nefretete993
27.08.13, 01:10
Polecamy fragment wydanej w czerwcu nakładem Wydawnictwa Literackiego, drugiej, przełożonej na język polski, powieści Emmanuela Carrere’a pt. „Wąsy”.
— Co byś powiedziała, gdybym zgolił wąsa?
Agnès, która siedziała na kanapie i kartkowała czasopismo, zaśmiała się lekko i odparła:
— To byłby dobry pomysł.
Uśmiechnął się. Na powierzchni wody, w wannie, z której nie chciało mu się wychodzić, unosiły się wysepki piany, usiane krótkimi czarnymi włoskami. Miał bardzo twardy zarost, dlatego musiał golić się dwa razy dziennie, jeżeli nie chciał, by wieczorem jego podbródek przybrał siny odcień. Po przebudzeniu wykonywał tę czynność przed lustrem nad umywalką, a potem szedł pod prysznic i była to tylko prosta i zwyczajna sekwencja machinalnych gestów. Za to wieczorem obowiązek zamieniał się w chwilę odprężenia, którą starannie przygotowywał, uważając, by lać wodę do kąpieli przez prysznic, bo wówczas nie parowały lustra wokół obłożonej kafelkami wanny. Stawiał pod ręką szklaneczkę z alkoholem, po czym długo rozprowadzał piankę na podbródku i przeciągał po nim raz i drugi maszynką, uważając, by nie naruszyć wąsa; następnie przycinał wąs nożyczkami. Niezależnie od tego, czy zostawał w domu, czy też miał w planach wyjście i musiał korzystnie wyglądać, ów wieczorny rytuał zajmował ważne miejsce w jego harmonijnym rozkładzie dnia, podobnie jak jedyny papieros po południowym posiłku, na którego pozwalał sobie, odkąd rzucił palenie. Błoga przyjemność, jaką z tego czerpał, nie zmieniła się od końca okresu dojrzewania, a życie zawodowe wzmocniło ją tylko i gdy Agnès gderała czule na ten jego ceremoniał, odpowiadał, że, istotnie, jest to jego ćwiczenie zen, jedyna chwila medytacji, jedyny czas na poznawanie siebie i świata duchowego, na jaki pozwalają mu jałowe, lecz absorbujące obowiązki młodego, dynamicznego pracownika wyższego szczebla. Wydajnego — poprawiała Agnès, kpiąco i tkliwie.
Właśnie skończył. Rozluźnił wszystkie mięśnie i spod półprzymkniętych powiek przyglądał się w lustrze swojej twarzy, nadając jej z rozbawieniem przesadny wyraz błogiego uszczęśliwienia, który szybko zmienił na minę pełną zdeterminowanej męskości. Resztka pianki osiadła na koniuszku wąsa. Twierdził, że go zgoli, wyłącznie żartem, tak jak czasem mówił, że ostrzyże włosy na krótko — nosił je półdługie, odrzucone do tyłu. Bardzo krótkie? Okropność — protestowała niezmiennie Agnès. — W dodatku z wąsem, w skórzanej kurtce, wyglądałbyś jak pedał. — Ale mogę zgolić też wąs. — Lubię cię z nim — ucinała. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziała go bez wąsa. Byli małżeństwem od pięciu lat.
— Zejdę po kilka sprawunków do supermarketu — powiedziała, wsuwając głowę przez uchylone drzwi łazienki. — Za pół godziny trzeba będzie jechać, więc nie grzeb się zbytnio.
Usłyszał szelest tkaniny — wkładała kurtkę — pobrzękiwanie pęku kluczy, który wzięła ze stolika, otwierane, a później zamykane drzwi. Mogła włączyć automatyczną sekretarkę, pomyślał. Gdyby ktoś zadzwonił, nie musiałby wychodzić mokry z łazienki. Pociągnął łyk whisky, obrócił w dłoni dużą, kanciastą szklankę, delektując się stukotem kostek lodu — a właściwie tego, co z nich zostało. Zaraz będzie musiał wyjść z wanny, wytrzeć się, ubrać…
Za pięć minut — dał sobie czas. Rozkoszował się tą chwilą zwłoki. Wyobraził sobie, jak Agnès idzie w stronę supermarketu, stukając obcasami o chodnik, jak czeka w kolejce przed kasą, a to dreptanie w miejscu nie przyćmiewa ani jej dobrego humoru, ani bystrości spojrzenia: dostrzegała zawsze dziwne, małe szczegóły, niekoniecznie zabawne same w sobie, i potrafiła nadać im znaczenie w swoich późniejszych opowieściach. Znów się uśmiechnął. A gdyby tak ją zaskoczył i naprawdę zgolił wąs? Pięć minut temu oświadczyła, że to dobry pomysł. Ale raczej nie potraktowała tego zamiaru poważnie, w każdym razie nie poważniej niż zwykle. Podobał się jej z wąsem, sobie zresztą też, jakkolwiek odzwyczaił się od własnego widoku bez zarostu: tak naprawdę nie mógł wiedzieć, jak będzie wyglądał. Zresztą, jeżeli nowa twarz mu się nie spodoba, zawsze będzie mógł z powrotem zapuścić wąs, zajęłoby mu to dziesięć, piętnaście dni. W końcu Agnès regularnie zmieniała fryzurę, nie uprzedzając go; zawsze na to narzekał, robił jej żałosne sceny, a gdy już zaczynał się przyzwyczajać, jej się nudziło i prezentowała mu nowe uczesanie. Dlaczego teraz nie miałaby przyjść kolej na niego? To byłoby zabawne.
Zaśmiał się bezgłośnie, jak dzieciak, który szykuje złośliwego psikusa, po czym wyciągnął rękę, odstawił pustą szklankę na toaletkę i sięgnął po nożyczki. Natychmiast przyszło mu do głowy, że taki kłąb szczeciny może zatkać odpływ wanny: wystarczała do tego garstka włosów, a potem był z tym cały cyrk, trzeba było wlewać do rur któryś z tych żrących środków, które śmierdziały później godzinami. Wziął więc kubek do płukania zębów, postawił go ostrożnie na brzegu wanny i pochyliwszy się nad nim, zaczął przycinać ów gąszcz. Włosy spadały na dno w małych, zbitych kępkach, intensywnie czarne, kontrastujące z białawym, wapiennym osadem. Pracował powoli, żeby się nie skaleczyć. Po minucie podniósł głowę, obejrzał plac boju.
Skoro pajacował, mógł równie dobrze zatrzymać się w tym momencie, pozostawić górną wargę ozdobioną nieregularnym kłączem, gdzieniegdzie wybujałym, gdzieniegdzie — wyplenionym. W dzieciństwie nie rozumiał, dlaczego dorośli nie wykorzystują nigdy komicznego potencjału swojego zarostu: dlaczego mężczyzna, który postanowił zgolić brodę, robił to zwykle raz a dobrze, zamiast cieszyć oczy przyjaciół i znajomych, prezentując im, choćby tylko przez dzień lub dwa, widok jednego gładkiego i jednego zarośniętego policzka albo pół wąsa czy też kosmyków przyciętych w kształt uszu Myszki Miki. Jeden ruch żyletką wystarczyłby, żeby zakończyć te wygłupy, gdy już dostarczą należnej rozrywki. Dziwne, jak zamiłowanie do tego typu zachcianek blednie z wiekiem, dokładnie wtedy, gdy można zacząć je spełniać, pomyślał, stwierdziwszy, że on sam przy tej okazji nagina się do przyjętych zwyczajów i nie wyobraża sobie, że mógłby pójść z takim ugorem na kolację do Serge’a i Véronique, nawiasem mówiąc, starych przyjaciół, którzy nie robią ceregieli. Drobnomieszczańskie zahamowania, westchnął i kontynuował ruchy nożyczkami do momentu, w którym kubek był pełen, a do akcji mogła wkroczyć maszynka.
Należało się spieszyć, Agnès mogła w każdej chwili wrócić, zepsułby efekt zaskoczenia, gdyby nie skończył na czas. Pełen radosnego zniecierpliwienia, jak ktoś, kto pakuje prezent na ostatnią chwilę, nałożył krem do golenia na wykarczowane miejsce. Żyletka w maszynce zaskrzypiała, on się skrzywił; jednak się nie zaciął. Do wanny spadły nowe kleksy piany, usiane czarnymi włoskami. Powtórzył czynności. Wkrótce miejsce nad górną wargą było jeszcze gładsze niż policzki, dobra robota.
Choć jego zegarek był wodoszczelny, zdjął go przed kąpielą. Teraz ocenił, że cała operacja nie trwała dłużej niż sześć, siedem