Dodaj do ulubionych

czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to...

10.06.10, 22:56
Taka sie czuje pomieszana jakas, nie wiem, kim jestem i co ja robie i o co w
ogole chodzi ze mna i z zyciem i z innymi ludzmi. Mam wrazenie, jakby inni
ludzie wiedzieli wiecej o zyciu niz ja, jakby wiedzieli lepiej, jak
postepowac, a ja niepewna i niewiedzaca, jakos tak na slepo zyje, nie wiem, co
robie i po co. Nawet nie wiem, jak to wytlumaczyc, i czy w ogole ktos cos
zrozumie z tego, co ja tu pisze.
Moze to od lekow? Jakies zacmienie umyslu takie...
Obserwuj wątek
    • mskaiq Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 11.06.10, 10:50
      Mysle ze masz watpliwosci na czym polega zycie, jaka powinnas byc z
      innymi ludzmi i jaka powinnas byc dla siebie.
      Czesto spotykam sie z ludzmi ktorzy zdaja sie wiedziec jak dzialac,
      czego chca od zycia, czego sie trzymac i wszystko jakos sie im
      udaje.
      To zwykle zmienia sie kiedy czlowiek zaczyna natrafiac na problemy
      ktorych nie potrafi rozwiazac, kiedy filozofia zycia ktora zdawala
      sie pracowac przestaje dzialac.
      Aby moc sobie z tym poradzic czlowiek musi odpowiedziedziec sobie na
      pytanie kim jest, o co mu chodzi, co przynosi mu radosc, co go
      niepokoi. Trzeba rowniez zrozumiec na jakim etpie rozwoju sie jest,
      kto moze mu pomoc.
      Mysle ze zawsze warto pojsc do psychoterapeuty aby dowiedziec sie
      troche wiecej o sobie i lepiej rozumiec siebie.
      Serdeczne pozdrowienia.
    • martini-7 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 11.06.10, 12:22
      myślę że w jakiś sposób Cię rozumiem, też mi się tak zdarzało, zastanawiałam się
      wtedy kto kogo nie rozumie ja świata czy świat mnie, pewnie niezrozumienie było
      obustronne :) teraz żyję sobie i ważniejsze jest dla mnie żeby je przeżyć
      szczęśliwie, myślenie że inni wiedzą więcej i są fajniejsi i takie tam inne
      tylko o depresję i ból głowy przyprawia :)
      pozdrawiam


      Bądźcie szalonymi ale zachowujcie się jak normalni ludzie. Podejmijcie ryzyko
      bycia odmiennymi, ale nauczcie się to robić, nie zwracając na siebie uwagi.
    • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 11.06.10, 21:53
      wyjdeztego napisała:

      > Taka sie czuje pomieszana jakas, nie wiem, kim jestem i co ja robie i o co w
      > ogole chodzi ze mna i z zyciem i z innymi ludzmi.

      To ja.
      W całej okazałości.
      W dodatku jeszcze kilka lat temu byłam pewna, że nikt inny na świecie(!) nie ma
      tak samo. Po trafieniu na depresyjne forumy i do psychiatryków przyszło
      skorygować to przekonanie ;)

      > Mam wrazenie, jakby inni
      > ludzie wiedzieli wiecej o zyciu niz ja

      Tego to nie mam raczej. Ci inni - tak zwane normalsy(=zdrowi) - to jakieś
      kukiełki, które wpadły bezmyślnie w wir rutynowego funkcjonowania i nawet się
      nie zastanawiają nad sobą i nad tym, co robią, bo działają jak automaty zgodnie
      z zaprogramowaniem, a jakby nagle ich zatrzymać, jakby się zastanowili, to sami
      nie wiedzieliby właściwie, co robią i po co żyją. I w wielu przypadkach tak
      właśnie jest, choć zarazem wiem, że to generalizacja. A gdy zdarza się, że
      znajdzie się obok mnie taki Rodzynek, który w moim odczuciu "wie lepiej jak żyć"
      to lecę jak mucha na lep, mocno się przyklejam i odkleić nie chcę :/

      > jakos tak na slepo zyje, nie wiem, co
      > robie i po co.

      Miałam to.
      To jest do przerobienia. Jestem coraz bardziej świadoma tego, dlaczego coś robię
      i po co. Dzięki (psycho)analizie. Prawdopodobnie bardzo mało siebie znasz: swoje
      prawdziwe motywacje, oczekiwania, zachowania, cele... i o to chodzi z tym ślepym
      życiem. "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim
      życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem."(Jung)

      > Moze to od lekow? Jakies zacmienie umyslu takie...

      Hmmm. Mnie wydaje mi się, że takie problemy to raczej głębsza sprawa niż skutki
      uboczne leków. Ale zawsze lepiej jak wyjaśnisz to z lekarzem(dobrym). I raczej
      nie o umysł chodzi. W moim wypadku jest to dramatyczny kryzys tożsamości:
      ogromne problemy osobowościowe, emocjonalne, społeczne. Trudności z określeniem
      samej siebie w różnych sferach - zawodowej, popędowej, cielesnej, seksualnej,
      religijnej, egzystencjalnej, społecznej itd. Nie odnajduję siebie samej. Stąd to
      "nie wiem, kim jestem" i "po co"(żyję) i "o co chodzi z życiem". Być może u
      Ciebie może chodzić o to samo...
      • poinsecja09 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 12.06.10, 20:04
        rowniez cierpie na takie cos.
        Z tym ze nawet nie wiem czy ja "jestem" czy mnie nie ma.
        • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 09:17
          poinsecja09 napisała:

          > Z tym ze nawet nie wiem czy ja "jestem" czy mnie nie ma.

          A kto wyraża tę wątpliwość? :)
          Kto mówi "nie wiem"?

          Stany prawie nieistnienia też przeżywam (jaki paradoks!! :D). Miewam nawet
          lekkie dekompensacje psychotyczne, wtedy chwilowo tracę poczucie "ja",
          świadomość siebie... Ale to mija. Jeszcze zanim zachorowałam często czułam się
          niewidzialna (emocjonalnie, osobowościowo) dla innych osób. A potem jeszcze
          doszła pustka emocjonalna, stałam się tylko myśleniem, patrzeniem, intelektem,
          obserwowaniem, rozumieniem... uczucia gdzieś wymarły, poza tym nie czuję siebie
          samej (kim jestem) i wtedy faktycznie można nie mieć poczucia, że się żyje, że
          się jest, bo człowiek to nie tylko myślenie...
    • canoine Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 10:18
      No ja tak trochę mam, jakby podobnie. I trochę podobnie mi brzmi to, co pisze
      Annarchia. Na swój sposób więc pewnie rozumiem. Tylko nie wiem co miałoby z tego
      wynikać.
      • poinsecja09 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 11:14
        wynika to ze jestesmy chore, ale na co?
        u mnie to identycznie jak u Annarchii z tym ze ona potrafi to opisac, a ja nie:)

        • canoine Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 11:38
          Jakoś nie czuję się specjalnie chora. Zagubiona czasem nieco, słabo
          przystosowana społecznie, niezdecydowana, nieokreślona, zalękniona czasem- to i
          owszem. Ale jakoś nie chora. No i może dlatego szkoda mi czasu dociekać jakie to
          F powinnam sobie przykleić na czoło, ale wolę jednak tę energię wtłoczyć w
          szukanie dla siebie rozwiązań. Co mi zresztą też pokrętnie idzie.
        • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 19:29
          poinsecja09 napisała:

          > wynika to ze jestesmy chore, ale na co?

          Ja mam stwierdzone zaburzenia osobowości z borderline na czele.
          Biorę leki, jestem w terapii. Cierpię bardzo.

          > u mnie to identycznie jak u Annarchii z tym ze ona potrafi to opisac, a ja nie:
          > )
          >

          Bo ja już od 2 lat pracuję nad zrozumieniem tego gówna, tego, co się ze mną
          dzieje. Czytałam sporo. Analizuję siebie. I właściwie rozumiem już bardzo dużo:
          dlaczego tak mam, skąd to się "wzięło", jak to się wiąże z moimi wczesnymi
          relacjami z rodzicami, dlaczego akurat w tym a nie innym wieku zachorowałam i
          dlaczego nadal mnie objawy nie opuszczają (a tych objawów jest od cholery), jaki
          mają powód, cel i sens te objawy. Na razie jest to głównie intelektualne
          zrozumienie, a taka terapia raczej nie ma sensu :(
          • poinsecja09 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 13.06.10, 22:04
            Na razie jest to głównie intelektualne
            > zrozumienie, a taka terapia raczej nie ma sensu :(

            dlaczego?
            ja dopiero zaczełam terapie, trzecie podejscie. zobaczmy jak bedzie, u mnie
            powod tego chyba jest taki ze maialm zle relacje(badz ich nie mialam) z matka.
            od zawsze zreszta bylo zle.

            nie placze wcale ,jestem wyłaczona poza tym swiatem,,
            zobaczymy jak zadziala na mnie ta smieszna terapia.
            co do lekow- potrzebuje antydepresyjnych bo mam silna depre i juz po malu
            zaczynaja pojawiac sie mysli sam.
            bralam juz leki anty ale zle sie po nich czułam, odstawilam, myslalam ze sie
            zabije.

            ...moj bełkot;)
            • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 10:54
              poinsecja09 napisała:

              > Na razie jest to głównie intelektualne
              > > zrozumienie, a taka terapia raczej nie ma sensu :(
              >
              > dlaczego?

              Ponieważ na terapię idzie się ze złym samopoCZUCIEM, z bolesnym
              odczuwaniem siebie, relacji z ludźmi, świata. Lęki, depresja,
              autoagresja, "pustka", ból istnienia, oderwanie to jest sfera
              emocjonalna (i osobowościowa). Potrzebna jest zmiana w przeżywaniu
              siebie i świata, a nie tylko w rozumieniu. Jasne, nie da się tego
              zmieniać bez intelektu, myślenia, autorefleksji, ale samo
              przegadanie swojej przeszłości i rozumowe wnioski dadzą tylko
              intelektualne zrozumienie tego, "skąd ja to mam", bez zmiany w
              samopoczuciu. Lepiej rozumiem moje piekło, ale... dalej się
              piekielnie czuję. Rozumowe analizy mają swój sens wtedy, gdy
              poruszane na sesjach tematy budzą silne emocje, gdy ma się dostęp do
              uczuć. Nie zmieni się samopoczucia, gdy pracuje głównie intelekt, a
              człowiek jest od emocji oderwany. To będzie tylko gadanie,
              opowiadanie, rozumienie, analizy i kojarzenie. Obecnie ja ROZUMIEM
              logikę mojej choroby, WIEM, dlaczego mam takie zaburzenie, WIEM,
              czemu służą moje objawy i skąd się biorą, DOSTRZEGAM związek mojego
              dzisiejszego bólu z relacją z matką, ojcem, ale nadal CZUJĘ SIĘ
              fatalnie...

              > zobaczymy jak zadziala na mnie ta smieszna terapia.

              Dlaczego śmieszna?
          • mskaiq Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 14.06.10, 04:06
            W borderline pojawia sie przekonanie ze swiat mozna zmienic w sposob
            magiczny, tylko myslac o czyms albo pragnac.
            Idac ta droga mozna wiedziec o borderline wszystko, co zostalo na
            ten temat napisane, przeanalizowac relacje z rodzicami, dlaczego w
            tym a nie innym wieku sie zachorowalo, dlaczego objawy nie
            opuszczaja ale to nie zmienia niczego.
            Osoba z borderline utosamia sie swoimi emocjami, ktore moga zmieniac
            sie z godziny na godzine czy nawet z minuty na minute tworzac chaos.
            To co sie chcialo 5 minut temu jest juz nie chciane, co sie kochalo
            wczoraj juz sie nie kocha.
            Aby poradzic sobie z emocjami trzeba utozsamic sie z umyslem ktory
            bedzie kontrolowal emocje i kiedy trzeba ignorowal je.
            Wszystkie decyzje ktore chce sie podjac musza byc podejmowane za
            sprawa umyslu a nie emocji.
            To oznacza ciezka prace nad soba, bo emocje nie poddaja sie latwo,
            czesto sa silniejsze od nas ale mozna wygrac.
            Serdeczne pozdrowienia.
            • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 11:17
              mskaiq napisał:

              > Wszystkie decyzje ktore chce sie podjac musza byc podejmowane za
              > sprawa umyslu a nie emocji.

              Tak, wszystkie Mask, z zwłaszcza w wyborze partnera życiowego i
              przyjaciół. Pomijając jakąś tam miłość, sympatię, antypatię, emocje,
              jakie we mnie budzą - to jest nieważne. Sucha umysłowa kalkulacja:
              ten facet dużo zarabia, więc będzie mi się z nim żyło dostatnie
              (mniejsza z tym, że mnie często nudzi - to znudzenie to "tylko
              uczucie"), tamten jest czuły, więc będę często głaskana (mniejsza z
              tym, że, przerażają mnie jego poglądy - to "tylko lęk"), a ta laska
              nadaje się na przyjaciółkę, bo ma basen w domu, więc czasem
              skorzystam (mniejsza z tym, że mnie często wku*wia - "to tylko
              złość"). Niech żyje wyrachowanie!
              • mskaiq Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 13:02
                Milosc nie jest emocja ktora sie zmienia z dnia na dzien. Sympatia
                nie moze trwac tak dlugo az pojawi sie uczucie antypatii.
                Jesli kocha sie jakas osobe to trzeba umiec bronic milosci, nie
                mozna dopuszczac do tego aby zlosc na ta osobe, jakis jej blad
                pozbawialy milosci.
                Milosc musi zawierac wybaczenie, bo inaczej kazda niedoskonalosc,
                kazdy blad jej pozbawia.
                Milosci moze bronic tylko umysl ktory rozumie jak dzialaja emocje,
                ile krzywdy przynosza obu stronom.
                Swerdeczne pozdrowienia.
                • annarchia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 13:10
                  mskaiq napisał:

                  > Milosc nie jest emocja ktora sie zmienia z dnia na dzien.

                  Sam sobie zaprzeczasz. Twoje słowa z wcześniejszego postu:

                  > To co sie chcialo 5 minut temu jest juz nie chciane, co sie
                  > kochalo wczoraj juz sie nie kocha.

                  Chyba program Ci nawala ;)
                  • mskaiq Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 15:55
                    Nie zaprzeczam sobie. Jesli emocje identyfikowane sa z miloscia to
                    milosc trwa tak dlugo jak emocje. Wystarczy ze zobaczy sie
                    przystojniejszego faceta, czy piekniejsza kobiete aby zniknal
                    zachwyt partnerem. Kiedy znika zachwyt to znikaja rowniz emocje
                    ktore identyfikowane byly z miloscia i partner przestaje byc
                    interesujacy i ciekawy.
                    Milosc to cos zupelnie innego. To swiatlo duszy, ono sie nigdy nie
                    zmienia. Zwykle czlowiek rzadko doswiadcza takiej milosci bo
                    zagluszana jest przez emocje i umysl.
                    Nie mniej taka milosc potrafi sie pojawic w zwiazku dwojga ludzi.
                    Kiedy tak sie dzieje jest ona niezwyklym przezyciem i laczy ludzi
                    bardzo niezwykla i nierozerwalna wiezia.
                    Serdeczne pozdrowienia.



                    • narfi Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 16:33
                      Widze ,Mask,ze masz wielka wiedze teoretyczna na temat
                      tzw.relationships,a teraz opowiedz nam jak to sie przeklada na Twoje
                      wlasne zycie.
                      Po kiego ch....a siedzisz tu na forum 24/24 ,zamiast korzystac ze
                      swojej wiedzy w prawdziwym relationship ?
                      • mskaiq Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 16.06.10, 11:12
                        Nie siedze na forum 24/24. Pracuje tak mniej wiecej 50 godzin
                        tygodniowo, studiuje, a takze utrzymuje wiele kontaktow.
                        Nie mniej kazda wolna chwile jestem na forum, ale czasowo to chyba
                        nie wiecej niz godzine dziennie.
                        Serdeczne pozdrowienia.
              • lucyna_n Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 13:43
                o widzisz, wreszcie zaczynasz kapować o co w tym życiu chodzi.
                No, teraz już z górki:)
                • poinsecja09 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 15.06.10, 19:35
                  >Jasne, nie da się tego
                  zmieniać bez intelektu, myślenia, autorefleksji, ale samo
                  przegadanie swojej przeszłości i rozumowe wnioski dadzą tylko
                  intelektualne zrozumienie tego, "skąd ja to mam", bez zmiany w
                  samopoczuciu. Lepiej rozumiem moje piekło, ale... dalej się
                  piekielnie czuję. Rozumowe analizy mają swój sens wtedy, gdy
                  poruszane na sesjach tematy budzą silne emocje, gdy ma się dostęp do
                  uczuć. Nie zmieni się samopoczucia, gdy pracuje głównie intelekt, a
                  człowiek jest od emocji oderwany. To będzie tylko gadanie,
                  opowiadanie, rozumienie, analizy i kojarzenie. Obecnie ja ROZUMIEM
                  logikę mojej choroby, WIEM, dlaczego mam takie zaburzenie, WIEM,
                  czemu służą moje objawy i skąd się biorą, DOSTRZEGAM związek mojego
                  dzisiejszego bólu z relacją z matką, ojcem, ale nadal CZUJĘ SIĘ
                  fatalnie...

                  > zobaczymy jak zadziala na mnie ta smieszna terapia.

                  Dlaczego śmieszna?
                  śmieszna dlatego ze co dwa tygodnie, ponoc ma sie to zmienic..
                  bo siedze tam i tylko gadam jakie tez zycie bylo dla mnie okrutne, bez wylania
                  ani jednej łzy, nawet tego nie czuje co mowie. bo gdyby tak bylo to ryczalałabym
                  jak oszalała.

                  zrozumialam, że że jeszcze raz mam przejść przez "swoje zycie poprzez terapie i
                  przezyc "to wszystko" co było od nowa..?
                  • annarchia o co chodzi... 15.06.10, 21:49
                    poinsecja09 napisała:

                    > zrozumialam, że że jeszcze raz mam przejść przez "swoje zycie
                    poprzez terapie
                    > i
                    > przezyc "to wszystko" co było od nowa..?

                    To raczej jest dużo bardziej skomplikowane... Samo przepłakanie
                    przeszłości da tylko chwilową ulgę, spadek napięcia, katharsis. IDąc
                    tą drogą próbowałam opłakiwać różne sytuacje z przeszłości, relację
                    z mamą, napięcie na chwile opadało, ale nic nie zmieniało w
                    generalnym samopoczuciu. Nadal zdołowana, czująca bezsens istnienia,
                    tyle, że bardziej przeżywająca (i to w samotności, na sesjach full
                    blokada...). Ten dostęp do przeżywania to jest jakiś krok, ale
                    niewystrczający.

                    Chodzi o to, by zmienić to, co to "nasze życie" i "to wszystko"
                    ukształtowało. Czyli np. w moim przypadku: byłam na różne sposoby
                    karana za złość przez mamę, nie tylko za agresywne zachowania ale za
                    samo odczuwanie złości. Ona nie dawała mi przyzwolenia do odczuwania
                    i wyrażania tej emocji (i do odczuwania emocji w ogóle - tylko
                    radość była dozwolona). Przypomniałam sobie taką postawę mojej matki
                    z dzieciństwa i konkretne sytuacje, ale na sesjach to właśnie jest
                    głównie gadanie, nie potrafię nabrać kontaktu z tamtymi uczuciami...
                    No i tego brakuje. Ale to i tak jeszcze nie byłby koniec. Chodzi o
                    to, że przez m.in. takie zachowania matki (psychiczna/moralna/czasem
                    fizyczna kara i emocjonalne odrzucenie w reakcji na moją złość) tu i
                    teraz ja sobie samej tak robię! Jest we mnie teraz utrwalony taki
                    schemat, że gdy ktoś mnie zrani, odrzuci, zdenerwuje, to odczuwam
                    złość i nienawiść głównie do siebie samej (bo panicznie boje się
                    reackji drugiej osoby na moją złość, np. że mnie odrzuci) i
                    automatycznie dowalam samej sobie na różne sposoby: psychicznie -
                    ubliżam sobie samej i poniżam się w myślach, fizycznie - uderzenia,
                    okaleczanie. Więc tu i teraz bezpośrednio przez taki schemat, a
                    właściwie przez całą masę takich chorych schematów czuję się tak
                    fatalnie i właśnie to trzeba by zmieniać, aby poprawiać swoje
                    samopoczucie. Jak to prosto brzmi...

                    Problem polega na tym, że w moim przypadku te schematy są wyjątkowo
                    oporne na zmianę :( Nie skutkuje jak na razie ani racjonalizacja
                    ("To nieadekwatne czuć złość na siebie, gdyż tak naprawdę powinnam
                    na drugą osobę") ani intelektualne zrozumienie ("Wolę czuć złość na
                    siebie, bo tak jest bezpieczniej, bo boję się, że przez moja złość
                    on/ona może mnie odrzucić"), ani zmiana zachowania ("Skoro wkurzył
                    mnie de facto terapeuta to postaram się nie odreagować złości na
                    sobie, wytrzymać impuls i wyrazić złość na niego na sesji"). O ile
                    pozwstrzymanie się od autoagresywnego zachowania jest dla mnie
                    osiągalne (choć frustrujące), to nie potrafię nie odczuwać tej
                    złości i niechęci do siebie... Boję się, że to wszystko jest za
                    mocno zakorzenione we mnie i oporne na zmianę :( Poza tym - skoro
                    przestanę do siebie czuć złość i niechęć to co poczuję w zamian? Coś
                    poczuję? NIC? Pustkę? Bo na wielką miłość do siebie czy luksus
                    samoakceptacji na razie się nie zanosi...

                    Także ta terapia to jest bardzo skomplikowana sprawa.
                    A zmiana siebie jeszcze bardziej.
                    Przerąbane.
                    • poinsecja09 Re: o co chodzi... 15.06.10, 22:17
                      Poza tym - skoro
                      > przestanę do siebie czuć złość i niechęć to co poczuję w zamian? Coś
                      > poczuję? NIC? Pustkę?

                      nie. poczujesz sie wtedy wolna ... od MATKI.
                      • annarchia Re: o co chodzi... 16.06.10, 11:05
                        poinsecja09 napisała:

                        > Poza tym - skoro
                        > > przestanę do siebie czuć złość i niechęć to co poczuję w zamian?
                        Coś
                        > > poczuję? NIC? Pustkę?
                        >
                        > nie. poczujesz sie wtedy wolna ... od MATKI.

                        Celna uwaga! :)
                        Ale to dotyczy raczej samej końcówki terapii.
                        Na razie tak właśnie jest: jak nie czuję do siebie złości lub
                        niechęci to "czuję do siebie NIC", jakby mnie nie było, jakbym nie
                        istniała, zobojętnienie (na swoje potrzeby, życie), pustka.

                        Tak, jak było w relacjach z matką - odczuwałam z jej strony głównie
                        złość, wstręt, nienawiść, niezadowolenie i niechęć i to nas
                        łączyło... Jak się nie złościła na mnie albo ja na nią to było
                        między nami wielkie NIC. Obojętnośc z jej strony na moje emocjonalne
                        potrzeby, na moje szczęście, moje relacje z ludźmi... Teraz czuję tę
                        obojętność (jak nie złość) względem siebie i za cholerę nie potrafię
                        poczuć inaczej.
                        • poinsecja09 Re: o co chodzi... 16.06.10, 21:03
                          Kiedy tak czytam to co piszesz to mam wrażenie, że Ty to Ja.
                          Z tym, że ja z matka jestem na takim etapie, ze nie wrzeszczymy juz na siebie,
                          nie zlościmy, wkoncu minelo juz 24 lata takiego zycia, i zwyczajnie sie
                          wypaliłysmy.

                          ciekawe co teraz będzie.
                          • annarchia Re: o co chodzi... 16.06.10, 22:51
                            poinsecja09 napisała:

                            > Z tym, że ja z matka jestem na takim etapie, ze nie wrzeszczymy
                            juz na siebie
                            > nie zlościmy, wkoncu minelo juz 24 lata takiego zycia, i
                            zwyczajnie sie
                            > wypaliłysmy.

                            Starsza jestem. Czas płynie, a ja się trzymam tego domu jak tonący
                            brzytwy, bo nie umiem inaczej, a tracę okruchy młodości... Po długim
                            okresie wojen na śmierć i życie, u nas obecnie atmosfera jak na
                            stypie. Taka końcówka stypy, gdzie muzyka już ledwo co pobrzękuje, u
                            gości pojawiają się pierwsze objawy kaca, bóle głowy, straszne
                            mdłości, a ci, co jeszcze są na lekkim rauszu, próbują trochę
                            pokrzykiwać, pozrzędzić, poawanturować się, ale generalnie to już
                            wyczerpani są, mają dość takiego towarzystwa i tej imprezy. Ale
                            jeszcze nie szykują się do wyjścia, bo coś by się jeszcze zjadło,
                            aby na głodniaka nie wyłazić z tego smętnego lokalu. Poza tym deszcz
                            siąpi i zimno na dworze, nieciekawa perspektywa.

                            > ciekawe co teraz będzie.

                            Ja to myślę, że jakiś pogrzeb.
                            Mnie(samobójstwo)? Mnie(zaburzonej)? Matki(tej z mojej głowy)?
                            Naszej relacji? Iluzji, że ona mnie jeszcze pokocha, jaką jestem?

                            Jak Ty to u siebie widzisz?
                            • poinsecja09 Re: o co chodzi... 17.06.10, 22:11
                              >bo nie umiem inaczej
                              co to znaczy ze nie umiesz inaczej? liczysz na miłość matki? y ;/



                              nie wkurzaj mnie z tym pogrzebem, pewnie nieraz pobudzałas wyobrażnie, i
                              myslalas jak sie zabic, ale po to chodzisz na terapie, zeby sie pozbierac! I
                              zaczac pomału układac sobie zycie.

                              co Twoj terapeuta na to, ze sie zabijesz hm, wie o tym wogole?

                              > Jak Ty to u siebie widzisz?
                              nie widze tego u siebie.

                              o samobojstwie nie mysle, bynajmniej na czas obecny. Moglabym napisac troche
                              wiecej na ten temat ,ale nie chce publicznie na forum;).

                              Mam pytanie, kto zdiagnozował u Ciebie boderline?
                              • annarchia Re: o co chodzi... 18.06.10, 10:17
                                poinsecja09 napisała:

                                > >bo nie umiem inaczej
                                > co to znaczy ze nie umiesz inaczej? liczysz na miłość matki? y ;/

                                Nie umiem na razie inaczej - w tym sensie, że kompletnie nie
                                odnajduję się (emocjonalnie, tożsamościowo) w życiu "poza domem". A
                                próbowałam: 9 lat samodzielnego mieszkania, studia, prace, związki,
                                zajęcia, znajomi. We wszystkich tych sferach ogromne problemy,
                                frustracje. W końcu psychika nie wytrzymała i zaczeło się piekło,
                                prochy, szpitale... Nie dojrzałam emocjonalnie do całego mnóstwa
                                rzeczy i nie potrafię siebie określić (kim jestem, co chcę robić,
                                jakie mam cele, wartości, itd.) i nie mam żadnego oparcia emocj. w
                                siebie samej... plus ta niestabilność :(


                                > nie wkurzaj mnie z tym pogrzebem

                                To było głównie symbolicznie ;)
                                Oprócz pierwszej opcji, która jest jakąś ewentualnością, ale ciągle
                                liczę na te pozostałe.


                                > co Twoj terapeuta na to, ze sie zabijesz hm, wie o tym wogole?

                                Jasne, że wie o tym, że mam chroniczne myśli s., kryzysy, czasem
                                plany. Rozmawiamy o tym. Poza tym wiedział, czyjej terapii się
                                podejmuje. Ja nie mam obecnie zaplanowanego s. Ale myśli o tym
                                przychodzą codziennie, z różnym nasileniem, gdy trudno mi wytrzymać
                                z objawami albo gdy tracę nadzieję na poprawę.

                                > > Jak Ty to u siebie widzisz?
                                > nie widze tego u siebie.

                                Chodziło mi o: jak Ty u siebie widzisz swje przyszłe relację z mamą?


                                > Mam pytanie, kto zdiagnozował u Ciebie boderline?

                                Lekarze, terapeuci.
                                Wielu...
                                A czemu pytasz?
                                • poinsecja09 Re: o co chodzi... 18.06.10, 16:41
                                  > Chodziło mi o: jak Ty u siebie widzisz swje przyszłe relację z mamą?

                                  moja reakcja na te pytanie): hahahahahahahahahahahahahahahahahahaha ( uśmialam
                                  sie, dzieki:))


                                  > Jasne, że wie o tym, że mam chroniczne myśli s., kryzysy, czasem
                                  > plany. Rozmawiamy o tym. Poza tym wiedział, czyjej terapii się
                                  > podejmuje. Ja nie mam obecnie zaplanowanego s. Ale myśli o tym
                                  > przychodzą codziennie, z różnym nasileniem, gdy trudno mi wytrzymać
                                  > z objawami albo gdy tracę nadzieję na poprawę.

                                  czyli nie każdy terapeuta podejmnie sie pracy z "potencjalnym samobójcą"?
                                  boje sie reakcji mojej T, gdy dowie sie ze nachodza mnie mysli s, mam to w
                                  sobie zakorzenione, nie potrafie sie tego wyzbyc,
                                  np:( po tym co niedawno powiedziala mi moja matka) dzis w nocy obudzilam sie juz
                                  z tymi myslami, bylam taka słaba ze myslalam ze wyjde z domu i sie zabije. nie
                                  chce wiecej takich sytacji, nie wspomne juz o tym jaki mam zjebany dzien, ze
                                  chodze na półprzytomna, nie kojarze co sie wokół mnie dzieje, brr.
                                  poza tym mam przechlapane bo chodze do przychodni i terapeutka wszystko pisze w
                                  karcie, tzn nie wiem konkretnie co pisze, bo nie mam dostępu do jej notatek ;/
                                  ale mysle ze o tym tez wspomni.

                                  myslisz ze pownnam sie zapytać czy bedzie mnie "prowadzic"? , bo moja poprzednia
                                  T nie wytrzymala cisnienia i zrezygnowała, tzn wyzbyła sie mnie, a ta obecna
                                  pani narazie niewiele o mnie wie, bo bylam u niej zaledwie 2 razy.
                                  Powinnam postawic sprawe jasno, zeby wiedziala na czym stoi czy jak?
                                  czy moge byc problemem dla niej?
                                  nie bede do niej dzwonic, nawiedzac itp, moze byc spokojna, z mojej strony nic
                                  jej nie grozi ;)

                                  > > Mam pytanie, kto zdiagnozował u Ciebie boderline?
                                  >
                                  > Lekarze, terapeuci.
                                  > Wielu...
                                  > A czemu pytasz?

                                  troche z ciekawosci ;) moze ja tez mam boderlina?
                                  i chyba nawet gdybym miala to chyba nie warto wiedziec.
                                  • annarchia Re: o co chodzi... 19.06.10, 14:09
                                    poinsecja09 napisała:

                                    > > Chodziło mi o: jak Ty u siebie widzisz swje przyszłe relację z
                                    mamą?
                                    >
                                    > moja reakcja na te pytanie):
                                    hahahahahahahahahahahahahahahahahahaha ( uśmialam
                                    > sie, dzieki:))

                                    Śmiejesz się, ale jednak jakoś te relacje będą wyglądały i będziesz
                                    musiała zdecydować o swoim dorosłym stosunku do mamy. Np. o tym, czy
                                    i na ile pozwolisz jej ingerować w swoje życie...

                                    > czyli nie każdy terapeuta podejmnie sie pracy z "potencjalnym
                                    samobójcą"?

                                    Chodziło mi o to, że on wiedział, że podejmuje się terapii osoby z
                                    BPD, więc i tak miałby tę świadomość, że taka osoba jak ja ma takie
                                    tendencje i to chronicznie. Ale mówię i tak, bo badamy, przy jakich
                                    problemach i tematach się nasilają lub słabną.
                                    A co do pytania: pewnie nie każdy się podejmie. I dobrze. Gorzej,
                                    jak pochopnie podejmują się ci, którzy sobie potem z tym nie radzą.

                                    > boje sie reakcji mojej T, gdy dowie sie ze nachodza mnie mysli s

                                    Myślę, że lepiej sprawdzić na początku terapii, jak ona zareaguje i
                                    jak to widzi, niż przekonać się za parę miesięcy. Moja poprzednia t.
                                    podjęła się mojej terapii od razu, a w trakcie niej coraz gorzej
                                    reagowała na to, jak funkcjonuję w relacji z nią i o czym opowiadam
                                    (a dodam, że nie było szantaży z mojej strony, żadnych telefonów,
                                    gróźb, agresji). Nie dawała sobie rady psychicznie - cięte uwagi,
                                    sarkazm, kpina (!), dystansowanie się, pouczanie, wyraźne
                                    zdenerwowanie. Tak być nie może i lepiej się o tym przekonać
                                    wcześniej niż później. Po paru miesiącach zrezygnowałam, na
                                    szczęście.


                                    > bo moja poprzedni
                                    > a
                                    > T nie wytrzymala cisnienia i zrezygnowała, tzn wyzbyła sie mnie

                                    Chyba musiałaś się czuć strasznie :(
                                    W jaki sposób to zrobiła, można wiedzieć?

                                    > Powinnam postawic sprawe jasno, zeby wiedziala na czym stoi czy
                                    jak?

                                    W terapii szczerość to podstawa. Myślę, że od samego początku t.
                                    powina wiedzieć, jakie masz objawy, myśli, trudności. Dla Twojego
                                    własnego dobra. Ona musi rozważyć, czy da sobie z tym radę, czy
                                    ogarnie Twoje emocje i swoje emocje, czy współpraca z Tobą będzie
                                    możliwa wg niej i czy będzie potrafiła Ci pomóc w Twoich problemach.
                                    Mój t. dopiero po kilku spotkaniach konsultacyjnych zdecydował się
                                    podjąć terapii.

                                    > troche z ciekawosci ;) moze ja tez mam boderlina?
                                    > i chyba nawet gdybym miala to chyba nie warto wiedziec.

                                    Zależy, co zrobi się z diagnozą. Łatwo można mocno wkręcić się w
                                    kryteria, w teorię, jak ma się kryzys tożsamości... W moim przypadku
                                    diagnoza miała kluczowe znaczenie, bo wykasowała
                                    wcześniejszą "gorszą" i zmieniła kierunek leczenia na psychoterapię
                                    (zamiast tonów prochów, szpitali). Poczytałam wtedy o przyczynach
                                    BPD i dzięki temu przestałam wszystko zrzucać na neuroprzekaźniki,
                                    mikrourazy, geny, zaczęłam lepiej rozumieć, co się w ogóle ze mną
                                    dzieje...
                                    • poinsecja09 Re: o co chodzi... 19.06.10, 20:42
                                      > Śmiejesz się, ale jednak jakoś te relacje będą wyglądały i będziesz
                                      > musiała zdecydować o swoim dorosłym stosunku do mamy. Np. o tym, czy
                                      > i na ile pozwolisz jej ingerować w swoje życie...

                                      poprostu nie wiem co napisac , nie mam z nią jakichkolwiek relacji,
                                      Ingerowac w zycie? moge robić co chce i zawsze tak było, a jesli chodzi Ci
                                      przemoc psychiczną to z tym nic nie da sie zrobic, ma do mnie wszystkie prawa i
                                      chyba zachowa je do śmierci, (to jest troche skompilowana sytacja....)

                                      moja była t. niewiele wiedziala o moich myslach samobojczych. Gdy dowiedziala
                                      sie ze je mam to od razu chciala wezwac karetke, i tak nękała mnie na kazdym
                                      spotkaniu :
                                      Wie Pani co teraz powinnam zrobic? Wezwać karetkę". I tak za kazdym razem, gdy
                                      zdawkowo wspomnialam o myslach s. Na ostatnim spotkaniu widac było ze czuje ulgę
                                      , wiedziala ze wypuszcza mnie w złym stanie , mimo to nawet nie spytala co
                                      zamierzam.

                                      chodzisz do faceta na terapie, fajnie, bylam na jedym spotkaniu z facetem
                                      terapeuta, ale nie przypadl mi do gustu, a bardzo mi zalezalo zeby byl to
                                      mężczyzna, bo z babami ciężej mi pracowac;)
                                      • annarchia Re: o co chodzi... 20.06.10, 12:22
                                        poinsecja09 napisała:

                                        > moja była t. niewiele wiedziala o moich myslach samobojczych. Gdy
                                        dowiedziala
                                        > sie ze je mam to od razu chciala wezwac karetke, i tak nękała mnie

                                        Przy takim podejściu ludzie z osobowością borderline (i inni z
                                        przewlekłymi myślami s. i tendencjami autoagresywnymi) powinny być
                                        na stałe pozamykane w karetkach i szpitalach, bo cała osobowość to
                                        jeden wielki alarm i kryzys... Poza tym sporo osób korzystających z
                                        psychoterapii miewa myśli samobójcze, bo im bardzo źle i właśnie
                                        psychoterapia ma być lekiem na to. Zwłaszcza, gdy leki tych myśli
                                        nie likwidują (u mnie żadne). Jeśli ktoś grozi s. w totalnym
                                        rozedrganiu i informuje o konkretnych planach albo nonstop milczy i
                                        tylko czasem słychać ciche "moje życie nie ma już sensu i nie chcę
                                        już żadnej pomocy..." to karetka być może jest najlepszym i jedynym
                                        rozwiązaniem w przypadku danej osoby, choć mnie w takich kryzysach
                                        najbardziej pomagały empatyczne rozmowy, zrozumienie tego, co się we
                                        mnie dzieje, wsparcie, plus leki. Temat szpitala się pojawiał, jasne
                                        (mój t. jest jednocześnie psychiatrą), ale w tej terapii nigdy do
                                        tego nie doszło.


                                        > chodzisz do faceta na terapie, fajnie

                                        Nie potrafiłam poważnie traktować terapii z kobietą(ami).
                                        • poinsecja09 Re: o co chodzi... 20.06.10, 13:11
                                          teraz terapie mam co 2 tyg bo moja t. ma egzaminy, spotkanie trwa 45 minut,
                                          pozniej pojdzie na urlop, a ja potrzebuje pomocy natychmiast! Prywatnie tez nie
                                          ma miejsca, juz mi to obojetne czy baba czy facet, byle ktos był.
                                          jetem załamana, wszystkie moje proby "wzięcia sie za siebie" kończa sie na
                                          niczym. mam zrezygnować z terapii ?, i czekać na boskie zmiłowanie, bo chyba
                                          tylko to mi pozostaje.
                    • mskaiq Re: o co chodzi... 16.06.10, 13:44
                      > Jest we mnie teraz utrwalony taki schemat, że gdy ktoś mnie
                      > zrani, odrzuci, zdenerwuje, to odczuwam złość i nienawiść głównie
                      > do siebie samej (bo panicznie boje się reackji drugiej osoby na
                      > moją złość, np. że mnie odrzuci) i automatycznie dowalam samej
                      > sobie na różne sposoby
                      ....
                      >Poza tym - skoro przestanę do siebie czuć złość i niechęć to co
                      >poczuję w zamian? Coś poczuję? NIC? Pustkę? Bo na wielką miłość do
                      >siebie czy luksus samoakceptacji na razie się nie zanosi...
                      To typowa dynamika depresyjna jakby powiedzial psychoanalityk ale o
                      tym to wiesz.
                      A probowalas Sobie wybaczyc ? Siegnac po milosc, dotrzec do
                      wewnetrznego dziecka jak to pisze Canoine.
                      Cala moja zlosc, a bylo jej wiele i do siebie i do swiata zostala
                      zastapiona przez milosc. Zastepowala pustke, przynosila ulge.
                      Zeby moc siegnac po milosc trzeba uciszyc emocje. Zwykle
                      wystarczy usiasc i miarowo oddychac przez nos az pojawi sie
                      rozluznienie i spokoj. W tym spokoju odnajdzisz Siebie.
                      Serdeczne pozdrowienia.

                      • annarchia Re: o co chodzi... 16.06.10, 22:20
                        mskaiq napisał:

                        > Zeby moc siegnac po milosc
                        > Zwykle
                        > wystarczy usiasc i miarowo oddychac przez nos az pojawi sie
                        > rozluznienie i spokoj.

                        O tak o?
                        To ja biorę prochy, angażuję się w terapię, staram się
                        siebie zrozumieć i zmienić, a można tak zwyczajnie: wybaczyć sobie,
                        pooddychać miarowo przez nos i siebie pokochać.

                        P.S. Co teraz czytasz? Coś w stylu "Powrót do swego wewnętrznego
                        domu" Bradshawa? Bo na Wilbera to już nie wygląda (chyba, że to
                        Twoje nawiązanie do poziomu Centaura :D).
                        • mskaiq Re: o co chodzi... 17.06.10, 12:24
                          To moje wlasne doswiadczenia. W taki sposob bylem w stanie
                          zapanowac nad mojmi emocjami, uciszyc niepokoj, strach, poradzic
                          sobie z moim cialem.
                          Techniki oddechowe stosowane sa na calym swiecie z wielkim
                          powodzeniem.
                          Serdeczne pozdrowienia.

                          • annarchia Re: o co chodzi... 17.06.10, 13:06
                            mskaiq napisał:

                            > To moje wlasne doswiadczenia.

                            O, właśnie.
                            I nie generalizuj ich na innych.

                            > Techniki oddechowe stosowane sa na calym swiecie z wielkim
                            > powodzeniem.

                            To jeszcze SE doczytaj, jaki wpływ pewne techniki oddychania mogą
                            mieć na osoby z psychotyczną i pograniczną strukturą osobowości,
                            czyli z płynnymi granicami ego.
                            • mskaiq Re: o co chodzi... 19.06.10, 14:43
                              No jaki negatywny wplyw moga miec spokojne glebokie oddychanie
                              na osobe psychotyczna i pograniczna struktura osobowosci ?
                              Czy moglabys podac zrodla na jakich sie opierasz.
                              Serdeczne pozdrowienia.
                              • annarchia Re: o co chodzi... 19.06.10, 15:19
                                mskaiq napisał:

                                > No jaki negatywny wplyw moga miec spokojne glebokie oddychanie
                                > na osobe psychotyczna i pograniczna struktura osobowosci ?

                                Napisałam: pewne techniki oddychania.
                                (Bo to, że wszyscy nontoper jakoś oddychać musimy to jasne.)

                                > Czy moglabys podac zrodla na jakich sie opierasz.

                                Głównie z autopsji, jako osoba o strukturze borderline. Różne
                                techniki oddychania, które miały na celu tzw. wyciszenie i
                                uspokojenie i "nabranie kontaktu ze sobą", powodowały u mnie
                                koszmarne stany. M.in. dekompensację, tracenie kontaktu ze sobą, z
                                rzeczywistością, tendencje samobójcze. Gdy na skutek różnych technik
                                oddychania mijało uczucie napięcia, uogólnionego lęku, natrętne
                                myśli itd., to nastawała "pustka" (nie mylić ze spokojem i harmonią)
                                i wskakiwały na nią niefajne objawy. Potwierdzenie moich
                                doświadczeń, że u takich osób jak ja skupianie się na oddechu i
                                takie techniki mogą być niekorzystne znalazłam w "Powiedz STOP" M.
                                Słowikowskiego.
                                • mskaiq Re: o co chodzi... 19.06.10, 16:30
                                  Mysle ze dekompensację, tracenie kontaktu ze sobą, z
                                  rzeczywistością, tendencje samobójcze mialas i bez technik
                                  oddychania.
                                  One nie sa zwiazane z technikami oddychania bo wlasciwie techniki
                                  oddychania to zwyczajne oddychanie tylko ze swiadome.
                                  Ta swiadomosc oddychania, jak kazda swiadomosc samego siebie
                                  wywoluje wiele sensacji z ktorymi sie rowniez spotkalem.
                                  Wiele osob klasyfikowanych jako zdrowe, psychotyczne, borderline czy
                                  neurotyczne spotykaja sie z takimi trudnosciami rowniez. Mozna je
                                  opanowac albo z nich zrezygnowac.
                                  Nie zrezygnowalem ze swiadomego oddychania pomimo wielu sensacji.
                                  Z czasem te sensacje stawaly sie coraz slabsze i w koncu calkowicie
                                  ustapily.
                                  Zyskalem cos co bardzo waznego dla mnie. Kazda wygrana z moimi
                                  emocjami, czy odczuciami zawsze byla okupiona solidna praca nad
                                  soba. Nic nie przychodzilo latwo.
                                  Serdeczne pozdrowienia.
                          • pillow7 Re: o co chodzi... 18.06.10, 15:48
                            co tam Mask?
                            oddech na 7?

                            a soma i tak rachunek wystawia
                            uciec się nie da
                            choćbyś bardzo szybko biegł

                            takie to , pułapkowe jednak
                        • pillow7 Re: o co chodzi... 18.06.10, 15:44
                          może akurat Orra przerabia?
                          kto go tam wie

                          zbawiasz świat Anna?
                          • annarchia Re: o co chodzi... 19.06.10, 14:55
                            pillow7 napisała:

                            > zbawiasz świat Anna?

                            A to zbawianie to odnośnie czego?

                            I nie mam Anna na imię.
                            • lucyna_n Re: o co chodzi... 19.06.10, 16:20
                              Anna - rchia
                              • annarchia Re: o co chodzi... 20.06.10, 10:41
                                lucyna_n napisała:

                                > Anna - rchia

                                Annarchia
                                Nie Anna

                                A jednak bardziej mnie interesuje to ze zbawianiem świata.
                    • lucyna_n Re: o co chodzi... 16.06.10, 13:44
                      Człowiekowi długo się wydaje że schematy są odporne, że męczy się, stara a nic
                      się nei zmienia, ale jeżeli się jest świadomym tych schematow i mimo wszystko
                      próbuje coś w sobie zmienić to po dłuższym okresie czasu zauważylam że te zmiany
                      jednak następują. Oczywiście nei doszłam i pewnie nie dojdę do stanu umysłu
                      wolnego od starych obciążeń, ale od kilku rzeczy udało się uwolnić i jak mi się
                      wydaje raz i na zawsze. Tyle że czasu trzeba naprawdę dużo.
                      Tyle że samemu trudno to zobaczyć i określić, chociaż to nie są w sumie jakieś
                      niewiadomo jak skomplikowane schematy, raz ujawnione wydają się oczywiste aż się
                      człowiek dziwi że wcześniej na to nie wpadł. Może też z wiekiem człowiek umie
                      bardziej określić czego właściwie chce, z czym mu autentycznie dobrze a co robił
                      np po to żeby zadowolić oczekiwania innych ludzi. Tak sobei tylko rozważam, żeby
                      nie było że znowu gotową recepte ktoś chce czy coś.
                      • canoine Re: o co chodzi... 17.06.10, 06:36
                        dużo racji masz. ale Ty mądre dziewczę, to nie dziwota :)
                        pozdrawiam ciepło :)
                    • canoine Re: o co chodzi... 17.06.10, 06:30
                      dzizzz, przez chwilę zwątpiłam czy aby nie ja to napisałam i mam takie dziury w
                      pamięci już. jakie to znajome, hehe. aż się uśmiechnęłam, chociaż właściwie
                      wcale to nie śmieszne :]
    • wyjdeztego Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 17.06.10, 00:14
      ooo czyli duzo jest nas, co tez czuja sie niepewnie jakos.
      ja wlasnie pije piwo i placze, tak mi wieczor mija. a kot robi demolke w
      mieszkaniu, ale mam to w dupie. chyba staczam sie, albo cos. bo zawsze mi sie
      kojarzylo, ze jak ktos juz bierze leki na depresje, to jest wariatem, a jak juz
      pije alkohol razem z tymi lekami, w samotnosci i placze, to juz tragedia jest,
      to wiecej niz wariactwo. ha ha, ja wlasnie to robie, w wieku lat 30stu. A moj
      wspanialy ex uklada sobie zycie, bo jest wspanialy. a co ja robie?? lecze
      depresje, ktora jakos nie chce sie uleczyc, mysle ze nic mnie juz dobrego nie
      czeka, wiec biore co jest, ah, nawet do niektorych rzeczy sie wstydze tu
      przyznac, chociaz to przeciez forum anonimowe i nikt mnie tu nie zna (chyba). no
      i upilam sie troche. A wczoraj tracilam moj czas na imprezie z 20 + latkami,
      udajac, ze jestem jedna znich. Nic mnie nie cieszy. Cos tam probuje, zeby zycie
      wygladalo normalnie, ale nic nie jest normalne. W mojej glowie jakis chaos i
      100000 poplatanych mysli, raczej negatywnych. Ledwo laze do pracy, wory mam pod
      oczami od tej depresji i od nocy nieprzespanych, a pozniej cala ta ciezko
      zarobiona kase wydaje na ciuchy i inne pierdoly i nawet nie mam zadnych
      oszczednosci. A i tak chodze caly rok w tych samych starych dzinsach i starych
      butach, bo rano nie mam sily ubierac sie. ha ha, a mam cala szafe zajebistych
      ciuchow i co z tego, jak nie mam sily ich prasowac, ani ubierac rano. Mam za to
      zajebiscie zwieszony humor, rycze sobie i pisze na ym forum jak to mi zle. No
      jednym slowem dbam o siebie tak dobrze, jak moi starzy dbali o mnie w
      dziecinstwie - czyli wcale. Wiecie, ze ja w ogole sobie nie gotuje. Jem takie
      smieci, ze wstyd sie przyznac. mam anemie duza, ale mam to w dupie, nie chce mi
      sie dbac o zdrowie. dzisiaj na kolacje zjadlam lody, caly litr, prosto z
      zamrazalnika. sniadania nie mialam wcale, potem jakies kawy i kanapka. No i te
      lody i piwo. Oto jadlospis! Dbam o siebie tak, jak pokazali mi rodzice chyba...
      No tak to widze. Oni o mnie w ogole nie dbali. Wiec ja teraz nie jestem warta,
      zeby dbac o sama siebie, no i nie dbam.
      Ok, koncze ten wywod pijacki, bo sama nie wiem, jak to sie w ogole skonczyc ma.
      • pillow7 Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 18.06.10, 15:40
        Cos tam probuje, zeby zycie
        > wygladalo normalnie, ale nic nie jest normalne. W mojej glowie jakis chaos i
        > 100000 poplatanych mysli, raczej negatywnych. Ledwo laze do pracy, wory mam pod
        > oczami od tej depresji i od nocy nieprzespanych, a pozniej cala ta ciezko
        > zarobiona kase wydaje na ciuchy i inne pierdoly i nawet nie mam zadnych
        > oszczednosci. A i tak chodze caly rok w tych samych starych dzinsach i starych
        > butach, bo rano nie mam sily ubierac sie. ha ha, a mam cala szafe zajebistych
        > ciuchow i co z tego, jak nie mam sily ich prasowac, ani ubierac rano. Mam za to
        > zajebiscie zwieszony humor, rycze sobie i pisze na ym forum jak to mi zle.

        tak niektórzy z Nas mają
        lżej?
        tak kazdy przędzie na ile mu starcza
        emocji, siły , energii, czegokolwiek

        Dbam o siebie tak, jak pokazali mi rodzice chyba...
        > No tak to widze. Oni o mnie w ogole nie dbali. Wiec ja teraz nie jestem warta,
        > zeby dbac o sama siebie, no i nie dbam.

        "głodne dzieci" tak mają
        próbuj , nakamić sie jakoś bardziej konstruktywnie
        przecież juz "widzisz" nieco

        trzym się , pozdrawiam
        • ichnia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 18.06.10, 19:22
          pillow7 napisała:
          >
          > tak niektórzy z Nas mają
          > lżej?
          > tak kazdy przędzie na ile mu starcza
          > emocji, siły , energii, czegokolwiek
          >
          Tak, tak mają. Moja szafa pęka w szwach, a ja co sezon obiecuję sobie, że zacznę
          wreszcie używać intensywnie jej zawartości...
          • lucyna_n Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 18.06.10, 19:40
            ale że wamsię wogóle chce po te ciuchy jeździć , wybierać, przymierzać.
            • ichnia Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 18.06.10, 19:51
              lucyna_n napisała:

              > ale że wamsię wogóle chce po te ciuchy jeździć , wybierać, przymierzać.

              O nie, nie. Ja jestem zaprzeczeniem kobiety biegającej po sklepach, zwłaszcza za
              ciuchami. Kupuję zawsze przy okazji innych zakupów, albo po drodze gdzieś gdzie
              się udaję, tego typu sytuacje. No i kupuję, bo wiem że w najbliższej pięciolatce
              nie wybieram się na żadne ciuchowe zakupy, więc to jedyna okazja, żeby coś
              nabyć... ;)
              • lucyna_n Re: czy jest tu ktos, kto tak ma i rozumie to... 18.06.10, 20:40
                Po drodze do spożywczaka to u mnie jest co najwyżej warzywniczy, i rzeźnik. Może
                to i dobrze bo w swoim depresyjnym skąpstwie i tak niczego bym nie kupiła,
                Zresztą ja i tak ubieram się mało konwencjonalnie, żeby nei powiedzieć dziwnie i
                w zwyklych sieciówkach i z reguły tak nie ma tego co tygrysy lubią najbardziej.
                Mój mąż czasem mnie wyciąga na ciuchowe zakupy,bo on lubi sobie po skelpach
                połazić czasem ale ja mu uciekam z tych galerii prawie zawsze, bo mi się w
                świątyniach konsumpcjonizmu kręci w głowie i męczę się tam z reguly bardzo, a
                nawet bardziej niż bardzo.
                Z reguły to faceci siedzą w sklepach na kanapkach z minami wyciągniętymi a ich
                panie przebiegają między wieszakami, a w tym przypadku to ja tak robię i cały
                czas ciągnę za mankiet, no choć już, tam na pewnie nic ciekawego nie ma, drogo
                jest, no idziemy już.
                Zakupofobik jednymi słowy.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka