diabollo
02.12.13, 08:06
Jacek Żakowski
Ministerstwo Zdrowia przygotowuje projekt ustawy o dodatkowych ubezpieczeniach zdrowotnych. Takie ubezpieczenia istnieją, ale są marginesem systemu. Ministerstwo chce je upowszechnić.
Chodzi o to, by więcej osób płacących abonament - bez względu na wiek - miało szybszy i tańszy dostęp do specjalisty.
Jak się to czyta od strony tych, którzy będą płacili, to pomysł jest piękny. Dziś na rynku wizyta u specjalisty kosztuje 100 zł lub więcej. W abonamencie kosztowałaby dwa-trzy razy mniej. Ale jak się popatrzy z drugiej strony, sprawa wygląda inaczej. Bo problem z dostępem do specjalistów nie polega na tym, że im za mało płacimy, ani na tym, że za krótko pracują, lecz na tym, że ich brakuje. To widać w porównaniach międzynarodowych.
Jeśli pan X, zamiast czekać na wizytę u ortopedy 11 miesięcy, uzyska ją po pół roku, to pan Y będzie czekał półtora roku. Często będzie to faktyczne pozbawienie obywatela pomocy medycznej na skutek działań państwa. Już dziś wielu prawników uważa, że obecne kolejki naruszają konstytucyjne prawo obywateli do ochrony zdrowia. A im więcej osób wykupi abonament, tym dłużej będzie czekała reszta i więcej będzie kosztowała pojedyncza wizyta. Gdyby zaś każdy sobie abonament wykupił, to kolejki byłyby takie same jak dziś. Zyskaliby tylko ubezpieczyciele.
Pomysł ministerstwa jest więc próbą napisania prawa pozbawiającego część - zwłaszcza starszych - pacjentów faktycznego dostępu do służby zdrowia, by sektor finansowy miał dodatkowe dochody. Nie bardzo to pasuje do wygłoszonych na konwencji PO zapewnień premiera, że staruszkowie będą teraz masowani, by dłużej żyli w dobrej formie. Okazuje się, że chodzi tylko o tych staruszków, którzy zapłacą z prywatnej kieszeni. To pogłębi niekonstytucyjność działania systemu ochrony zdrowia.
Art. 38 konstytucji mówi, że "władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku". Pierwsze trzy wymienione przez konstytucję grupy mają szczególną opiekę. Staruszkowie - nie. Nie ma systemu ułatwiającego im dostęp do leczenia, a istnieją liczne ograniczenia.
Oczywiście z pustego i Salomon nie naleje. Starzejemy się, więc wydatki zdrowotne rosną, a pieniędzy już w systemie brakuje. Ministerstwo ma rację, że musimy mieć więcej na zdrowie i taniej kupować usługi zdrowotne, byśmy mogli otrzymywać ich więcej. Ale zanim zaczniemy myśleć o rozwiązaniach, które różnicują faktyczne prawo dostępu, musimy być pewni, że wszystko zostało zrobione, by wszyscy mogli się leczyć. A tu ministerstwo jest kompletnie bezczynne.
Przez sześć lat rządów PO-PSL nic nie zrobiono, by koszt służby zdrowia solidarnie rozłożyć na obywateli mających różne źródła dochodu. Dodatkowe ubezpieczenia, które naruszą konstytucyjne prawa uboższych, dadzą systemowi mniej niż rozłożenie obciążeń na wszystkie dochody osobiste, czyli także na dochody kapitałowe, samozatrudnionych, przedsiębiorców, umowy śmieciowe. Rząd nie wspomina też o podniesieniu składki zdrowotnej, choć konieczność jest oczywista, byśmy zbliżyli się do europejskiego poziomu. Żadne obniżające koszty istotne reformy zarządzania nie zostały również w służbie zdrowia zrobione, choć zrobiono wiele, by kosztem pacjentów obniżyć wydatki NFZ. Wreszcie, mimo szybko narastającego dramatu rząd nie ma programu istotnego zwiększenia liczby specjalistów, na których rośnie popyt wywołany starzeniem się społeczeństwa. Nawet kształcenie geriatrów idzie jak krew z nosa, choć wszyscy się zgadzają, że jest ich wielokrotnie mniej, niż trzeba.
Nie ma nic złego w tym, że ministerstwo rozważa różne rozwiązania. Ale jednak formalnie żyjemy w "państwie prawa". To znaczy, że rząd powinien przede wszystkim przestrzegać konstytucji, a dopiero potem pozwalać sobie na puszczanie wodzy rozmaitym fantazjom.
wyborcza.pl/1,75968,15057125,Kreatywne_zdrowie.html