black_jotka
15.10.10, 15:46
fragment:
"Kiedy zapytałem swego kolegę szkolnego, podporucznika Ludwida Breyera, jakie przeżycie wojenne utkwiło mu najżywiej w pamięci, spodziewałem się, że usłyszę o Verdun, Sommie albo o Flandrii; był bowiem na wszystkich tych trzech frontach w najgorszych miesiącach. Tymczasem Breyer opowiedział mi poniższą historię:
Nie najważniejsze, ale najtrwalsze z moich wrażeń zaczęło się od tego że zażywaliśmy spokoju w małej francuskiej wiosce daleko na tyłach. Wcześniej zajmowaliśmy paskudny odcinek frontu, gdzie ogień artyleryjski był wyjątkowo gwałtowny, potem wycofano nas więc dalej niż zwykle, bo mieliśmy ciężkie straty i musieliśmy z powrotem zebrać siły.
To był wspaniały tydzień: sierpień, cudowne, biblijne lato, a wszystko to szło nam do głowy jak ciężkie złociste wino, które znaleźliśmy kiedyś w jakiejś piwnicy w Szampanii. Zostaliśmy odwszeni; niektórym z nas dostała się nawet czysta bielizna, inni wygotowali gruntownie w kociołkach na małych ogniskach swoje koszule; wszędzie panowała atmosfera czystości- której urok zna jedynie żołnierz oblepiony skorupą brudu- pogodna jak sobotni wieczór w owych bardzo już odległych czasach pokojowych, gdy jako dzieci kąpaliśmy się w wielkiej wannie, a matka wyciągała z szafy świeżą bieliznę, pachnącą krochmalem, niedzielą i ciastem.
Oczywiście wiesz, że to nie bajka, gdy mówię, że szczęście tego chylącego się ku końcowi sierpniowego popołudnia zalewało mnie słodką, silna falą. Jako żołnierz człowiek ma zupełnie inny stosunek do przyrody niż większość ludzi. Tysięczne zakazy, zahamowania i przymusy przestają działać wobec twardej, straszliwej egzystencji na skraju śmierci; a w minutach i godzinach przerw w walce, w dniach spokoju, myśl wznosi się czasem ku życiu, czyli nagiemu faktowi, że jeszcze się istnieje, że udało się wyjść obronną ręką, oraz ku czystej radości, że można widzieć, oddychać i poruszać się swobodnie.
Pole w promieniach zachodzącego słońca, niebieskie cienie lasu, szum topoli, czysty nurt płynącej wody sprawiały nieopisaną radość; ale głęboko, niczym bat, niczym kolec, tkwił ostry ból biorący się z wiedzy, że za kilka godzin, za kilka dni wszystko będzie musiało odejść i zmienić się znowu w wyschnięte krajobrazy śmierci. A uczucie to, tak dziwnie złożone ze szczęścia, bólu, melancholii, smutku tęsknoty i nadziei, było typowym doświadczeniem odpoczywającego żołnierza.
Po kolacji wyszedłem z kilkoma kolegami kawałek za wioskę. Nie mówiliśmy wiele; pierwszy raz od wielu tygodni byliśmy w pełni zadowoleni i wygrzewaliśmy twarze w ukośnych promieniach słońca, które świeciło nam prosto w oczy. Tak doszliśmy w końcu do małego, smętnego budynku jakiejś fabryki pośrodku rozległej ogrodzonej posesji, wokół której rozstawiono wartowników. Na dziedzińcu pełno było jeńców, którzy czekali na transport do Niemiec.
Wartownicy nie robili ceregieli i wpuścili nas do środka, żebyśmy mogli się rozejrzeć. Ulokowano tam kilkuset Francuzów, którzy siedzieli lub leżeli na ziemi, palili papierosy, rozmawiali i drzemali. Wtedy otworzyły mi się oczy. Do tej pory z ludźmi zajmującymi nieprzyjacielskie okopy kojarzyłem jedynie krótkie, przelotne wrażenia- pojedyncze i mgliste. Może jakiś hełm wystający przez chwilę ponad brzegiem nasypu; ramię, które coś rzucało i znikało z powrotem; kawałek szaroniebieskiego materiału, postać wylatującą w powietrze- niemalże abstrakcyjne rzeczy, które czaiły się za ogniem karabinowym, ręcznymi granatami i drutem kolczastym.
Tutaj po raz pierwszy zobaczyłem jeńców, i to wielu, siedzących, leżących, palących- Francuzów bez broni.
Nagle przeżyłem szok, ale chwilę później musiałem śmiać się z siebie samego. Otóż zszokowało mnie, że oni są takimi samymi ludźmi jak my. Faktem jednak było - doprawdy, jak tu się nie dziwić - że po prostu nigdy dotąd nie zastanawiałem się nad tym. Francuzi? To byli wrogowie, których należało zabijać, ponieważ chcieli zniszczyć Niemcy. Tamtego sierpniowego wieczoru uświadomiłem sobie wszakże ową złowroga tajemnicę, magię broni. Broń zmienia ludzi. I ci niegroźni koledzy, ci pracownicy fabryczni, niewykwalifikowana robotnicy, handlowcy, uczniowie, którzy siedzieli tutaj wokoło tacy cisi i zrezygnowani, gdyby tylko mieli broń w ręku, w jednej chwili staliby się na powrót wrogami."