Dodaj do ulubionych

Mit klasy średniej

31.05.22, 10:18

Mit klasy średniej

Każdy kto upomina się o interesy niezamożnej większości społeczeństwa musi się liczyć z całkowitym osamotnieniem i wściekłymi atakami ze strony przedstawicieli uprzywilejowanej mniejszości. Ci, których chcemy bronić uważają się bowiem, jakże niesłusznie, za klasę średnią i występują przeciwko redystrybucji budżetowej, która jest w ich interesie. Toteż nic dziwnego, że mamy w Polsce jeden z najbardziej niesprawiedliwych systemów podatkowych. W praktyce, im więcej ktoś zarabia tym mniejszą część swych dochodów przeznacza na podatki. Jakiekolwiek próby lekkiego choćby naruszenia tego stanu rzeczy powodują histeryczną reakcję większości mediów i kół politycznych.

Bardzo długo nie mogłem zrozumieć dlaczego partie polityczne dbają prawie wyłącznie o klasę średnią, która przecież nie jest w Polsce zbyt liczna. Dopiero badania, z których wynika, że ponad 70% społeczeństwa uważa się za klasę średnią, pokazały, że te zabiegi i dogadzanie klasie średniej mają sens, nawet jeżeli większość owej klasy ma charakter urojony.

Dziś za sprawą mediów cała Polska żyje wzrostem rat od kredytów hipotecznych chociaż kredyty takie ma zaledwie jakieś 10% rodzin. Kiedy jednak co piąta rodzina pożyczyła u lichwiarzy, żeby przeżyć do pierwszego, media milczały, bo mimo że łatwo się było tego dowiedzieć z komunikatów GUS, nikt się tym nie interesował.

Zawarta we wstępnej wersji Polskiego Ładu nieśmiała próba zwiększenia progresji podatkowej spotkała się z tak miażdżącą krytyką, że wkrótce się z niej wycofano. A kolejne korekty skierowano jak zwykle do mitycznej klasy średniej czyli do owych ok. 10% społeczeństwa, które przejmuje 40% dochodu narodowego.

W języku neoliberalnej debaty skromne zasiłki 500+ są postrzegane niezmiennie jako nieuzasadnione rozdawnictwo powodujące inflację, a ewentualne dopłaty do rat kredytu nie podlegają krytyce. A każdy kto skrytykować spróbuje zostanie okrzyknięty komunistą a w najlepszym razie populistą siejącym nienawiść klasową.

Zaprzeczenie realnej stratyfikacji społecznej to podstawowy kanon ideologii władzy w kapitalizmie. Rozwarstwienie nie istnieje, skoro znakomita większość uważa się za klasę średnią. Każda wzmianka o konflikcie interesów między biednymi i bogatymi uważana jest za niedopuszczalny „klasizm”.

Jedyną kategorią świadomości zbiorowej, jedyną wyobrażalną wspólnotą jest „naród”, który zaciera różnice i konflikty interesów. Poza tym każdy sobie rzepkę skrobie. A większość zamiast się utożsamiać z takimi jak oni ledwo wiążącymi koniec z końcem ludźmi pracy wolą wierzyć, że świetnie sobie radzą, choć to nieprawda. Mało tego, często osoby, które dzięki uruchomionemu przez PiS transferowi socjalnemu (500+, 13,14 emerytura) zaczęły lepiej sobie radzić, wyrażają się pogardliwie o innych niezamożnych osobach korzystających z pomocy społecznej.

Władza kapitału nad ludźmi, system który generuje coraz większe rozwarstwienie dochodowe społeczeństwa opiera się nie na sile, lecz na zniewoleniu umysłów. Religia sukcesu sprawia, że nie wypada już pytać skąd ci na górze tyle mają? Zwycięzców bowiem nikt nie sądzi. Ci, którzy biorą sobie nieproporcjonalnie więcej ze wspólnie wypracowanego dochodu narodowego, nie tylko nie podlegają krytyce, ale są idolami tych, którym zostawia się resztki z pańskiego stołu. Wciąż aktualna jest u nas powszechnie już na świecie skompromitowana teoria o skapywaniu bogactwa, w myśl której my wszyscy korzystamy z tego, ze „oni” się bogacą, a zatem im bardziej i szybciej się bogacą, tym lepiej.

Jeżeli już ktoś przyzna, że wyższe opodatkowanie bogatych ma sens, to jednak od razu zastrzega się, że to i tak nic nie da, bo oni będą oszukiwać, uciekać z dochodem itp. Zupełnie tak jak gdyby sprawiedliwsze systemy podatkowe z większą progresją nie działały w krajach bardziej rozwiniętych i bogatszych od Polski.

Zmiana niesprawiedliwego systemu jest możliwa tylko wtedy kiedy większość obywateli zrozumie, że są kantowani. Wymaga to odbudowy więzi między pracownikami, grupami zawodowymi. Kiełkujący od niedawna ruchu strajkowy i kilka wygranych sporów zbiorowych wiosny nie czyni, ale pokazuje, że zbiorowe działanie bywa skuteczniejsze od indywidualnego przepychania się. Ważne też, aby racje strajkujących były powszechnie znane, by rosło poparcie społeczne dla strajkujących załóg. Potrzebna jest „solidarność” pisana małą literą. Odgórnej propagandzie sukcesu można przeciwstawić tylko oddolny ruchu społeczny. I wtedy może kiedyś ściągniemy z masztu sztandar z napisem „chciwość” i zastąpimy go „sprawiedliwością społeczną”.

Najpierw jednak trzeba obalić mit klasy średniej. Bo większość z nas żyje od pierwszego do pierwszego. I ta większość musi w końcu kiedyś wygrać wybory.

Piotr Ikonowicz

tekst ukazał się w Rzeczpospolitej
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Mit klasy średniej 31.05.22, 13:27
      Właśnie ukazał się kolejny numer „Nowego Obywatela”. Piszę w nim o tym, jak z polskiej debaty publicznej wymazuje się perspektywę osób, które zarabiają poniżej pięciu, sześciu tysięcy złotych miesięcznie. Fragment na zachętę:

      Jak komentował ekonomista Michał Brzeziński w wywiadzie dla onet.pl: „Większość w Polsce jest milcząca. W dyskursie publicznym dominują reprezentanci bogatych i przedsiębiorców. Spójrzmy nawet na Polski Ład. W pierwszej wersji 9-procentową składkę zdrowotną mieli płacić wszyscy przedsiębiorcy. Ostatecznie dla dużej części z nich skończyło się na 4,9 proc. Ich interesy okazały się zbyt silne, także w Zjednoczonej Prawicy”.

      (…)

      W przypadku krajów zachodnich najczęściej przyjmuje się, że do klasy średniej należy ta część obywateli, która nie jest ani na dole, ani na górze drabiny zarobkowej, lecz lokuje się, no właśnie, gdzieś pośrodku i stanowi większość społeczeństwa. Na przykład Pew Research Center w swoim raporcie z 2018 r. uznało, że do amerykańskiej klasy średniej zaliczają się gospodarstwa domowe o dochodzie nie mniejszym niż dwie trzecie mediany i nie większym niż jej dwukrotność (mediana wynosiła wtedy w Stanach około 61 tysięcy dolarów) – co daje w sumie 52% mieszkańców USA.

      Wydawałoby się zatem, że w Polsce jest podobnie – że mówimy o ludziach zarabiających od mniej więcej czterech do jedenastu tysięcy złotych brutto. Sformułowania takie jak „średniacy”, po które sięgnęła w przywołanym tekście Wielowieyska, utwierdzają w tym przekonaniu. Nie jest to jednak takie jasne, bo cechą znamienną tego gatunku polskiej publicystyki, który broni klasy średniej przed podatkami, związkami zawodowymi i państwem, jest brak precyzowania, kto się do owej klasy zalicza. Dopiero, gdy jakiś temat – jak propozycja reformy podatkowej – wymusza konkretniejsze deklaracje, okazuje się, że owa „zarzynana klasa średnia” oznacza osoby zarabiające kilkanaście tysięcy złotych lub więcej. A punktem odniesienia są nie inni rodacy, lecz zarobki na Zachodzie. Ale nawet wtedy mało który obrońca klasy średniej decyduje się napisać wprost, że ma na myśli kilka, góra kilkanaście procent społeczeństwa. Wszystko to pozostaje w domyśle, szczegóły trzeba wydedukować z kontekstu, na przykład z potencjalnych obciążeń podatkowych podawanych w tych tekstach.

      I trudno się temu dziwić. Dopóki kategoria klasy średniej pozostaje niedookreślona, istnieje szansa, że większość czytelników i czytelniczek utożsami się z nią, chętnie przytakując publicystom, którzy bronią ich przed złupieniem. Gdyby rzeczy zostały nazwane po imieniu, mogłoby się okazać, że większość osób nagle przestaje postrzegać tego rodzaju publicystykę jako obronę własnych interesów.

      www.facebook.com/100001678466345/posts/pfbid0RPZ5Trnx9DJwVpMc4BP8z1zJmggXdB8NKeFRK8XYa3xu4C4obm7k2f8P1D9sLD7ul/

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka