konii
02.02.04, 02:07
Dawno tu już nie zaglądełem, może było mi troszkę lepiej, ale moja depresja
nie odpuszcza i w dodatku pojawił się nowy "problem".
od dawna nie potrafiłem nawiązywać kontaktów z ludzi, zawsze coś we mnie
siedziało takiego że nie potrafiłem pogadać z kimś przez więcej niż 5 minut
kiedy to kończyły się "uniwersalne tematy", wtedy albo próbowałem coś
wymyśleć na siłe albo stawałem się arogancki i dystansowałem się... to nie
wszytsko... w dodatku pisanie w czasie przeszłym też nie jest odpowiednie,
ponieważ ciągle tak mam.
kilka dni temu miałem pare ataków paniki, czułem jakby za chwile miało
rozsadzić mi głowe, jak zamknołem oczy widziałem szybkie biało-czarne
migotanie, od czasu do czasu zdardzy mi sie tak rozczulić nad sobą że mało
co nie płacze ... wydaje mi sie wtedy że sobie z niczym nie poradze,
wszytsko mnie przeraża, doszukuje sie w sobie jakiejś choroby psychicznej
(ostatnio schizofrenia), ale chyba mam powody: wiem że chorzy na nią są
wewnętrznie rozdarci-tak jak ja niekiedy, w stosunku do każdej rzeczy mam
skrajne uczucia, np. raz wydaje mi się że opinia kolegi z klasy to
najważniejsza rzecz na świecie (w dodatku podświadomie wiem że uważa mnie za
kogoś gorszego), potem znowu myśle że właściwie co to mnie obchodzi. nie
mogę znaleść równowagi, widzę że najgorzej jest rano, jak wstaje z łóżka (o
ile wstane) to mam podły nastrój, wszytsko jest na nie... za to wieczorem
czuje się doskonale... w porównaniu do rana.
Do tego dochodzi jeszcze jedna rzecz, czuje sie jakby mi ktoś zabrał połowe
inteligencji, mam zaniki pamieci (nie potrafie sobie przypomnieć co
powiedziałem 5 sekund temu), przeczytałem cały rozdział w ksiązce i nic nie
pamiętam, heh czasami nie wiem jaki miał tytuł ten rozdział a nawet sama
ksiązka.
ostatnio, chyba przez to zawaliłem start w bardzo dla mnie ważnym konkursie,
uczyłem się więcej niż rok temu a otrzymałem mniej punktów, kolejny powód do
dołowania się.
więcej wam nie napisze bo nie pamiętam :-)
ale opowiem wam o moim głównym "problemie", poznałem dziewczynę... na
początku standardowe podejście "odwal się" "kolejna idiotka", sama mi to
pózniej powiedziała że czuła jak bym jej robił łaskę że się do niej odzywam.
ale ma niesamowity charakter, po prostu nie można jej nielubić. przez
nastepne kilka dni (nawiase mówiąć wszytsko działo się bardzo szybko)
dołączyła do koleżanek które mnie odwiedzały, chociaż nie wiem po co skoro
wiele razy dawałem im do zrozumienia że conajmniej nie ciesze sie na ich
widok :)
punktem zwrotnym był dzień w którym weszła mi na ambicje, powiedziała mi
kilka przykrych (grzecznie, czego ja nie umiem) słów, jaki to ja jestem
samolub, poprosiła mnie abym pomógł jej z chemi, za kilka godzin zaskoczona
że przyszedłem otworzyła mi drzwi, wytłumaczyłem jej kilka zadań a potem
zaczeliśmy rozmawiać (tzn. ona mówiła bo straszna z niej gaduła:) a myślałem
tylko o tym żeby ją pocałować, byłem w szoku. zaczołem ją odwiedzać, pomagac
w nauce. nie wiem czemu ale opowiedziałem jej o wszytskich moich problemach,
bólach, rozterkach... bardzo mi to pomogło. bardzo się wahałem ale
zaprosiłem ją na studniówke, ciągle myślałem nad tym co pomyślą inni... nie
żałuje, urzekło mnie to jak mi bardzo pomagała, poczułem że wreszcie ktoś o
mnie dba i myśli.
od studniówki jesteśmy razem, ale mam wątpliwości czy nie pomyliłem uczuć,
czuje że ona bardzo się we mnie zakochuje, a ja stopuje ją bo nie wiem co
sam czuje. raz wydaje mi się że bardzo mi na niej zależy, ale kiedy jestem
silniejszy psychicznie to widzę to bardziej jako przyjażń niż ... co innego.
dodam tylko że ona jak nikt inny potrafi mnie ponieść na duchu, wogule i w
szczegule jest super tylko nie ma tej iskry miedzy nami, kiedyś pomyślałem
że chciałbym sie w niej zakochać bez reszty bo jest idealną kandydatką. zna
wszytskie moje problemy ale chyba do końca ich nie rozumie, potrafi
dokładnie odczytać moje najskrytsze myśli ale błednie je interpretuje i
bardzo przez to cierpi, kiedyś powiedziałem jej włąsnie coś takiego i
płakała pół nocy, próbowałem jej to przetłumaczyć, serce mi się krajało :(
jak słyszałem smutek w jej głosie.
wybaczyła mi, ale ja nie chce jej krzywdzić a wiem że im dłużej z nią jestem
tym bardziej sie do mnie przywiązuje, sam już nie wiem co mam myśleć,
powiedziała mi że z nią zrywa się tylko raz, co jeśli sie rozstaniemy na
moje życzenia a okaże się że to była ta jedna????
czy zadużyłem sie w jej czy w jej dobroci???
prosze was o porade bo nie mam się do kogo zwrucić, ta huśtawka dotyczy
(oprócz nastroju) także myślenia o niej, czy depresyjni potrafią kochać???
pozdrawiam