemu), ale przeważają dzieła zgodne z nim.
Ograniczając na przykład tematykę zombie tylko do zombie zgodnych z wizją George'a Romero, wciąż będziemy się poruszać wśród bardzo szerokiego zbioru utworów popkultury, od filmu "Zombieland" po "Przedwiośnie żywych trupów" Kamila Śmiałkowskiego. A przecież dla naszych przodków, którzy straszyli się opowieściami o wąpierzach, strzygoniach i nieumarłych, powrócić z grobu można było na wiele różnych sposobów. Dlaczego właśnie te dwa stały się dzisiaj tak popularne?
Zacznijmy od zombie. Brytyjska komedia "Wysyp żywych trupów" doskonale pokazywała, jak podobne jest życie nisko opłacanego pracownika sektora kiepskich usług - czyli większości młodych ludzi - do nieżycia zombiaka.
W noc zagłady cywilizacji główny bohater ostro zalewał robaka w związku z nieszczęśliwą miłością, więc przegapił apokalipsę. Gdy rano idzie skacowany ulicą, nie zauważa, że większość przechodniów zmieniła się w zombie. A on sam wygląda i porusza się całkiem jak żywy trup i dlatego właśnie wraca do domu żywy i radośnie nieświadomy tego, co się stało.
Zombie tak jak proletariusz w opisie Karola Marksa ma tylko ciało i czas. Nie może mieć nic więcej, bo nie umie już obsługiwać najprostszych narzędzi (klasyczne romerowskie zombiaki przeważnie mają problem nawet z otwarciem drzwi za pomocą klamki). Czasu ma za to dużo, bo już nie może umrzeć, w pewnym sensie jest więc bogatszy od źle opłacanego pracownika sektora usług.
Tłum zombiaków oblegających centrum handlowe, jak w klasycznym "Świcie żywych trupów", jest więc czytelną metaforą ludzi czyhających na wyprzedaże. Widzimy w nich potwory, ale też widzimy kpinę z własnego życia codziennego. Dlatego filmy o zombie bardzo często zawieszone są między horrorem a komedią.
Wampiry lokują się przeważnie gdzie indziej na społecznej drabinie. Dracula był transylwańskim hrabią o arystokratycznych korzeniach. Amerykańskie wampiry z powieści Anne Rice i Charlaine Harris też przeważnie są dość majętne, no bo nie można być wampirem bez zameczku albo przynajmniej starej posiadłości w Luizjanie.
Wampir w typie Brama Stokera musi mieć przecież piwnicę, w której trzyma swoją trumnę - a w Ameryce tylko posiadłości bogaczy są podpiwniczone. Z założenia więc wampir musi być osobą, która egzystuje na obrzeżach cywilizacji, ale potrafi z niej korzystać - na przykład potrafi wyzyskiwać lokalnych wieśniaków i odwoływać się do ochrony świętej własności prywatnej.
Karol Marks lubił porównywać Kapitał do wampira. Nie kapitalistów, tylko właśnie Kapitał: siłę kierującą niewidzialną ręką rynku i sprawiającą, że wszyscy robimy to, co robimy, a nie to, co chcielibyśmy robić. Bo przecież nawet Bill Gates nie może niczego zrobić wbrew Kapitałowi.
W odróżnieniu od zombiaków wampiry kuszą. Na widok statystów z filmu o żywych trupach każdy by się rzucił do ucieczki (w każdym razie każdy, kto zachował trzeźwość umysłu) - ale wampiry często występują jako przystojni mężczyźni i atrakcyjne kobiety. Rozum każe uciekać, serce (a właściwie libido) każe zostać i dać się ukąsić.
Podobnie wabiący jest Kapitał. Wszyscy chcemy wierzyć, że kiedyś przestaniemy być źle opłacanymi pracownikami sektora usług (albo nieco lepiej - ale też bez szaleństwa - opłacanymi pracownikami mediów). Chcąc zapomnieć o własnym życiu, czytamy o życiu sławnych i bogatych w magazynach ilustrowanych i serwisach plotkarskich.
Dlatego właśnie tak entuzjastycznie uwierzyliśmy w pierwsze reklamy funduszy emerytalnych: że oto miesięczna składka na starość zapewni nam luksusowe życie pod palmami. Od początku wiadomo było, że to niemożliwe - z definicji luksus jest dostępny tylko dla nielicznych.
Gdyby naprawdę przeciętnego polskiego emeryta było stać na wyjazd na Karaiby, to nagle od takiego wzrostu popytu albo by na Karaibach ceny poleciały w kosmos, albo zabudowano by je żelbetowymi bloczydłami, żeby te tłumy jakoś pomieścić. A więc tak czy siak, prawdziwy luksus nadal byłby dostępny wybranym.
Ale uwierzyliśmy w to, bo bardzo chcieliśmy w to uwierzyć. Urok wampira jest nie do odparcia, szczególnie dla nas, zombiaków.
wyborcza.pl/1,99495,9266131,Wampir_vs__zombie.html