artmich11
14.07.15, 14:21
Wolność, Równość i..............Ludobójstwo
Kilka pokoleń komunistycznych i liberalnych ideologów głosiło i głosi nieustannie na polu historii, jakim to milowym krokiem w dziejach człowieka na ziemi były wydarzenia, których początek miał miejsce 14 lipca 1789r. w Paryżu. Właśnie taka wykładnia dziejów rewolucji francuskiej, mówiąca o "zerwaniu z feudalizmem i absolutyzmem" oraz o "początku ery demokracji i praw człowieka", święci triumf w większości podręczników szkolnych na świecie, nie wyłączając tych wydawanych u nas.
Narodowe święto mitu
Współczesny kult rewolucji francuskiej nosi znamiona perswazji ideologicznej nie zważającej w żaden sposób na prawdę historyczną. Bardzo trafnie tę formę manipulacji przedstawił G. Kucharczyk, snując następujący wywód: "Należy się z pewnością zgodzić, że francuska rewolucja była czymś przełomowym. Jednak fakty historyczne nie potwierdzają pozytywnej oceny jej dorobku. Rewolucja ta (podobnie zresztą jak każda inna rewolucja) nie była jutrzenką wolności i wyzwolenia. (...) Termin 'wielka rewolucja francuska', mający w potocznym mniemaniu pozytywną konotację, powinien raczej służyć podkreśleniu wielkości i wielości jej ofiar, i popełnionych przez nią zbrodni. Jeżeli bowiem w czymś francuska rewolucja była prekursorem, to była nim w dziedzinie praktykowania ludobójstwa i rządzenia w oparciu o pretotalitarne metody. Skoro było tak źle, to dlaczego do dzisiaj tak dobrze mówi się i pisze o rewolucji francuskiej? Wynika to ze szczególnego zmitologizowania i zniekształcenia dziejów przewrotu we Francji. Mit to przecież przeszłość, która nigdy nie była teraźniejszością. Na przykład, data-symbol: 14 lipca 1789 roku, data zdobycia Bastylii, uznawana za początek rewolucji".
Co świętują Francuzi?
"W potocznej świadomości (nad ukształtowaniem której pracowały całe pokolenia historyków) Bastylia jawi się jako XVIII-wieczny odpowiednik obozu koncentracyjnego, w którym okrutny, despotycznie rządzący Francją król według własnego widzimisię przetrzymywał licznych przeciwników swojej władzy. Wreszcie jednak, 14 lipca 1789 roku, działający ze szlachetnych pobudek lud paryski przyniósł wolność uciemiężonym i po długiej i krwawej walce zdobył bronioną przez liczne królewskie wojska Bastylię. I nastała wolność. Jak zaś było w rzeczywistości? Otóż w istocie 14 lipca 1789 roku na Bastylię uderzył paryski tłum w znakomitej większości podburzony i opłacany przez Filipa księcia Orleańskiego, kuzyna króla Ludwika XVI, 'arystokratycznego ciemięzcy ludu', który kierując się chęcią detronizacji Ludwika XVI i całej starszej linii Burbonów, sam chciał zasiąść na tronie (jak wiadomo ta gra, dla której wygrania Filip nie wahał się głosować w Konwencie jako jakobiński deputowany za śmiercią króla, skończyła się dla tego oportunisty na deskach szafotu)" - wyjaśnia Kucharczyk. I dalej opisuje: "Bastylię otoczył więc dobrze opłacony tłum, przejęty ideami zaczerpniętymi z pamfletów rozprowadzonych w Palais Royal (siedzibie Orleańczyka, który na złość swojemu królewskiemu kuzynowi dozwalał, a nawet zachęcał do kolportowania w obrębie swojej posiadłości literatury na wszelkie możliwe sposoby szkalującej króla jako 'despotę' i 'absolutystę'). Twierdza była słabo broniona. Zresztą w stolicy król w ogóle utrzymywał niewiele wojska. Załoga Bastylii w zdecydowanej większości składała się z inwalidów i weteranów, którymi dowodził de Launay. Opór ograniczył się do oddania jednej salwy, która raniła kilka osób z tłumu. Zaraz po tym de Launay zgodził się na kapitulację Bastylii, pod warunkiem, że jego ludzie będą mogli bez szwanku opuścić twierdzę. Warunek ten został zaakceptowany. Jednak gdy tylko załoga wraz ze swoim dowódcą znalazła się poza murami Bastylii, tłum rzucił się na nich. Szczególnie okrutnie znęcano się nad de Launayem. Kłuto go pikami, a gdy zaczął błagać oprawców o dobicie go, oddano go w ręce Feliksa Denota, czeladnika rzeźnickiego. Ten zaś stwierdził, że de Launay jest zbyt ranny, aby przywiązać go do ogona konia i włóczyć po ulicach Paryża. Zdecydował się więc na inny sposób mordu - odcięcie głowy. Próbował najpierw szablą. Nie był jednak wprawnym katem. Parę cięć szablą nie wystarczyło, aby dobić komendanta Bastylii. Denot zdecydował się więc na wypróbowanie na nieszczęsnym de Launayu swoich umiejętności zawodowych. Przytępym rzeźnickim nożem odciął głowę swojej ofierze (wszystko, rzecz jasna, na oczach pogrążonego w amoku okrucieństwa tłumu). Tę makabryczną 'zdobycz' obnosili paryscy sankiuloci przez cały dzień 14 lipca 1789 roku po ulicach stolicy Francji. Po drodze powieszono na ulicznych latarniach paru księży i arystokratów, którzy nie wyrażali swojego entuzjazmu dla obnoszonej na pikach 'ludowej sprawiedliwości'. Tak wyglądał dzień, którego rocznica jest do dzisiaj świętem narodowym Francji. Ale czy tak naprawdę jest co upamiętniać? Kogóż to uwolniono z Bastylii 14 lipca 1789 roku? Kto stał się beneficjantem 'wolnościowego zrywu' francuskiego ludu? Setki, tysiące wycieńczonych i niewinnie więzionych przeciwników królewskiego absolutyzmu? W tamtym dniu uwolniono z Bastylii siedem osób. Czterech fałszerzy, dwóch obłąkanych i jednego utracjusza, zamkniętego tam na prośbę rodziny".
Nowy człowiek - nowe społeczeństwo
W dniu 29 sierpnia 1789 roku rewolucyjna Konstytuanta uchwaliła Deklarację Praw Człowieka i Obywatela - dokument pełen wzniosłych słów o równości wszystkich ludzi i prawie wszystkich do wolności. Czy można zatem podnieść jakikolwiek zarzut, skoro Deklaracja zawierała tak istotne zapisy? Z całą pewnością - tak. Istotą tego dokumentu było nie to, o czym wspominał, ale to, co przemilczał - a bynajmniej nie były to sprawy błahe i drugorzędne. Deklaracja nie wspominała nic o Bogu! Człowiek w świetle zapisów w niej zawartych nie ma Stwórcy, a w konsekwencji jest w mocy sam dla siebie stanowić dowolne przynależne mu prawa. Nie było również mowy o jakichkolwiek obowiązkach - przecież człowiek żyjący w społeczeństwie nie może jedynie z tej struktury brać, ale nade wszystko powinien coś w nią wnosić.
Nowy, modelowany przez rewolucję człowiek musiał zacząć funkcjonować w nowym czasie. W tym celu w 1792 roku francuscy rewolucjoniści wprowadzili w życie nowy, tzw. republikański kalendarz. Początkiem nowej epoki miała zostać data proklamacji republikańskich zasad ustrojowych państwa - 22 września 1792 roku. Co było najważniejszą innowacją w tym kalendarzu? Zniesiono niedzielę - dzień święty, i wszystkie inne święta chrześcijańskie! Przestał istnieć umotywowany biblijnie tydzień złożony z siedmiu dni. Na miejsce podziału tygodniowego wprowadzono 10-dniowe dekady. Wprowadzenie nowego kalendarza miało mieć podłoże ściśle edukacyjne.
W ślad za zmianą kalendarza poszły zmiany nazw miejscowości mających związek z francuskim dziedzictwem chrześcijańskim. Również i na tym polu otwarcie przyznawano, iż posunięcie to ma konotacje dechrystianizacyjne - ponieważ zbyt wiele nazw miejscowości "pochodzi od imienia jakiegoś świętego, a chociaż św. Jan mógł być dobrym świętym, imiona Brutusa czy Scevoli o wiele milej brzmią dla republikańskiego ucha, aniżeli imię jakiegoś pustelnika" - głosił jeden z gorliwych rewolucjonistów.
Kościół największym wrogiem
W niedługim czasie po uchwaleniu Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela - gwarantującej równość wobec prawa, poszanowanie własności i swobód obywatelskich - jej twórcy uchwalili przepisy, które czyniły Deklarację tylko jednym wielkim pustosłowiem, zbiorem frazesów i "pobożnych" życzeń nijak nieprzystających do rewolucyjnej rzeczywistości. Nowe przepisy miały być niezawodną podstawą do "ostatecznego rozwiązania" kwestii Kościoła katolickiego w nowej rzeczywistości.