diabollo
31.07.16, 11:19
Milion zakładników powstania warszawskiego. Rozmowa prof. Andrzejem Leonem Sową
Mirosław Maciorowski
AK nie miała szans, by toczyć w Warszawie otwartą walkę z Niemcami. Okulicki i ludzie, którzy parli do walki, uznali po prostu, że światem może wstrząsnąć wyłącznie tragedia mieszkańców stolicy. Z prof. Andrzejem Leonem Sową rozmawia Mirosław Maciorowski.
Andrzej Leon Sowa (ur. w 1946 r.) - profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, badacz historii Polski w XX w., autor m.in. książek: "Historia polityczna Polski 1944-1991", "Od Drugiej do Trzeciej Rzeczypospolitej (1945-2001), "Stosunki polsko-ukraińskie 1939-1947". W tym roku w Wydawnictwie Literackim ukazała się jego monografia "Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji"
Mirosław Maciorowski: Na pana pytanie: "Kto wydał wyrok na miasto?", większość Polaków bez wahania odpowiedziałaby: Hitler i Stalin. Ale pan chyba widzi to inaczej.
Prof. Andrzej Leon Sowa: Tytułem książki nawiązuję do pracy Tadeusza Sawickiego "Wyrok na miasto: Berlin i Moskwa wobec Powstania Warszawskiego". Sawicki, wybitny badacz wojny niemiecko-sowieckiej, za wybuch powstania i zagładę miasta winił właśnie Moskwę i Berlin. Armię Krajową, której był żołnierzem, pokazywał w taki sposób, jakby to nie ona sprowokowała walkę w Warszawie.
Z dokumentów, które analizowałem, wynika coś zupełnie innego - uważam, że to Armię Krajową należy wymienić na pierwszym miejscu. Jej dowództwo podjęło autonomiczną decyzję o podjęciu walki. Nikt mu jej nie narzucił. A jak się podejmuje decyzję, trzeba wziąć za nią odpowiedzialność. Nie można zainicjować bitwy, a potem mówić, że za jej skutki winę ponosi przeciwnik, który nas pokonał.
To, że Stalin sytuację wykorzystał, to zupełnie odrębna sprawa.
Ale czy gen. Tadeusz Komorowski "Bór" i inni oficerowie z Komendy Głównej AK mogli przewidzieć skutki?
- Ich plan teoretycznie był precyzyjny i logiczny: wzniecić powstanie w momencie zajmowania miasta przez Armię Czerwoną i bezładnej ucieczki rozbitych Niemców, by Sowietów w stolicy powitała polska administracja. Żeby taki plan zrealizować, KG musiałaby mieć precyzyjną wiedzę o tym, co się dzieje na froncie. Przede wszystkim jakie działania podejmuje Armia Czerwona, a także jakimi siłami dysponują Niemcy na przedpolu Warszawy i w niej samej.
A nie wiedziała?
- Nie miała o tym pojęcia, na co dowody umieściłem w książce. KG czerpała wiedzę i podejmowała decyzję niemal wyłącznie na podstawie komunikatów radiowych z oficjalnych szczekaczek Oberkommando der Wehrmacht oraz tzw. stawki, czyli dowództwa Armii Czerwonej. Zbyt wieloma innymi informacjami nie dysponowała, bo wywiad AK nie był w stanie ich dostarczyć.
Diagnoza sytuacji frontowej to było przysłowiowe wróżenie z fusów, nic więcej. Gen. "Bór", szef sztabu gen. Tadeusz Pełczyński "Grzegorz" czy szef wywiadu płk Kazimierz Iranek-Osmecki "Heller" wiedzieli, że coś się dzieje na przedpolu Warszawy, bo informowało o tym Radio Moskwa i niemieckie komunikaty, a przez stolicę w stronę frontu zmierzały różne oddziały nieprzyjaciela. Ale skoordynowanie działań z sowieckimi na takiej podstawie nie było możliwe.
Poza tym nawet gdyby Sowieci przełamali niemiecką obronę i zajęli Pragę, to w ich rękach wcale nie znalazłaby się cała Warszawa. Miasto dzieliła rzeka. W krytycznym momencie Niemcy wysadziliby mosty na Wiśle, bo uchwycenie ich przez AK, jak pokazały pierwsze dni powstania, było iluzją, i ofensywa na drugi brzeg tak łatwo by nie przeszła.
Dowództwo AK jednak z pewnością w ten sposób sytuacji nie analizowało, bo decydując się na ogłoszenie Godziny W, nie kierowało się racjonalnymi przesłankami wojskowymi, tylko politycznymi. Powstanie miało wybuchnąć na tyle wcześnie, żeby poinformować o nim Zachód, który miał naciskać na Stalina, by pomógł.
Kilkadziesiąt tysięcy ludzi przygotowywało się do niej w konspiracji od pięciu lat. Dowództwo AK miało im powiedzieć: "Przykro nam, ale żadnej walki nie będzie"?
- "Bić się czy nie?" - tragiczny, wręcz nierozwiązywalny dylemat, przed którym miało stanąć dowództwo AK, to argument często przywoływany przez historyków i publicystów. Wysłać do śmiertelnej walki z silniejszym i lepiej uzbrojonym wrogiem kwiat polskiej młodzieży czy zniweczyć jej entuzjazm i lata przygotowań, podważając sens całej konspiracji?
Zwykle przy tej okazji podnoszony jest jeszcze jeden argument, że ta młodzież rwała się do boju, więc gdyby "Bór" nie ogłosił Godziny W, i tak ruszyłaby do walki i nikt nie zdołałby jej powstrzymać. Uważam, że to nie jest prawdziwy obraz.
Dlaczego?
- Z dokumentów i relacji nie wynika wcale, że wszystkich ogarnęła powstańcza gorączka. Po pierwszej mobilizacji 27 lipca 1944 r. na drugą nie zgłosiło się około 40 proc. stanu oddziałów. Komendant okręgu warszawskiego AK płk Antoni Chruściel "Monter" postulował, by wydać rozkaz do walki jak najszybciej, bo ludzie rozejdą się do domów.
Miałem w ręku wiele dzienników - nie wspomnień pisanych po wojnie, tylko właśnie dzienników robionych na bieżąco - z których jasno wynika, że mnóstwo młodych ludzi Godzinę W przyjęło bez entuzjazmu. Ich zapiski w znacznej części są utrzymane w minorowym tonie: "niestety, stało się", "boję się tego, co będzie" albo "mam złe przeczucia".
To byli ludzie młodzi, ale wykształceni i inteligentni, potrafiący realnie ocenić sytuację. Chcieli bić Niemców, ale zdawali sobie sprawę, że nie mają za bardzo czym. Nikt nie chciał iść do ataku z gołymi rękami na uzbrojonego przeciwnika.
CDN...