diabollo
09.05.11, 07:42
Clegg zmienia Anglię
Cezary Michalski
Są politycy, których nieudolność ma taki sam głęboki i sprawczy wpływ na losy państw i narodów, jak talent czy pracowitość innych polityków. Taki był Lech Kaczyński – czego się nie dotknął zamieniało się w katastrofę, od kupna Możejek po lot do Smoleńska. A jednak jego klęski naznaczyły Polskę bez porównania głębiej, niż wieloletnia żmudna praca innych polityków. I taki właśnie jest Nick Clegg, przywódca partii brytyjskich Liberalnych Demokratów, która nie tylko dostała łupnia w wyborach regionalnych, ale poniosła też totalną klęskę w referendum, które miało zmienić brytyjski system partyjny i zapewnić jej wieczysty udział w kolejnych koalicjach rządzących Zjednoczonym Królestwem.
Teraz dzięki Cleggowi prawdopodobnie upadnie Zjednoczone Królewstwo, a w każdym razie oderwie się od niego Szkocja. Ale zacznijmy od początku. Był taki moment przed wyborami parlamentarnymi 2010, kiedy Clegga nazywano na wyspach „mężem stanu”, „politykiem opatrznościowym”, który zmieni oblicze Ziemi – Tej Ziemi albo przynajmniej Tego systemu partyjnego. Niektórzy dziennikarze i fachowcy od wizerunku (a nawet John Gray, co może zaskakiwać nieco bardziej) składali mu wtedy hołdy analogiczne do tych, jakie w Polsce składano przez kilka miesięcy Kazimierzowi Marcinkiewiczowi. W wyborach parlamentarnych 2010 Clegg nie odniósł jednak oczekiwanego sukcesu. Ale dobił za to Partię Pracy – na dwa sposoby. Po pierwsze, w znacznej części zagłosowali na niego rozczarowani wyborcy Labour, chcący ją ukarać za Irak, za Blaira, za Browna, za trzecią drogę, za nadmierny etatyzm… za rozmaite rzeczy, także te wzajemnie się wykluczające, jak to zazwyczaj bywa w przypadku łaski i niełaski ludu. Kara w postaci głosowania na LibDem miała Labourzystów „skorygować”, „sprowadzić do pionu”, bez oddawania jednak władzy Partii Konserwatywnej, gdyż większość wyborców głosujących na Clegga uważała, że będzie on rządził w koalicji z Labour.
Partii Pracy jednak tych centrolewicowych głosów zabrakło. Także do tego, aby pomimo wyborczej porażki zachować udział we władzy. Bo Torysi wcale nie wygrali tamtych wyborów, nie zdobyli parlamentarnej większości. Brytyjski elektorat wcale nie przesunął się w 2010 roku tak mocno na prawo. Część centrolewicy, żeby dać wyraz swemu niezadowoleniu, zagłosowała jedynie – w swoim rozumieniu bezpiecznie i bez żadnego ryzyka – na Clegga, który jednak okazał się koniem trojańskim. Stworzył koalicję z Konserwatystami i nie tylko nabrał znaczną część swoich wyborców, ale także sam dał się nabrać.
Clegg mógł w 2010 roku stworzyć koalicję z Labour i Szkotami. Tego chciała większość elektoratu LibDem i znaczna część lokalnego aparatu tej partii. Koalicja byłaby nieco słabsza, ale on sam miałby w niej silniejszą pozycję, mógłby realizować swój program i prawdopodobnie przeprowadziłby nawet reformę ordynacji wyborczej, bo miała ona początkowo większościowe poparcie Brytyjczyków, a także liderzy Partii Pracy lojalnie ją wówczas popierali, wiedząc, że w bardziej proporcjonalnym systemie Konserwatyści nigdy nie będą rządzić Anglią. Ich elektorat bywa często największy i jest dość zdyscyplinowany, ale nie jest w Wielkiej Brytanii większościowy. A każda koalicja Labour, LibDem i Szkotów to bardziej zrównoważony system społeczno-ekonomiczny, pozbawiony „neokonserwatywnego zdziczenia” (ta powtarzana przeze mnie bez końca homerycka fraza ma podkreślać, że tea-partyzm/cameronizm/legutkizm nie ma nic wspólnego z liberalnym i komunitarystycznym konserwatyzmem Burke’a, Disraeliego, a czasami nawet Churchilla). Każda koalicja bez Konserwatystów to także Wielka Brytania bardziej realnie uczestnicząca w budowaniu zjednoczonej Europy. Czyli pożyteczniejsza z punktu widzenia Polaków, dla których silna zjednoczona Europa jest praktycznie jedyną szansą na uniknięcie „stanu niewoli” trwającego prawie nieustająco od momentu powstania „nowoczesnego narodu polskiego”, czyli od blisko dwóch wieków (to swoją drogą zabawne, że jako „nowoczesny naród” praktycznie od samego początku żyliśmy w niewoli i może wyłącznie dzięki niewoli).
Clegg, kiedy ogłaszał stworzenie koalicji z Konserwatystami, obiecywał swoim wyborcom, że nawet popierając Cameronowskie cięcia budżetowe i deregulację, będzie jednak bronił równości szans w dostępie do edukacji i silnie skoryguje torysowski eurosceptycyzm. Dał dupy na wszystkich frontach. Czesne dla studentów (lojalni wyborcy LibDem w 2010 roku) wzrosło trzykrotnie, Torysi rozwalają Europę, jak mogą (choć może istotnie mogliby jeszcze bardziej – poczekamy, zobaczymy). Konserwatyści realizują wieć swoją agendę polityczną w całości i w sposób zdecydowany, Liberalni Demokraci nie realizują jej w ogóle. W dodatku, kiedy konserwatyści już Clegga strawili, kiedy przy jego pomocy zrealizowali własny polityczny program, jemu pozostawiając jedynie ochłapy stanowisk, oczywiście kopnęli go w zadek. Upokorzyli go, prowadząc skuteczną kampanię przeciwko proponowanej przez Clegga reformie systemu wyborczego. To szef Labour, Ed Miliband, choć był w opozycji, pozostał zwolennikiem reformy wyborczej proponowanej przez Liberalnych Demokratów, rozumiejąc jej fundamentalne polityczne znaczenie dla „antykonserwatywnej większości” na Wyspach.
W ciągu paru miesięcy całkowicie odwrócili się jednak od reformy wyborczej sami Brytyjczycy. Wszyscy wiedzieli, że byłaby ona nagrodą dla Clegga, a po co nagradzać polityczną dupę i zdrajcę? Już po wyborach i po referendum jeden z liderów Liberalnych Demokratów nazwał koalicyjnych Torysów Camerona ludźmi „wykorzenionymi, brutalnymi i plemiennymi”. Problem w tym, że od czasów Margaret Thatcher Torysi zawsze tacy byli. Byli tacy także wówczas, kiedy Clegg oddał im polityczną inicjatywę i poświęcił własną polityczną agendę. Właśnie dlatego Konserwatyści w tych wyborach zachowali cały swój elektorat, a Liberalni Demokraci zostali zdziesiątkowani. Znaczna część ich wyborców z 2010 roku wróciła do Labour, co wzmocniło dwubiegunowość brytyjskiego systemu politycznego, zamiast ją osłabić.
Tak było w Anglii i w Walii, ale nie w Szkocji, gdzie Szkocka Partia Narodowa zdobyła po raz pierwszy większość umożliwiającą samodzielne rządzenie, a jej lider zapowiedział przeprowadzenie referendum niepodległościowego.
Gdyby Clegg po wyborach 2010 roku zdecydował inaczej, niż zdecydował, Szkocka Partia Narodowa współtworzyłaby dzisiaj koalicję rządzącą całym Zjednoczonym Królestwem. Polityka takiej koalicji byłaby bardziej zrównoważona, centrowa i Szkoci nie mieliby powodu do buntu. Labour i LibDem, jako pierwsze w historii partie, które dopuściły Szkotów do rządu w Londynie, nie straciłyby większości swoich elektoratów w Szkocji na rzecz SNP. Pod rządami angielskich neokonów Zjednoczone Królestwo skręciło jednak mocno na prawo, deklarując „nową rewolucję thatcherowską”. Już „stara rewolucja thatcherowska” została przeprowadzona na społeczno-ekonomiczny koszt Północnej Anglii i Szkocji. Tam był przemysł brytyjski i tam brytyjski przemysł przestał istnieć. Tam był brytyjski proletariat i tam brytyjski proletariat stał się w mniejszej części „nową klasą średnią”, a w większej części „podklasą”. Trudno się zatem dziwić, że na zadeklarowaną przez Camerona (w oczach Szkotów paradygmatycznego „plemiennego” Angola) obietnicę nowej rewolucji thatcherowskiej Szkoci zareagowali pokazaniem Angolom przysłowiowego wała. W czasach pierwszej rewolucji thatcherowskiej Szkoci nie mieli swojego parlamentu i swojej silnej i politycznie dojrzałej partii separatystycznej. Dzisiaj mają narzędzia pozwalające przeciwstawić się zdziczałym angolskim neokonom obsługującym londyńskie City, którzy chcą ciąć wydatki publiczne, ale nie chcą nawet pła