michasia777
16.02.07, 10:33
Witam wszystkich. Czytam sobie o koszmarach, tragediach i cierpieniach innych
ludzi i widzę, że wszyscy maja to samo. Jestem ziarenkiem piasku na Saharze
życia. Mój głos pewnie nie będzie zauważony, bo i problem taki typowy. Żyć mi
sie nie chce. A to wszystko przez pracę. 14 miesięcy temu przez jedną głupią
decyzję pewnego zawistnego dyrektora zostałam wyrzucona z jego oddziału i
wpakowana do innego, mającego najgorszą opinię i podejrzenia o korupcję.
Przyszłam 27 grudnia po świętach do pracy i dowiedziałam się, że już tam nie
pracuję. W nowym miejscu nie potrafiłam się odnaleźć, byłam piątym kołem u
wozu i tematem rozmów całego urzędu. Wszystko przez to, że posprzeczałam się
z poprzednim wicedyrektorem, pokazałam, że mogę mieć inne zdanie, WŁASNE. A w
tym urzędzie to niemożliwe.
Siedziałam i zamykałam się w sobie. Próbowałam robić dobrą minę do złej gry,
ale to się nie udało. Pół roku później jedna z dziewczyn w tym "nowym" moim
departamencie popełniła samobójstwo i prokuratura do dziś zastanawia się co
było tego przyczyną. Afera na wszystkie media...
To mnie zdołowało jeszcze bardziej. Widzę, że cokolwiek człowiek nie zrobi i
tak zostaje sam z własnymi problemami.
Przez te 14 miesięcy starałam się przenieść do działki jako tako związanej z
moimi zainteresowaniami i doswiadczeniem, ale okazało sie to niemożliwe, bo
nie mam tu znajomości i nie miałam. Na moje podania dostawałam odpowiedzi
negatywne, że to niby etatów brak, a za chwilę okazało sie, że przyjęto nową
osobę. Jak to zwykle bywa - krewni i znajomi królika zawsze znajdą coś dla
siebie. Ja czułam się jak człowiek z ulicy - i nadal czuję.
Pod koniec ubiegłego roku nastapiła zmiana warty i z nadzieją myślałam, że mi
to coś pomoże. Wierzyłam, że nie będzie takiego oporu na przeniesienie
starego pracownika w miejsce, do którego nadaje się najbardziej, tym
bardziej, że to, w czym siedziałam, nijak się nie miało do moich kompetencji
zawodowych i byłam tu po prostu zbędna. Uzyskałam pozytywną opinię nowo
wybranego dyrektora i podobno jednego z członków zarządu naszej firmy (o czym
zapewniał mnie dyrektor - sam to za mnie załatwiał). Niestety,
restrukturyzacja firmy zlikwidowała stanowisko, o które się starałam i
przeniosła gdzie indziej. Straciłam już nadzieję, że będzie lepiej. W piątek
dowiedziałam się, że pracuję w jeszcze innym oddziale, którego dyrektor nie
ma pojecia co moge tam robić. Jestem piątym kołem u wozu. I pewnie większość
powiedziałaby, że na moim miejscu cieszyłaby się, że mnie w ogóle nie
wywalają na bruk, to ja już nie umiem zyć. Jestem wrakiem człowieka, który
kiedyś miał ambicje i wierzył w spełnienie, ot w satysfakcję w pracy. Ja
wierzyłam, że coś potrafię robić i to z pozytkiem dla wszystkich. A teraz?
Zamknęłam się w sobie, ryczę nawet w pracy, nie panuję nad emocjami, jestem
outsiderem nie potrafiącym odnaleźć się w nowej sytuacji. Życie straciło
sens, a ja jestem chodzącym wyrzutem sumienia, że tak nisko upadłam. Czuję
się gorzej niż stażysta. Juz nie mam siły walczyć o swoje. Już nie mam siły
zyć.
Kiedyś byłam z tym u psychiatry - dał mi środki nasenne i odesłał do pani
psycholog. Z tą spotykałam sie tylko dla świętego spokoju. Absolutnie nie
potrafiła mi pomóc, więc przed nią też zaczęłam udawać, że jest dobrze. W
końcu przestałam tam chodzić. Strata czasu. Nie chce mi się żyć. Mój partner
też nie potrafi mnie zrozumieć i boi sie tych moich nastrojów. Logiczne, że
od tego ucieka. Jestem zostawiona sama sobie. Nie mam siły walczyć o lepszy
los i lepszą pozycję. Mam przegrane zycie. To nie tak miało być.