diabollo
17.02.13, 20:07
Joseph Ratzinger zaczął rozmijać się z rzeczywistością już w 1968 roku, jako dziekan teologii w Tybindze.
Tomasz Stawiszyński: „Osłabienie siły ciała i ducha” – w ten sposób, w oficjalnym oświadczeniu, Benedykt XVI uzasadniał swoją decyzję o abdykacji. Jak pan interpretuje te słowa i tę decyzję?
Stanisław Obirek: Nie widzę powodu by wątpić w prawdziwość tych słów. Zresztą wystarczy uważnie się przyglądać papieżowi – to stary i zmęczony człowiek. Kierowanie tak skomplikowaną instytucją jak Kościół katolicki wymaga końskiego zdrowia. Po ośmiu latach Benedykt XVI przekonał się, że nie da rady. Do tego doszły coraz większe napięcia w Kurii Rzymskiej, różnice zdań najważniejszych ludzi w Watykanie. Przypomnę tylko niezwykle dramatyczną diagnozę jednego z kandydatów na papieża na tym samym konklawe, które wybrało Josepha Ratzingera, kardynała Carlo Maria Martiniego. Tuż przed śmiercią w sierpniu minionego roku, mówił o zapóźnieniu kościoła o dwieście lat. Kolega ze studiów w Tybindze niedawno opublikował książkę, w której się zastanawiał, czy Kościół można jeszcze uratować. Coraz więcej teologów wyrażało swoje niezadowolenie ze stylu sprawowania władzy tego papieża. Poza tym zupełnie nie radził sobie z palącymi i wymagającymi natychmiastowych działań skandalami pedofilskimi, które odziedziczył po swoim poprzedniku. Wykonał kilka symbolicznych gestów, ale nie zdobył się na systemową walkę z grzechem w Kościele. Nadal krył biskupów odpowiedzialnych za księży przenoszonych z parafii na parafię, którzy jako recydywiści uprawiali pedofilię. Kościoły w USA i Irlandii próbowały zrekompensować cierpienia ofiarom, ale to była kropla w morzu potrzeb. Myślę, że w końcu zdał sobie sprawę, że czas na zmianę.
Powiedział pan w jednym z wywiadów, że Benedykt XVI nie był papieżem na te czasy. Że żył w zamkniętym świecie własnych wyobrażeń, które boleśnie zderzyły się z rzeczywistością.
W pełni podtrzymuję tę ocenę. Tak naprawdę Joseph Ratzinger zaczął rozmijać się z rzeczywistością od 1968 roku, gdy jako dziekan Wydziału Teologicznego w Uniwersytecie w Tybindze zupełnie nie poradził sobie z protestami studentów, a mówiąc wprost się ich przestraszył i stał się uosobieniem konserwatyzmu w kościele. Od tamtego czasu datuje się jego kariera w hierarchii kościelnej i odejście od ideałów młodości. Zmarły przed kilku laty Jacques Dupuis, jeden z najwybitniejszych teologów katolickich minionego wieku, zwalczany zresztą przez Ratzingera, mawiał, że było dwóch Ratzingerów, ten z okresu soboru watykańskiego II, zaangażowany w zmianę systemu zamkniętego i ten po roku 68, który zaczął tworzyć nowy system. To właśnie ten drugi Ratzinger boleśnie zderzył się z rzeczywistością. Najpierw jako biskup w Monachium praktycznie nie miał wspólnego języka nie tylko z ludźmi świeckimi, ale nawet ze swoimi księżmi, a potem już w Watykanie, gdzie na zaproszenie Jana Pawła II, pełnił funkcję strażnika ortodoksji. Polegało to głównie na dyscyplinowaniu myśli teologicznej przy użyciu niezbyt wybrednych form donosów. Długo by o tym mówić. W tym znalazł sojusznika w Janie Pawle II, a może odwrotnie. A jakie to były sprawy – listę można utworzyć dość długą…
Ostatnio pojawiły się domniemania, że decyzja o abdykacji była związana z aferą Vatileaks i skalą intryg w kurii rzymskiej, z której wcześniej Benedykt nie zdawał sobie sprawy...
I tak, i nie. Ta afera tylko odsłoniła wierzchołek góry lodowej. Przecież Ratzinger był jednym z głównych architektów tej kurii, więc jej sposób funkcjonowania nie mógł być dla niego zaskoczeniem. Ale faktem jest, że kamerdyner przelał czarę goryczy. Najbliższe otoczenie okazało się mało lojalne, to musiało bardzo boleć kogoś, kto system władzy opiera właśnie na zaufaniu oddanych sobie ludzi. Nie wykluczyłbym jednak, że, jak wielu obserwatorów sugerowało, to tak naprawdę za aferą Vatileaks kryła się walka o władzę i wpływy, i to ona właśnie zdecydowała, że Benedykt XVI zdecydował się na abdykację.
Czy pana zdaniem istnieje szansa, że kolejny papież będzie bardziej otwarty na świat, bardziej liberalny, skłonny do dialogu – czy też konserwatywna linia Jana Pawła II i Benedykta XVI będzie w Kościele kontynuowana?
Mówiąc szczerze nie wierzę w zmiany. Przecież ci, którzy będą ze swego grona wybierali następcę Benedykta XVI, zostali kardynałami dlatego, że okazali się lojalnymi i posłusznymi biskupami. Selekcja w ostatnich dekadach była negatywna. Mierny, ale wierny, każda wybitna osobowość była odsuwana na boczy tor albo wręcz skazywana na milczenie i pozbawiana możliwości nauczania w imieniu Kościoła. Jak z takiego grona może wyjść rewolucjonista?
A jakie konsekwencje może mieć ta decyzja dla polskiego Kościoła?
Żadne. Już w ciągu tych ośmiu lat kościół w Polsce udowodnił, że rzymskie dyrektywy go nie dotyczą. Polscy biskupi mają własną wizję katolicyzmu i, co gorsza, są przekonani, że ta polska droga jest najlepsza. No bo przecież, gdzie ludzie jeszcze chodzą do kościoła, gdzie seminaria są pełne, a miejsca pielgrzymkowe oblegane. Tylko u nas. Wszędzie indziej szerzy się sekularyzacja i Kościół traci wpływy, tylko u nas jest wspaniale. Wystarczy posłuchać i pooglądać tzw. media katolickie, by nie mieć wątpliwości, że polscy biskupi swoje wiedzą i żaden Watykan im nie będzie podpowiadał, co mają robić.
CDN...