Dodaj do ulubionych

Jak pokonałam Alicję...

    • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 02.02.06, 20:51
      Zbiłam kubek. Skorupy ładnie sprzątnłąm na śmietniczkę i na tejże śmietniczce
      włożyłam do lodówki.
    • daria_nowak Re: Jak pokonałam Alicję... 03.02.06, 18:12
      Mnie udało się jednorazowo zgubić 5 par czarnych stringów. Zniknęły... Nigdy
      się nie odnalazły...Ostatnio ponownie zrobiłam ten sam nu7mer.. Mam chyba
      spirytystycznego złodzieja czarnych stringów...aż strach się baćsmile
    • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 15:35
      Nie na temat, chociażby z powodu użytego w temacie rodzaju, ale w ramach
      reanimacji starych, dobrych wątków.
      Dawno temu kroiłem sobie chleb na kanapki. Nietypowo był to ciemny chleb. Tak
      jakoś dobrze mi się kroiło, równo, lekko. Przy trzeciej kromce pomyślałem, że
      dobrze ten nóż wczoraj naostrzyłem. Wprost rewelacyjnie kroi. Przy czwartej
      kromce zorientowałem się, że ten chleb już jest 'fabrycznie' pokrojony. Widać
      moje poglądy na grubość kromki zgadzały się idealnie z piekarnią smile
      • groha Re: G0p0sie, Ty też?? :))) 15.02.06, 21:25
        Mistrz krojenia pokrojonego chleba... Chichram się, jak gupi gupeksmile))
    • adalberto4 Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 22:32
      1. Ja: Było to już ładnych parę lat temu. Mama wysłała mnie do najbliższego
      sklepu po masło i jednocześnie zasugerowała żebym zabrał przy okazji Funię
      (naszą foksterierkę) na spacer. No więc tak zrobiłem. Doszliśmy pod sklep.
      przywiązałem Funię do pobliskiego płotka, zakupiłem masło i pomyślałem , że co
      będę szedł na około, skróciłem sobie drogę przez trawnik. Dopiero pod drzwiami
      zorientowałem się, że nie mam psa. Na szczęście posłuszne zwierzę czekało, ale
      długo było na mnie obrażone
      2. Moja cioteczka: Mieszka na nowym mieście w Warszawie. Wybrała się do kantoru
      na Krakowskim zabierając ze sobą kubeł ze śmieciami (duży, ciężki, metalowy)
      żeby wyrzucić przy okazji. Po drodze spotkała sąsiadkę, po czym skierowała się
      Freta, Nowomiejską, Rynkiem, Świętojańską, Placem Zamkowym do kantoru.
      Wymieniła obcą walutę i wracając tą samą drogą wstąpiła na pocztę w Rynku,
      gdzie spotkała znajomego, który odważył się zapytać co robi tu ze śmieciami (na
      wierzchu była dekoracyjna kupa skorupek). Do tej pory nie wiadomo jakim cudem
      nie odczuła ciężaru przebywając taką drogę. W dodatku, jak się dowiedziała co
      niesie, tak ją zaćmiło, że zamiast to wszystko wyrzucić w najbliższym śmietniku
      doniosła pełny kubeł do domu i pozbyła się zawartości we własnym śmietniku.
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 23:00
        Goposie, przepraszam, że taki seksistowski wątek założyłam... ale nie
        zakładałam, że ktoś się wpisze poza mną, a widzę, że tu roztargnieńców niemało.
        Mój tat też zostawił naszego piesunia pod sklepem - biedak przeżył traumę..

        Ja natomiast odkrywam uroki gotowania. Pieknie zeszkliłam sobie na masełku
        cebulkę i szczypiorek, który rósł na oknie, doprawiłam, wsadziłam co trzeba,
        spałaszowałam...i niezbyt dobrze się czułam, bo przeciez to takie
        ciężkostrawne...
        Nazajutrz rano, krzyk mamy: Cholera! Komu znowu moje narcyzy przeszkadzały i
        udydolił???
        Po czym upierała się, że wcale nie wglądają jak szczypiorek co stoi obok i
        kuchenne okno pełne doniczek z ziołami to bardzo odpowiednie miejsce na te
        kwiatki. Teraz jednak zastąpiła je wielką choiną, jej już chyba nie da się
        zeszklić na masełkusad
        • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 23:03
          Marrtawu (czy marrtowu??) żyjesz jeszcze?? nie zaszkodziły ci te egzotyczne
          dania??
      • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 23:08

        Moja pierwsza w zyciu powazna praca , bardzo sie staram dobrze wypasc ale od
        poczatku kiepsko mi idzie to staranie.
        Dwa manometry mam odniesc do naprawy. Szef widzac ze lece z pustymi rekami w
        drzwiach zawraca mnie - pani Joasiu , nie zapomniala pani o czyms?
        No tak! prawda!, musze miec zlecenie na naprawe - wielkie przedsiebiorstwo
        panstwowe w PRL-u - dzial napraw nie przyjmuje sprzetu do naprawy bez papierka.
        Wracam sie, wypisuje zlecenie przez kalke w trzech egzemlarzach, podpisuje z
        zawijasem, przybijam pieczatke walac od serca trzy razy, gotowe, lece.
        Znow w tych samych drzwiach szef mnie wola:
        - pani Joasiu , a manometrow to pani nigdy sobie nie przypomni ????
        • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 23:12
          Ja tez sie chichram jak gupi gupek smile))
          niech te moje manometry sie przy was schowaja.
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.06, 23:42
      Wy mnie chcecie dziś wykończyć? Co mi się uda zdusić czkawkę, to za chwilę znów
      mnie łapie. Nie mogę już pić, brzuch mi pęka, a co wracam do komputera i
      popatrzę na ten wątek, to znowu mnie bierze. Zestaw: G0p0s0wy chlebek, kubełek
      Adalbertowej cioci, szczypiorek Marty i Asine manometry, to dla takiej
      śmieszki, jak ja - niemal śmiertelna dawkasmile)
    • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 19.02.06, 22:18
      Chciałam sobie posłodzić herbatę. No to nasypałam łyżeczkę cukru na kanapkę i
      jeszcze chciałam to zamieszać smile
      • framberg Re: Jak pokonałam Alicję... 24.02.06, 02:36
        Zgubiłem samochód. Duży.

        Zaparkowałem w centrum miasta, załatwiałem różne sprawy w różnych miejscach i
        zapomniałem gdzie go zostawiłem.
        Usiłowałem przypomnieć sobie co załatwiałem najpierw. Zwiedziłem z pięć ulic w
        pobliżu zanim go znalazłem. A jest widoczny bo sterczy ponad pół metra ponad
        wiekszość osobowych.
        • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 24.02.06, 03:14
          Piękniesmile Kiedyś kolega wytłumaczył mi, że pilot jest mu właściwie potrzeby
          tylko po to, by zlokalizować samochód, gdy zapomni, gdzie go porzucił. Często
          lata z tym pipsztyczkiem i go wołasmile I tak dobrze, że nie zasugerowałeś się
          kradzieżą. My kiedyś o mało na serce nie zeszliśmy, gdy nie zobaczyliśmy
          swojego autka, solidnie wypakowanego na tygodniowy pobyt w górach, które
          zaparkowaliśmy na jednej z ulic Krakowa i poszliśmy na kawę. Wracamy - nie ma.
          Czyli wiadomo - ukradli. Z rozpaczą i kompletną niewiarą w pozytywne
          zakończenie, zaczęliśmy się kręcić po okolicy i po chwili znaleźliśmy. Stał
          sobie tam, gdzie go zostawiliśmy - na równoległej uliczce. Zgubić samochód w
          pojedynkę, to sztuka. A nas było troje...
    • felis2 Re: Jak pokonałam Alicję... 24.02.06, 12:46
      Wyjeżdżaliśmy na wakacje z dzieckiem i dwoma kotami. Podział obowiązków
      pakowawczych jest taki, że ja zgarniam wszystkie toboły w jedno miejsce, a chłop
      je racjonalnie upycha w samochodzie. Żywe łapie się i wynosi na końcu, przy czym
      połapanie i wepchnięcie futer do klatki należy do mnie. Zamknęłam mieszkanie,
      zaniosłam tatusiowi dziecko, poszłam wyrzucić śmieci i zadowolona wsiadłam do
      samochodu.
      Trochę mniej zadowolona wysiadłam z samochodu, poszłam do domu i zabrałam klatkę
      z kotami...
      • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 27.02.06, 01:27
        Najnowsza klapa makijażowa - to umiem tylko ja!
        -wydłubać cudowny i drogi tusz z serii - 2 w 1 z szafki,
        -pomalowac pieknie rześki tą białą częścią.
        -pozostawić do wyschnięcia przed nałożeniem warstwy czarnej
        i zająć się upychaniem bałaganu łazienkowego na miejsce,
        - wyjść z domu, dojechać na imprezę, iść do toalety, przejrzeć się w lustrze i
        psioczyć, jaki badziewny mam tusz, że w ogóle tego białego towotu nie kryje.
        Mejkap miałam taki bardziej zimowybig_grin
        • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 27.02.06, 02:24
          Rzęski a'la albinoseksmile))
      • tangotendresse33 Re: Jak pokonałam Alicję... 27.02.06, 11:22
        Umarłam 3 razy czytając ostatniej nocy wszystkie posty z tego tematu! A już
        myślałam, że ze mną jest coś nie w porządku! Tymczasem widzę, że wszystko w jak
        najlepszym porządku!
        Od kilku lat szukam mojej legitymacji ubezpieczeniowej, a ona "pojawia się i
        znika i znika i znika". Już kilka razy mi ten numer zrobiła, świnia jedna...
        Chwilowo znów jej nie ma. Ręce opadają.
        Nie wspomnę o dokumentach, które dematerializują się tajemniczo pomiędzy moją
        torebką a biurkiem, na które chcę je pieczołowicie złożyć. Dziury w torebce nie
        mam, sprawdzałam.
        • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 27.02.06, 18:43

          wydarzenie mialo miejsce 22 lutego
          Pojechalismy z tesciem po zakupy. Po wyjsciu ze sklepu T otworzyl bagaznik, a
          tam na srodku zapakowany w papier lezy spory bukiet kwiatow. T zlapal za
          wiechec, przypuszczalnie w celu przelozenia gdzie indziej, i w polowie zamachu
          zamarl. Kto mi to tutaj wlozyl?!
          Po chwili, nieco niesmialo moj maz zasugerowal, ze moze to te kwiatki na
          Walentynki, co tesciu przez pol godziny wybieral.
          Dobrze, ze byl swiadek kupowania kwiatow, bo T by sie do konca swiata upieral,
          ze ktos mu podrzucil powiedniety wiechecsmile
          • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 27.02.06, 21:59
            Guniu, odpadłam, odpadłam, odpadłam. Najgenialniejsze. Nie wręczył tych
            kwiatków?smile
        • siwapp Re: Jak pokonałam Alicję... 14.05.06, 11:37
          Zdradź mi proszę gdzie ta cholera może być!!! Moja legitymacja ubezpieczeniowa
          raczyła zaginąć około 2 miesiące temu, papiery przeszukane, w lodówce jej nie
          ma, w torebkach też. Skończyły mi się pomysły, gdzie może być. Pozostaje
          nadzieja, że raczy się objawić za jakiś czas w najmniej spodziewanym miejscu.

          tangotendresse33 napisała:

          > Umarłam 3 razy czytając ostatniej nocy wszystkie posty z tego tematu! A już
          > myślałam, że ze mną jest coś nie w porządku! Tymczasem widzę, że wszystko w
          jak
          >
          > najlepszym porządku!
          > Od kilku lat szukam mojej legitymacji ubezpieczeniowej, a ona "pojawia się i
          > znika i znika i znika". Już kilka razy mi ten numer zrobiła, świnia jedna...
          > Chwilowo znów jej nie ma. Ręce opadają.
          > Nie wspomnę o dokumentach, które dematerializują się tajemniczo pomiędzy moją
          > torebką a biurkiem, na które chcę je pieczołowicie złożyć. Dziury w torebce
          nie
          >
          > mam, sprawdzałam.
    • krowa_w_kropki Re: Jak pokonałam Alicję... 28.02.06, 16:43
      Oj, teść i walentynki genialne smile

      Przypomniała mi się moja nagminna przypadłość. Przed pójściem do sklepu zawsze
      robię listę co kupić, nawet jeśli to tylko 3 podstawowe produkty. Oczywiście
      zapominam zazwyczaj tej kartki, idąc do sklepu myślę o czyś całkiem innym
      pewna, że lista tkwi w kieszeni, w sklepie okazuje się, że karki nie ma, kupuję
      cokolwiek, gorączkowo zastanawiając się co też miałam kupić.
      Po przyjściu do domu kartka znajduje się w kieszeni czegoś, co miałam na sobie
      w sklepie. To jest dopiero złośliwość.
      • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 28.02.06, 17:51
        Nie wreczylsmile Mial rowniez prezent - przypuszczam, ze dlatego zapomnial o
        kwiatach.

        Co do karteluszek i zakupow, to ja pisze 2, a nieraz nawet 3 listy. W sklepie
        jak sie domyslacie nie mam zadnej. Moj maz upewnia sie, ze wysiadajac z
        samochodu kartke mam w garsci. Zaraz po wejsciu do sklepu okazuje sie, ze lista
        sie zdematerializowala. Sama nie wiem jak to sie dzieje.
    • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 08:01
      Staram się do tego nie przyznawać, jako że podonbno jestem osobą poważną.
      Niewiem tylko czy poważne osoby jadą w tramwaju i ryją ze śmiechu czytając
      książkę. Oduczyłam się i nie jeżdżę z Chmielewską w tramwaju.
      A propos roztargnienia.
      Było to lat temu dużo >>>
      Moja córka miała trzy - cztery tygodnie, synek półtora roku. Poszłam z dziećmi
      gdzieś do miasta (Tak się mówi w Krakowie, pewnie gdzieś w okolice Rynku.
      W okolicach godz. 12-tej wracając do domu musiałam zrobić zakupy. Zostawiłam
      głęboki wózek z córcią przed sklepem, drugie dzieciątko podreptało razem ze
      mną. Zrodbiłam zakup, wzięłam dzieciątko za rączke i stwoeirdziłam. Pawełek
      teraz musimy iść szybciutko, bo trzeba nakarmić Patrysię.
      Potuptaliśmy szybciutko, wydreptaliśmy na drugie piętro w starym budownictwie i
      w tym momencie - rany boskie - dziecko zostało pod sklepem.
      No więc z powrotem, tym razem z Pawłem na rękach. Pod sklepem stoi wózek,
      córcia śpi, moja koleżanka ją kołysze. Kamień z serca.
      Drugi taki numer wykonałam mniej więcej 10 lat później z moim ukochanym
      jamnikiem. Niewiele brakowało, a też zostałaby pod sklepem, tylko ona dała głos.
      • stara.gropa Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 08:22
        Takiego numeru, to nawet Alicja nie wywinęła. Zostawić dziecko przed sklepem!
        Palma pierwszeństwa dla Mzrr21.
        • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 09:16
          Dziękuję bardzo.
          Moja córka, która zna sprawę z opowieści, czasem mi to wypomina.
          Najciekawsze w tym wszystkim było to, że Pawełek się strasznie opierał przeciw
          takiemu prędkiemu powrotowi do domu. Ogłądał się do tyłu, cos tam mruczał,
          dzidzi cos tam (cholera go wie). Dostał lekkiego klapa, opór jakby zmalał.
          Dopiero potem dotarło do mnie, że on nie chciał iść do domu bez dzidzi.
          • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 13:49
            No to ja jestem takim zgubionym dzieckiem.
            Jak miałam ok. 3 lat, tata ciągnął mnie na sankach. Wracaliśmy do domu, było
            zimno i coraz ciemniej. Tata przyspieszał, droga nierówna - efekt taki, że ja
            zostałam w koleinie śnieżnej. Okutana po czubek głowy, leżałam spokojnie w
            śniegu. Tata po pewnym czasie zorientował się, że coś za lekko idą mu sanki.
    • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 14:01
      Mnie podobno też z sanek zgubuli. Ale słuchaj to nie to samo, spadło dziecko z
      sanek zdarza. Ale zostawic pod sklepem. wstyd
      • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 14:18
        Może wtedy nie byłaś jeszcze do końca oswojona z myślą, że masz już dwoje
        dzieci? W końcu do wszystkiego trzeba powoli przywyknąćsmile) Ale faktycznie, przy
        takim wyczynie, to gubienie przedmiotów blednie i odpada w przedbiegachsmile)
        • 36krzysiek Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 15:26
          sliczny wącik smile popłakałem się ze smiechu smile tez mam dwa Alicyjne wypadki do
          opisania:
          1. lodówka do rozmrożenia, bo od sniegu już sie nie domyka, wiec wypakowuje
          przymarznieta zawartosc zamrazalnika, siup do wanny do przegladu i w jedym z
          woreczkow foliowych znajduje zamarznieta biala kule, patrze mysle co to moze
          byc? okazało się, że to 3 pary białych bawełnianych nowiutkich slipek, które mi
          nigdy nie zginęły. Po rozmrożeniu swietnie nadają sie do uzytku.
          2. przypadek jako żywy z Guruy: zgubiłem na Ursynowie blok z mieszkaniem i
          znajomymi w srodku,wieczor, ciemno, wyszedlem po papierosy na stacje metra i
          juz nie umialem wrocic. bez komorki, nie znam ulicy, numeru bloku, nawet
          pietra, nazwiska nie bedzie bo mieszkanie wynajete. Po godzinie wyszli mnie
          szukac i znalezli na lawce w skrajnej rozpaczy po spaleniu polowy paczki fajek.
          Nigdy wiecej nie pojade na Ursynow
        • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 29.03.06, 08:17
          To na pewno. Ona miała wtedy dwa tygodnie.
          Sprawdziłam w domu, w papiurkach. To było jej pierwsze wyjście.
          Dobrze że jej nie zgubiłam na śmierć.
    • 36krzysiek Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 15:40
      ha! zapomnialem o tatusiu! to bylo bardzo dawno temu, tatus pracowal w
      Niemczech i zabral mamusie na wakacje. po drodze zatrzymali sie na stacji i po
      zatankowaniu tatus pojechal dalej, zostawiajac mamusie w kibelku. tatus
      przyzwyczajony do samotnych podrozy, mamunia w kibelku ni fersztejen na tej
      stacji. oczywiscie po nia wrocil nie odzywala sie dobre 3 dni do niego.
      • bumbecki Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 16:00
        mój tata poszedł odebrać swoją nowonarodzona córcię (tzn mmie) i żonę ze
        szpitala. Wyszła pielęgniarka, podała mu becik a on go pod pachę wsadził i
        dalej czekał na żonę z dzieciątkiem. Pielęgniarka jednak mu zwrociła uwagę, że
        w beciku dziecko jest...
      • minerwamcg Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 17:29
        Takie coś zdarzyło nam się podczas wyjazdu na występy gościnne na Węgry.
        Jechaliśmy autokarem, zatrzymaliśmy się na postój w Austrii, coś tam zjedliśmy
        i jazda dalej. A tu za kilka kilometrów wyprzedza nas osobowy samochód i trąbi
        jak na pożar! Stajemy, z samochodu wyskakuje nasz kompozytor (pseudo Lemur), i
        dalejże nas lżyć... Zdaje się, że nawet jacyś "faszyści" tam byli smile)
        Jedziemy w następnym roku do tego samego miasta, tą samą drogą. Przy tym samym
        zajeździe ktoś proponuje postój. Techniczny (pseudo Elf) podnosi wrzask: "Nie!
        Nie! Tam w kibelku siedzi Lemur zamknięty!!!"
        • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 28.03.06, 19:25
          Hehe mój historyk"ukochany" zawsze robi takie numery tongue_out Kiedys został w nocy
          chyba na Słowacji bez poszportu i dokumentów, a reszta wcieczki przejechałam
          granice i dopiero sie zorientowali, ze kogoś brakuje. Nie wspominając, ze
          kiedyś zgubił się w Warszawie bo bardzo zajęty ogladaniem poszedł w inna stronę
          niz wycieczka...
          • neurosis Re: Jak pokonałam Alicję... 01.04.06, 23:10
            kolezanki mama przez cztery lata w dwoch roznych butach chodzila. Dalej by byla
            nieswiadoma gdyby nie to ze buty jej przemokly i na kaloryferze je suszyla. Cos
            jej nie pasowalo... z wierzchu calkiem do siebie podobne, jednak obcasy
            diametralnie rozne (jeden 'zwykly' obcasik, a drugi koturn) - tak je przed laty
            kupila!
          • vandalia Re: Jak pokonałam Alicję... 07.05.15, 00:26
            Temat: Jak zgubić resztę wycieczki na krok nie oddalając się od umówionego miejsca ponownej zbiórki. Miejsce akcji - przy fontannie na Piccadilly Circus w Londynie (lokalizacja ma tu znaczenie). Przewodnik, po kilometrach zwiedzania i dotarciu do tejże słynnej fontanny zarządził godzinę czasu wolnego niezorganizowanego. Reszta wycieczki ochoczo się rozśrodkowała w różne strony, ale ja przy fontannie zostałam - bo nogi mi już odpadały i nie chciało mi się. Więc sobie obuwie zdjęłam (uff!), umościłam się na schodkach fontanny i z błogością chłonęłam późnowieczorny klimat i krajobraz, urozmaicony np. pokazami połykaczy ognia itp. Umówiona godzina minęła mi bardzo miło, ale jakoś nikt z wycieczki się nie pojawiał, a czas mijał. I mijał. I mijał. I wreszcie zdałam sobie sprawę, że już zapadła noc, ja jestem sama w nieznanym mi wówczas mieście, nie mam żadnej mapy, bo po co - wszak byłam z wycieczką i przewodnikiem, nie pamiętam krętej trasy przebytej z wycieczką od autokaru, a dobra znajomość języka tubylczego mi nie pomoże, bo przecież nie mam pojęcia gdzie ten autokar zaparkował. Telefonów komórkowych jeszcze wtedy nie było. A jeszcze przewodnik nas wcześniej ostrzegał, że Soho i Chinatown (a tam się szwendaliśmy poznawczo) to nie są zbyt bezpieczne miejsca w weekendowy wieczór, szczególnie dla samotnych dziewczyn, więc mamy się nie oddalać. Ale JA SIĘ NIE ODDALIŁAM! Ponadto nie znam adresu naszego hotelu na przedmieściu, nazwy też nie pamiętam, kasy już nie mam nawet na metro, gdybym jednak sobie nazwę hotelu przypomniała i adres ustaliła.. Więc dylemat okropny: czekać dalej przy fontannie, czy spróbować znaleźć autokar i wierzyć, że się naprawdę przy tym nie zgubię? Wybrałam czekanie - i słusznie. Po następnej godzinie przyleciał kurcgalopkiem spanikowany przewodnik i z biegu próbował MNIE obsobaczyć! Okazało się, że inni wycieczkowicze, zamiast na własną rękę się powałęsać po Londynie, po kwadransie i paru przecznicach spontanicznie się znów zgrupowali, ino gdzieś indziej, trzymając się przewodnika jak kurczęta kwoki. Zapomnieli o umówionej zbiórce przy fontannie, spokojnie wrócili do autokaru i odjechali. Po jakimś czasie ktoś się zorientował, że jednej sztuki brakuje, więc zawrócili. I wszyscy mieli o to - DO MNIE ! - pretensje. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie... Ale wycieczkę zgubić w miejscu zbiórki uważam za bezcenne smile
    • 36krzysiek Re: Jak pokonałam Alicję... 13.04.06, 12:41
      jestem czlowiekiem zmotoryzowanym, jednak w tygodniu wygodniej i sprawniej jest
      mi sie poruszać komunikacją miejska z uwagi na bliskośc pracy i centrum, wiec
      samochod traktuje z lekka po macoszemu li tylko do ciezszych robot. Pewnej
      wiosennej soboty udalem sie samochodem na tak zwany shopping. Po zaliczeniu
      galerii handlowych zatrzymalem sie jeszcze przy Marszalkowskiej pod dawnym
      Warsem i Sawa. zwiedzilem szereg sklepow ciuchowo-spozywczo-empikowych i gdy
      juz nie bylo gdzie zajgladac w celu dreczenia ekspedientek, wrocilem do domu.
      jakie bylo moje zdumienie, gdy wyjzawszy wieczorem przez okno mieszkania nie
      zobaczylem swojego samochodu! Ukradli! Zmrozilo mnie absolutnie! Po chwili
      dotarlo do mnie, ze nie przyzwyczajony po poruszania sie po miescie autem
      najzwyczajniej w swiecie o nim zapomnialem i udalem sie z Marszalkowskiej
      spacerkiem do domu przez Park Saski i Plac Bankowy. Samochod grzecznie stal
      tam, gdzie go zostawilem.
      • to.ja.kas Re: Jak pokonałam Alicję... 25.04.06, 10:04
        Nie moje, ale bomba.
        Sąsiad mojej koleżanki miał kochankę. Rzecz działa się w bloku, a
        kochanka "stała" trzy piętra niżej niż ślubna.
        Pewnego wieczora kochanka po zakrapianej , poznej kolacji poprosiła kochanka
        (który zeznał, że wyjechał na kilkudniową delegację żonie)o wyniesienie po
        cichu smieci. Wiec wybiegł biedaczek w kapciach, koszulce i krótkich majtkach z
        wiadrem, wyrzucił smieci i wrócił...do żony !!!!
        Podobno krzyk wielki był na klatce jak slubna otworzyła a w drzwiach maz w
        bieliznie, kapciach i z obcym koszem na smieciach stanął smile))))
        • mhanutka Re: Jak pokonałam Alicję... 01.05.06, 20:33
          Udałam się z moją Teściówką na zakupy samochodem. Jako że nie widziałysmy się
          dawno, bardziej rozmawiałysmy niz kupowałyśmy. Wróciłyśmy do samochodu nadal
          pochłonięte rozmową, wyciągnęłam kluczyki, zaczęłam gmerać w zamku i marudzić,
          że coś się zacina. Już miałam wzywać męża na pomoc, gdy Teściowa zwróciła mi
          uwagę, że dobieram się do cudzego samochodu.
        • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 03.05.06, 08:31
          Urban legend. Moja mama opowiadała mi to ("kolega ojca...") już 20 lat temu.
        • manai Re: Jak pokonałam Alicję... 26.02.08, 18:40
          no, a to jest bardzo klasyczny przykład "legendy miejskiej" wink
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 03.05.06, 11:48
      A co zrobić, gdy ukochana osoba, dotąd ostoja niezawodności i granitowego
      uporządkowania, zaczyna wykazywać coraz więcej cech Alicji? Zacząć poić
      lecytyną? Czy lać i kochać dalej? smile
      • katarina123 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.05.06, 20:38
        robiłam kiedys mamie grzane piwo z cynamonem i zcukrem. cynamonu sypnęłam od
        serca, bo bardzo lubię, cukru też nie mniej bo mama chciała dużo. dumna z
        siebie niosę piwko (wlałam od razu do garnka butelkę 0,6) dla mamusi... coż sie
        okazało, że bardzo obficie je... posolilam!!!a cynamonu mama już wcale nie
        lubismile
        druga historyjka tez z mamą...
        mama kupiła psu tabletki. wyjęła z torby i połóżyła na widoku, żeby pamiętać
        psa lekarstwem nakarmić. przychodzi czas na leki a tu ups... nie ma tabletek!
        przeszukałyśmy człe mieszkanie(2pokoje z kuchnią) łącznire z zaglądaniem pod
        łózka i na balkon( to była środek zimysmile). tabletki wsiąkły. po dłuższej
        analizie każdego kroku mamy zguba sie znalazła: ...w koszu na śmieci! od razu
        się wyjaśniło kto wysypał pety z popielniczki na stół w kuchnismile
        • katarina123 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.05.06, 21:03
          albo kiedys sobie zrobiłam herbaTĘ w takim dużym, ciemnym kubku. piłam ja i
          piłam, ale jakaś taka słaba byla i bez samku, ale wypiłam. dopiero jak chcialam
          umyc kubek to si.e okazało że zapomniałam wrzucić torebke i z takim zapałem
          wypiłam kubas przegotowanej wodysmile
    • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 30.06.06, 19:56
      Pisałam już, że przeglądam archiwalne wątki i teraz pozwolę sobie jeden z nich
      odświeżyć, bo właśnie popłakałam się ze śmiechu. A może w międzyczasie i Wam
      się coś przydarzyło, co by tu można było dodać (innym czytającym ku uciesze...)

      A teraz coś ode mnie.
      Dawno to było, jeszcze z rodzinką mieszkałam. Wracam sobie do domciu, a tam coś
      jest w skrzynce na listy. Akurat czekałam wtedy na jakąś korespondencję (nie
      pamiętam już jaką, ale zależało mi bardzo). Ucieszyłam się szaleńczo i gnam po
      schodach na górę, co by wziąć kluczyk. Mieszkałam na drugim piętrze. Radość
      niosła mnie na skrzydłach, więc drogę pokonałam w zawrotnym tempie, wpadłam do
      mieszkania niemal z pieśnią na ustach i rzuciłam się do kuchni. Kluczyk od
      skrzynki znajdował się w szafce pod zlewozmywakiem, na takim małym haczyku.
      Oprócz niego, w szafce był też kosz na śmieci, jakieś chemikalia, szczotka z
      szufelką i tego typu rzeczy. No i ja, z tą płomienną radością, dopadam szafki,
      zamaszystym ruchem otwieram drzwiczki, łapię za szczotkę i szufelkę, po czym
      lecę z tym na korytarz. Zastopowało mnie na schodach. Popatrzyłam na trzymane w
      ręku przedmioty i zaczęłam się zastanawiać o co mi chodzi. Nie jestem
      entuzjastką sprzątania, więc mój wewnętrzny nastrój nijak nie pasował mi do
      miejsca i rekwizytów które miałam w ręku. Zgłupiałam nieco, euforia we mnie
      sklęsła i wróciłam z powrotem. O liście przypomniałam sobie dopiero jak
      chowając szczotkę zobaczyłam kluczyk smile))

      Inny niezły numer wywinęliśmy na spółkę z tatą. Miał zanieść do garażu coś
      ciężkiego, a ja obiecałam mu pomóc. Zawsze, gdy wraca skądś samochodem, to
      jedzie od razu do garażu, bo nie lubi żeby samochód przed blokiem stał. No, ale
      że mieliśmy targać te ciężary, to wyjątkowo pod dom podjechał, co by to tylko
      znieść i zawieźć. W domu coś nas na chwilę zatrzymało. Nie pamiętam, może
      obiad, może coś interesującego w telewizji. Pamiętam tylko, że w pewnym
      momencie zaczęliśmy o czymś zażarcie dyskutować. Rozmawiając zapakowaliśmy ten
      ciężki tobół do torby, każde chwyciło ze swojej strony, po czym zeszliśmy na
      dół i... skierowaliśmy się do garażu (wciąż zawzięcie dyskutując). Po drodze
      zatrzymaliśmy się kilka razy, bo ciężkie to było bardzo i sapanie nam w
      rozmowie przeszkadzało, ale o samochodzie żadne sobie nie przypomniało. Dopiero
      pod garażem, jak tata drzwi otworzył... smile)
      Do dziś się z tego śmiejemy.
      • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 02.07.06, 15:58
        Jakie to szczęście, że właśnie wczoraj trafiłam na forum fanów Chmielewskiej a dziś przeczytałwm ten wątek. Inaczej chyba bym zwariowała w samotności a tak mam wspaniałe towarzystwo. Po pierwsze, dzień dobry, jestem nowa na tym forum ale stara maniaczka chmielewszczyzny. A oto co mi się dziś przydarzyło.
        Po pierwsze nie jadam słodyczy. Nie lubię. Mam tak od dziecka. Po drugie mój mąż to nadrabia. Lubi, kocha słodycze i może jeść tonami. Szczególnie czekoladę.
        Po trzecie, z powodu tej jego nadmiernej miłości do czekolady chowam po kątach zapasy a na wierzchu zostawiam wydzielone porcyjki. Nie żałuję mu ale chcę go jeszcze trochę mieć a boję się cukrzycy, która w jego rodzinie się pałęta.
        A teraz konkrety. Dziś rano zginęły cztery cukierki. Czekoladowe. Każdy inny.
        Jeszcze wczoraj wieczorem, kiedy mąż już spał, położyłam je na kredensie żeby miał na oczach jak wstanie i żeby nie było ciągłego gadania, że chowam i żałuję.
        Dziś rano cukierków nie było. Ani jednego. Suczka jest poza podejrzeniem a koty miały "nocną zmianę w terenie" i też nie wchodzą w rachubę. Mąż się nie przyznał i obraził za posądzenia. Ja przecież też nie. Więc gdzie są? Na marginesie, prawy bark mam "zapalony", wisi na temblaku, boli jak diabli i nie pozwala na żadne ekscesy. Wieczorem wzięłam dwa proszki przeciwbólowe żeby się trochę przespać bez wycia. Z tego też powodu nie słałam rano swojego łóżka. Koło południa mąż się "odobraził" i stwierdził, że pościele za mnie. Po zdjęciu poduszki okazało się, że leżą pod nia cztery papierki od cukierków. Kto je zjadł? Ja nie. W życiu nie zjadłam cztrech cukierków. Nie na raz! I co, w nocy wstałam, śpiąc polazłam do drugiego pokoju, zeżarłam a papierki przyniosłam i schowałam pod poduszkę? Nigdy w to nie uwierzę. Mąż triumfuje: już wiem po co chowasz słodycze. A ja głupia jestem. Co to było?
        • minerwamcg Uał! Duża rzecz... 02.07.06, 17:47
          Krótko mówiąc, wszyscy jesteście podejrzani. Wyjaśnienia są dwa, oba do
          chrzanu - że otumaniona środkami przeciwbólowymi pożarłaś je lunatykując, albo
          że mąż robi Ci psikusa i idzie w zaparte. Oba wyjaśnienia, jak powtarzam, do
          chrzanu smile))
          Pies i koty raczej odpadają smile
          • marrtawu Re: Uał! Duża rzecz... 05.07.06, 00:21
            Bo z braku przeciwstawnego palca pierwszego nie obierają z papierkówsmile
            A pod czyją poduszką były?
            • lylika Re: Uał! Duża rzecz... 05.07.06, 18:20
              marrtawu napisała:

              > Bo z braku przeciwstawnego palca pierwszego nie obierają z papierkówsmile
              > A pod czyją poduszką były?

              Przez ostatnie dni, już bez emocji, zastanawialiśmy się z mężem nad tym numerem z cukierkami i wyszło nam, że jedno z nas jest lunatykiem. Jeśli ja to pół biedy, bo poza ukrytą głęboko pasją do cukierków czekoladowych niczego niebezpiecznego ze sobą nie niesie. Natomiast jeśli lunatykiem jest mąż, to jest nie tylko lunatykiem ale i perfidnym złośliwcem /chowanie papierków pod MOJĄ poduszkę/ a to już wymaga poważnego zastanowienia się nad sytuacją.
              Co może zrobić następnym razem?
        • vandalia Re: Jak pokonałam Alicję... 07.05.15, 00:53
          Cudne! Ale - na pociechę - mogło być gorzej! Pojechaliśmy w 2 pary do Berlina na koncert Santany, i nie żałowaliśmy sobie różnych "wód rozmownych" - przed, na i po koncercie. Ok. 3 -4 w nocy jakoś dotarliśmy do naszego hoteliku. Rano nasi przyjaciele opowiedzieli nam swoją nocną przygodę: trochę się jeszcze pokotłowali dla przyjemności i zasnęli. Rano obudzili się porażająco wysmarowani od stóp do głów (wraz z pościelą) czymś ciemnobrązowym i raczej niemiło się kojarzącym.. Szok! Wreszcie któreś z nich bohatersko zdecydowało się na powąchanie owej mazi - i się okazało, że były to całkiem rozdyźdane czekoladki, które obsługa położyła im na poduszkach a oni ich nie zauważyli smile Więc znalezienie samych papierków po czekoladowych cukierkach w łóżku to była sama przyjemność smile) Co do cukierków stawiam na jednak na suczkę - psy lubią słodycze, a i umieją ślady zacierać smile
          • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 07.05.15, 09:40
            Vandalia dzis zagwarantowala mi dwie salwy w pociagu.
            znakomicie to opisalas, dzieki.
            • se_nka0 Re: Jak pokonałam Alicję... 19.05.15, 19:14
              ,, a zaraz potem na watek pogodowy..,, - big_grin

              Witam nowe duszyczki, fajnie Was czytać smile
    • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 11:40
      Szkoda, żeby taki fajny wątek zniknął.
      Bywałem w miarę często (ale w dużych odstępach czasowych) służbowo w szkole
      pożarniczej (nie w Warszawie). Podczas kolejnej wizyty wszedłem sobie tym samym
      co zawsze wejściem. I tu niespodzianka. Zamiast swobodnego wejścia do biura
      służba dyżurna. Okazało się, że administracja się przeniosła. Na pytanie a
      gdzie? uzyskałem zwięzłą odpowiedź, że tam, gdzie była prokuratura. Bardzo
      pożyteczna dla mnie informacja. Po negocjacjach pomiędzy odbieranymi telefonami
      o pożarach, kotach na drzewie itp. (szkoła jest też jednostką straży), udało
      mi się wydoić informację, że trzeba wyjść o tymi drzwiami na dziedziniec,
      przejść w lewo i wejść schodami na drugie piętro. No to wyszedłem na
      dziedziniec. Akurat strażacy jakiś sprzęt sobie sprawdzali, chyba poduchę do
      spadania z dachu. Patrzę w lewo skos i faktycznie są schody. Ażurowe, metalowe,
      kręcone, w kolorze wściekle pomarańczowym stały sobie przy ścianie. No i co z
      tego, że tak nietypowo. Podszedłem do nich i wchodzę. Ale coś one dziwne.
      Wysokość stopni się zwiększa. Stopnie nie są już poziome, tylko lecą w tył. Nie
      starcza mi podniesienia nogi na następny stopień, a to dopiero półtora piętra.
      Kończy się barierka. Dopiero wtedy, powoli jak widać, dotarło do mnie że to nie
      są schody do biura, tylko do gimnastyki strażaków. Jak już z nich zlazłem
      (żałując, że nie mam kilku dodatkowych rąk), to poducha napompowała się w
      balon, bo wszyscy pożarnicy wytrzeszczają na mnie gały. Po zejściu skupiłem się
      i dostrzegłem tuż obok tych cyrkowych schodów drzwi. Złapałem za klamkę. Całe
      szczęście były otwarte, a za nimi normalna klatka schodowa i normalne stopnie.
      Uff.
      • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 12:18
        O rany, popłakałam się! smile))) (dobrze, że sama w pokoju teraz jestem, to mogę
        się wyśmiać do woli)

        Od razu przypomniały mi sie moje perypetie ze schodami...
        Miałam praktykę studencką na Politechnice w Warszawie. Wychodziłam zawsze przez
        główne wejście, aż tu któregoś dnia miały tam być jakieś targi. zaczynali
        ustawiać stoiska. Cały główny hol zagrodzony taśmą na słupkach i przejście
        zabronione. No to niby jak mam wyjść?! Próbuję się przemknąć cichcem, ale pan
        pilnujący zauważył - pokazuje mi palcem "wynocha", mówiac coś o drugich
        drzwiach. Nie mam pojęcia gdzie owe dzrwi są, ale pytam. Ktos tam w biegu mi
        pokazał, no to idę. Wyszłam na jakiś dziedzińczyk otoczony murem. W murze krata
        i zadnego wyjścia. Tylko jedne drzwi, ale na powrót do budynku. No to podejmuję
        kolejną próbę przejścia przez "zasieki" z taśmy i palików. Pan wciąż jest, do
        tego czujny jak pies policyjny. Wracam poirytowana i jeszcze raz oglądam
        dziedzińczyk. Nic z tego - przez mur nie przeniknę nijak, krata nie otwiera się
        na pewno. No to podkradam się po raz trzeci. Cichutko, na palcach, schylam się
        pod taśmą... I znowu cerber! Paluch na mnie i "won". Grrrr!!! Zła jak nie wiem
        co wracam do tego wyjścia i czekam na jakąś istotę ludzką. szybkim krokiem
        podąża jakis facet. Łapię go w biegu i rozpaczliwie pytam - jak stąd WYJŚĆ!?!
        Machnął reką w stronę owych drugich drzwi mówiąc: "Tędy, przez drugie piętro".
        Informacji nie zrozumiałam. No bo jak, skakać mam z tego piętra, czy co?! Ale
        poszłam, myśląc sobie, że może jak zobaczę to piętro to mi sie rozjaśni. No i
        faktycznie, okazało się, że tam na piętrze był korytarzyk okrążający cały ów
        główny hol i schody na dół z drugiej strony. Udało się, ale po raz kolejny
        doszłam do wniosku, że ten budynek jest skomplikowany..... wink))
        • meduza7 Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 13:15
          O robieniu sobie kawy.
          nalałam wody do ekspresu, nasypałam kawy, prztyknęłam guziczkiem i poszłam
          sobie. Po jakimś czasie wracam, patrzę... nie podstawiłam dzbanka. Na szczęście
          ekspresik ma coś takiego, że jak się dzbanka nie podstawi, to kawa nie leci.
          Podstawiłam iścieklo mi ładnie wszystko naraz.
          • 36krzysiek Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 13:32
            Robienie sobie kawy bez wody, albo kawy bez kawy tylko na wodzie, to u mnie
            normalka. A kto z was zgubil filizankę z kawą i pączka w biurze? No kto ? Dobre
            40 minut szukałem i nic. Kamień w wodę. Po godzinie znalazłem - u prezesa na
            stoliku sobie grzecznie stało wszystko. Idąc z kuchni do siebie nie zanotowałem
            wizyty u prezesa, od którego brałem Bardzo Ważny Dokument. Prezes widział, że
            postawiłem to wszystko i myslał, że chcę spozyć te specjały w jego towarzystwie
            i niczego nie podejrzewając, czekał. Zgubę znalazłem przez przypadek, idąc z
            inną Bardzo Ważną Sprawą.
            • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 14:04
              A kto z Was zgubił w lesie kubeł z grzybami?? A?
              Mnie kiedyś się przytrafiło. Dużo tego było, oczy mi iskrzyły i tak szłam -
              jeden, o! drugi, trzeci!... Zbierałam w garść, co by wiadra nie targać, po czym
              odwracam się i nie wiem gdzie wiadro zostało. Krzaczek do krzaczka podobny... A
              szukać trudno, bo tu grzyb, tam grzyb - oczy ciągnie. Kręciłam się jak nie
              powiem co i w czym, ale w końcu znalazłam smile))
              • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 14:14
                A kto założył dwa szkła kontaktowe na jedno oko? tongue_out
                • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 22:00
                  Tego się nie da zrobićbig_grin!!!!!!
                  • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 22:25
                    marrtawu napisała:

                    > Tego się nie da zrobićbig_grin!!!!!!
                    ...
                    Nie da się tylko włożyć majtek przez głowę, cała reszta jest wykonalna - jak mawia moja sąsiadka.smile
                    PS Marrto, może da się założyć Alicję 2? Tu już bardzo długo się trzeba plątać po wątku.smile
                    • stara.gropa Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 10:09
                      Teraz to nawet majtki można zakładać przez głowę - body. Czyli wszystko
                      możliwesmile
                      • felis2 męska definicja body 20.09.06, 10:25
                        miejsce akcji: Mazury, jacht
                        bohaterowie: załoga damsko-męska
                        Rozmowa diabli już wiedza o czym, wsród pań padł wyraz 'body'
                        mężczyzna1: Co to jest body?
                        mężczyzna2: Nie wiesz? To takie majtki z golfem
                        Kurtyna.

                        Wprawdzie nikt tu nie pokonywał Alicji, ale jak już mowa o body to skojarzenie
                        mam natychmiastowe i nie mogę się powstrzymaćsmile
                    • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 13:56
                      ad PS
                      Ja bym ten wątek zostawił w całości. Co za lekturasmile))
                  • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 22:41
                    > Tego się nie da zrobićbig_grin!!!!!!

                    Jak się nie da, jak się da?! big_grin
                    A drugi numer - założyć szkła kontaktowe, po czym pójśc do Vision Express po
                    odbiór naprawianych okularów, założyć te okulary (żeby sprawdzić, czy oprawka
                    nie uwiera za uchem) i stwierdzić, że to nie moje okulary, bo kompletnie nic
                    nie widzę!!! No pewnie, soczewki minus sześć, i na to okulary tez minus
                    sześć....
                    • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 22:53
                      Moja mamusia włożyła dwie wieczorowe rękawiczki /takie długie za łokieć/ na jedną rękę i nerwowo szukając brakującej powtarzała, że nie ma po co jej szukać
                      bo ta jakaś ciasna i nieładnie leży.smile
                    • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 23:18
                      Jedno na drugie? Weszło? Muszę spróbowaćsmile
                      • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 09:04
                        marrta, a żebyś wiedziała, ile jest potem szukania tego szkła :0 Pan Hilary to
                        przy mnie szczeniak smile
                        (prywata: jak dam radę dzisiaj, napiszę Ci mejla).
                        • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 09:19
                          Nasz wujek zalozyl na siebie dwa garnitury i dwa krawaty. Nie bylo mu wcale za
                          grubo ani niewygodnie.
                          No, ale on mial juz dobrze posunietego , zdiagnozowanego Alzheimera.
                          Ja wiem, ze ten Niemiec wcale do tego niepotrzebny.
                  • cutsson Re: Jak pokonałam Alicję... 04.03.07, 21:12
                    Da się! Ja też tak zrobiłam!
                    --
                    "The Darkness around me...
                    Shores of the Solar sea..."
                • ziabazielona Re: Jak pokonałam Alicję... 06.05.15, 15:20
                  Ekhm, tego.To ja się najpierw przywitam, bom nowa. Dzień dobry uprzejmie. Czytam od dawna, ale odzywam się pierwszy raz, bo mię zakładanie dwóch szkieł na jedno oko zmotywowało. Otóż mnie się udało soczewkę kontaktową w oku zgubić. Wieczorem elegancko zdjęłam jedną, odłożyłam do pudełeczka, po czym gmeram w drugim oku i gmeram. Macam się po gałce ocznej i nic wymacać nie mogę. Zaglądam do lustra i widzę, że na oboje oczu tak samo nie widzę, więc uznałam, że mi soczewka zwyczajnie gdzieś na podłogę wypadła, a przecież po nocy się nie będę czołgać pod umywalką. Po całej słodko przespanej nocy, rankiem coś mię zakłuło pod powieką. No to zaglądam i wydłubałam sobie z oka tę wczorajszą soczewkę. Schowała się skubana gdzieś po drugiej stronie gałki ocznej...
                  • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 06.05.15, 16:10
                    Witaj Ziabo.
                    I przy pomocy soczewki juz pieknie weszlas na forum.
                    Wiesz co dalej robic? Lecisz teraz na inne watki po dobrze przelamanych lodach.
              • konsta-is-me Re: Jak pokonałam Alicję... 08.06.11, 05:16
                He ,he mialam to samo z jagodami...
      • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 13:32
        G0p0sie, leżę ze śmiechu. I juz nawet nie wyję, bo nie mam siły, tylko cichutko
        jęczę.
        • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 13:35
          A na zdrowie Dzidkasmile
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 06.09.06, 23:43
      To wszystko, po prostu, przechodzi ludzkie pojęcie... smile))))
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 14:25
      Popieram! Ręce precz od tego wątku! Tylko w całości ma siłę rażenia taką, jak
      trzeba - co chwilę ktoś tu umiera ze śmiechu i trupów już, jak mrówków.
      Osobiście zmartwychstałam już kilka razy, choć wczoraj, po Twojej drabinie,
      G0p0sie, to już byłam prawie pewna, że koniec, więcej nie dam rady znieść smile)))
    • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 07.09.06, 14:27
      Zmartwychwstałam oczywiście, nie zmartwychstałam, cuda się zdarzająwink
      • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 13.09.06, 17:25
        Ludzie miejcie litosc!! Umalowalam sie przyzwoicie drugi raz w tym roku i juz
        wszystko rozmazane!
    • 36krzysiek Re: Jak pokonałem Alicję... 15.09.06, 09:00
      Wkładam dziś rękę do kieszeni marynarki i co znajduję? Klucz do pokoju
      hotelowego, w którym spałem 3 dni temu.
      • lylika Re: Jak pokonałem Alicję... 15.09.06, 09:05
        36krzysiek napisał:

        > Wkładam dziś rękę do kieszeni marynarki i co znajduję? Klucz do pokoju
        > hotelowego, w którym spałem 3 dni temu.
        ...
        Od rana temat kluczy. Ogłaszam 15 września Dniem Klucznika. Kosultacje u Dorki i Krzyśka.smile
    • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 16.10.06, 18:54
      Dzisiaj mocno wyprzedziłam konkurentów do tytułu najbardziej spektakularnego
      zwycięstwa nad Alicją.
      Czytam zawsze i wszędzie. Siedziałam sobie dzisiaj tam, gdzie król chodzi
      piechotą, i czytałam "Chmielewską dla zaawansowanych". Po skończeniu...
      czytania, odłożyłam książkę na brzeg umywalki. Ale brzeg jak to brzeg, śliski i
      wąski, i książka zsunęła się do środka umywalki.
      - Masz ci los - zmartwiłam się wstając z tronu - umywalka wilgotna, miejmy
      nadzieję, że się Gurułka za bardzo nie pomoczyła...
      Po czym odkręciłam kran.
      • ida14 Re: Jak pokonałam Alicję... 16.10.06, 18:56
        Dzidka może podświadomie myślałas o Krokodylu i próbowałaś czy czasem nic nie
        jest ukryte miądzy warstwami okładki?? A nóz trafi sie mapka??
      • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 16.10.06, 23:13
        Dzidka, to jest dokonanie godne medalu smile)

        Moj syn zrobil podobnie: gdzies nam rura ciekla i przyjechala brygada sprawdzac
        nasze odplywy,kiblowe tez. Wpuscili w ruciag kamere na sznurku i fotografowali
        w celu zlokalizowania przeciekow. Bylo to rano, dzieci szykowaly sie do
        szkoly. Straszy spytal czy moze skorzystac z toalety, panowie spece
        potwierdzili ze moze , niech tylko nie spuszcza wody bo rura odplywowa,
        znajdujaca sie w pralni, jest otwarta na osciez. Moje dziecko po grubszym
        posiedzeniu, wstalo z kibla i natychmiast spuscilo wode. Dobrze ze przy tej
        otwartej rurze nikt akurat nie stal.
    • felis2 kawa 17.10.06, 08:17
      Robiłam kawę. Umylam termos, wstawiłam do ekspresu, założyłam filtr, nasypałam
      kawy, prztyknęłam włącznik.
      Minął czas jakiś, idę po kawkę. Odkręcam termos - hmmm, nie ma? Już wypili?
      Odkręcam całkiem, zaglądam - no nie, wypili, umyli, do licha, czemu nie zrobili
      nowej, wcześnie przecież!
      I tu padło pełne zainteresowania pytanie: Nalałaś wody?

      Nie nalałamsmile Mało tego, po kilku dniach powtórzyłam numer z parzeniem kawy na
      sucho....
      • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 08:49
        Przypomniało mi się...
        Szłam kiedyś do koleżanki, która mieszkała w bloku. Przed drzwiami do klatki
        jest taka kratka do wycierania nóg, wiecie, a tam ktoś toto wyjął i była taka
        dziura na pół metra. Zirytowało mnie to, co za głupek, bo przecież ktoś w to
        wpadnie! Po wejściu natychmiast powiedziałam o tym z oburzeniem koleżance i jej
        mamie. jakiś czas potem przyszedł tata koleżanki, podobnie oburzony jak ja i
        narzekał na wandali. Po jakimś czasie zakończyłam wizytę. Gdy wychodziłam
        koleżanki tata ptzypomniał mi o kratce, której nie ma. Powiedziałam, że wiem,
        bo sama to widziałam. No i jak myślicie, co było dalej? Tak jest, oczywiście
        otworzyłam dzwi od klatki i wpadłam! Dodam, że koleżanka mieszkała na pierwszym
        piętrze i przez ten krótki czas już zdążyłam zapomnieć...

        Dziś też było nieźle. Nie mogłam znaleźć sera w lodówce. Wczoraj był spory
        kawałek. Mąż co prawda wrócił późno, ale aż tyle by nie zeżarł. Gdzieś
        włożyłam, ale gdzie? W końcu zaczęło mnie to irytować, bo przecież lodówka to
        nie jakaś otchłań. Zaczęłam myśleć co jeszcze wyjmowałam i tak drogą dedukcji
        znalazłam - zawinięty razem z pieczarkami! wink))

        (P.S. - dygresja - to jest mój 999 post!)
        • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 13:44
          dorka_31 napisała:
          > znalazłam - zawinięty razem z pieczarkami! wink))
          >
          Podaj przepis na ser z pieczarkami na zimno.smile))
          • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 13:54
            lylika napisała:

            > >
            > Podaj przepis na ser z pieczarkami na zimno.smile))

            A proszę! (specjalnie dla Ciebie)
            Wziąć ser, wziąć pieczarki i się zamyśleć. Reszta sama pójdzie wink)
            (tylko nie ręczę za efekty)
            • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 14:17
              dorka_31 napisała:

              > lylika napisała:
              >
              > > >
              > > Podaj przepis na ser z pieczarkami na zimno.smile))
              >
              > A proszę! (specjalnie dla Ciebie)
              > Wziąć ser, wziąć pieczarki i się zamyśleć. Reszta sama pójdzie wink)
              > (tylko nie ręczę za efekty
              ...
              To ja dodam moją polędwicę schowaną do pralki i zrobimy coś pysznego.smile
    • altu Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 14:14
      ja dzisiaj dokonałam odkrycia. zaginął mi w szafie (pół metra głęboka, wysoka
      na 2 metry, szeroka na 1,5 metra) szalik, i cztery rękawiczki - dwie bordowe i
      dwie czarne.

      półtora tygodnia temu jeszcze je widziałam.
      a dzisiaj - zniknęły.. jak kamfora wink
      • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 17.10.06, 14:36
        altu napisała:

        > ja dzisiaj dokonałam odkrycia. zaginął mi w szafie (pół metra głęboka, wysoka
        > na 2 metry, szeroka na 1,5 metra) szalik, i cztery rękawiczki - dwie bordowe
        i dwie czarne.
        >

        Cóż, szafa jednak większa, niż lodówka... (choć szalik z rękawiczkami, nawet po
        zwinięciu, też chyba będzie większy od mojego sera ...wink)
        Poszukaj tam, gdzie się nie spodziewasz. To też metoda smile)
        • kiciiaa Re: Jak pokonałam Alicję... 30.10.06, 10:47
          cudny ten watek
          ja generalnie jestem imponująco roztargniona o 6 rano, gdy wstaję do pracy i
          chodzę jeszcze śpiąc - efekty są ciekawe:
          1. dzisiaj rano idąc do budynku firmy, minełam główne wejście i oprzytomniałam,
          dopiero, kiedy skończył się budynek, a ja doszłam do następnego skrzyżowania
          2. kiedyś poszłam do pracy w sweterku ubranym na lewa stronę - przebrałam się w
          łazience
          3. mój osobisty rekord, to zrobienie do pracy śniadanka. zaplanowalam bułkę z
          pomidorkiem i do tego jabłko. pokroiłam pomidorka, umyłam jabłko, zapakowalam to
          wszystko i poszlam do pracy. w trakcie sniadania, już przytomna, odkryłam, że
          umyty pomidor leżał w całości w torebce, a jabłko pokroiłam w plasterki i
          włozyłam do bułki smile)) torchę dziwnie smakowało, ale skończyłam jeść

          poza tym równie uzdolniona jest moja mama
          1. przez przypadek wycisneła na szczoteczkę krem do rak, zamiast pasty do zębów
          - co odpluła, to jej
          2. umyła włosy odżywką zamiast szamponem i pomyłkę odkryła, gdy jej się szampon
          nie pienił
          3. zalała kubek z kawą wodą z czajnika elektrycznego i z tajemniczych powodów
          zamiast postawić czajnik z powrotem na podstawce, ustawiła go elegancko na
          talerzu na zlewie

          no i obie do tej pory nie wiemy, która z nas panierowała schabowe i zostawiwszy
          kotlet w pojemniku na bułkę, całość schowała do lodówki - dobrze, że brat to
          znalazł, jak robił sobie kolację
          więcej chwilowo nie pamiętam big_grin
          • kiciiaa Re: Jak pokonałam Alicję... 30.10.06, 10:50
            bo o takich drobiazgach, jak zostawianie samochodu na światłach, zostawianie
            kluczyków w biurze, dokumentów i chłopaka - to nie warto wspominać
            raz tylko tato do nas stracił cierpliwość.
            pojechaliśmy w odwiedziny do dziadków (50 km). dom zamykała mama. u dziadków
            najpierw ona, potem ja, bawiłyśmy się jej kluczami, bo miała prześmieszny
            breloczek. po powrocie okazało się, że jest 12 stopni mrozu, robi się ciemno, w
            środku piszczy pies, a klucze leżą na stole w kuchni u babci. tato wybił okno w
            piwnicy i nas wpuścił do środka
            • ewanka215 Re: Jak pokonałam Alicję... 30.10.06, 14:53
              Wątek jest cudowny, ubawiłam się strasznie smile Od siebi mogę dodać:

              1. Robiłam zakpuy w dużym sklepie z gatunku tych, gdzie wszystko można dostać
              (BOMI). Głownie to zakupy spożywcze były m.in. cała reklamówka jogurtów, serków
              itd. ale nabyłam też pastę do zębów, bo już prawie w domu nie było. Przyszłam do
              domu, rozpakowałam to wszystko, o paście zapomniłam. Dwa dni później kiedy pasta
              już skończyła się całkowicie wracając z pracy powtarzałm sobie, że musze kupić
              pastę. Wlazłam do jakiegoś chemicznego sklepu rozglądam się po półkach i widzę
              pastę jakiej zawsze używam. Popatrzyłam na cenę i doszłam do wniosku, że
              przecież jak kupowałam ją ostatnio w Bomi to była znacznie tańsza. Po czym
              olśniło mnie, że przecież pastę kupiłam i powinna być w domu. Wróciłam,
              przeszukałam łazienkę, pokój,na końcu zajrzałam do lodówki gdzie na półce wśród
              moich serków i jogurtów leżała sobie słodko pasta do zębów...

              2. Jeśli chodzi o klucze to notorycznie ich szukam, chociaż wydaje mi się, że
              zawsze odkładam na to samo miejsce jak przychodzę do domu. Widac jakaś
              tajemnicza siła chowa je przede mną. No i bardzo często robię sobie śniadanko do
              pracy, po czym juz w pracy szykuję herbatę, sięgam do torebki, żeby wyciągnąć
              kanapkę a tam pustka. Wracam do domu, kanapka na stole crying
              • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 31.10.06, 13:39
                Jeśli chodzi o śniadania do pracy, to moje dziecko jest zadolone.
                Z 10 śniadań przeważnie 9 mu zostaje do zjedzenia
                • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 31.10.06, 23:39
                  Wracając do kluczy, to ostatnio namiętnie zostawiam je w zamku. Ciekawa jestem,
                  kiedy ktoś mnie zamknie od zewnątrz i będę przekopywać się szydełkiem z
                  czwartego piętra.
                  • jonnas Re: Jak pokonałam Alicję... 03.11.06, 00:18
                    A ja właśnie w tej chwili wychodzę z pracy. Zadzwoniłam po taksówkę. pani
                    bardzo szybko zapytała: czy pani numer to xxzzzvvv? Pomyślałam chwilę po czym z
                    głęboką satysfakcją odpowiedziałam; nie wiem. Naprawdę nie potrafię sobie tak
                    szybko przypomnieć....
                    • goonia Re: Jak pokonałam Alicję... 03.11.06, 17:58
                      Jonnas - umarlamsmile))
                      Osobiescie nie wiem ile mam lat. Przewaznie sobie dodaje, jak mnie jakis natret
                      zagabnie, nie chcac mowic, ze nie wiem, podaje jakkikolwiek mi akurat przyjdzie
                      do glowy +/- 5 lat. Skad na milosc boska mam wiedziec ile mam lat?!!!!! Wiem
                      kiedy sie urodzilamsmile
                      No i ostatni numer - po prawie roku w nowym mieszkaniu, uswiadomilam sobie, ze
                      ja mieszkam na parterze. Bylam pewna, ze na 1 pietrze.
                      Zeby bylo smieszniej, wchodzi sie jak do piwnicy - pol pietra w dol, wygladajac
                      przez okno to wysokie pietro. I kto by wpadl na to , ze to parter?
                      • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 03.11.06, 18:44
                        I tak uważam, że zgubienie dziecka, potem psa To wyczyny godne Alicji, to
                        jednak jest jeszcze coś co robie nagminnie i czasem mam przez to kłopot.
                        Mam od 30 lat podwójne nazwisko, cały czas w kontaktach używa panieńskiego. Z
                        reguły ilekroć ktoś dzwoni prosi o panią R. (chodzi o drugie) odpowiadam z
                        całkowitym spokojem - taka tu nie pracuje.
                        Najwięcej problemów miałam jak pracowałam na uczelni, potrafiłam odesłać
                        delikwentów z kwitkiem.
                        • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 07.11.06, 13:59
                          Przypadek nie własny, ale z telewizora.
                          Na zawodach pływackich ktoś nie wyczaił, że to już koniec i płynął sobie
                          dalejsmile)
                          Przy okazji przypomniała mi się reklama z akcją jak biegacze wpadają na metę
                          setki, a wyrażnie ostatni cieszy się naa finiszu jakby wygrałsmile
                      • prologica Re: Jak pokonałam Alicję... 20.03.08, 10:22
                        goonia napisała:

                        > Jonnas - umarlamsmile))
                        > Osobiescie nie wiem ile mam lat. Przewaznie sobie dodaje, jak mnie
                        jakis natret
                        >
                        > zagabnie, nie chcac mowic, ze nie wiem, podaje jakkikolwiek mi
                        akurat przyjdzie
                        >
                        > do glowy +/- 5 lat. Skad na milosc boska mam wiedziec ile mam
                        lat?!!!!! Wiem
                        > kiedy sie urodzilamsmile

                        goonia, moj ojciec byl czas temu jakis swiadkiem na rozprawie (ja
                        tez bylam na sali) i spytany przez sedzine o wiek zaczal liczyc i
                        dodawac sobie na palcach!! calkiem zglupial biedaczek, ze ktos mu
                        wstretnie z zaskoczenia takie trudne pytania zadaje smile
                  • ewanka215 Re: Jak pokonałam Alicję... 07.11.06, 14:14
                    Ja mam jeszcze lepiej smile Ostatnio wyszłam do pracy, jak zwykle w wielkim
                    pośpiechu niosąc torebkę, reklamówkę ze śniadaniem i parasolkę. Po przyjściu do
                    biura coś mi nie dawało spokoju, zaczęłam się zastanawiać czy niosąc te
                    wszystkie rzeczy udało mi się zamknąć mieszkanie. Siedziałam przy biurku chyba z
                    10 minut i nad tym myślałam, aż w końcu nie wytrzymałam i poszłam do domu
                    sprawdzić czy zamknęłam te cholerne drzwi (na szczęścia mam 10 minut
                    spacerkiem)... Na szczęście zamknęłam, ale za to pod drzwiami znalazłam
                    reklamówkę z moim śniadankiem smile
                    • dorka_31 Re: spostrzegawczość... 07.11.06, 15:48
                      ewanka215 napisała:

                      > poszłam do domu
                      > sprawdzić czy zamknęłam te cholerne drzwi (na szczęścia mam 10 minut
                      > spacerkiem)... Na szczęście zamknęłam, ale za to pod drzwiami znalazłam
                      > reklamówkę z moim śniadankiem smile

                      No to przynajmniej bez sensu się nie wracałaś smile))

                      A jak jest z Waszą spostrzegawczością?? Bo ja to chyba bije wszelkie rekordy...
                      Jak się zamyślę, to koniec świata - stado słoni może przejść i nie zauważę.
                      Takie rzeczy jak brak najmniejszego pojęcia w co była ubrana osoba, z którą
                      przez cały dzień przebywałam albo jaki jest kolor mebli w mieszkaniu u kogoś,
                      gdzie siedziałam przez pół dnia to dla mnie drobiazg. Jeśli jakiś konkretny
                      szczegół w oko mi nie wpadnie, to nie widzę otoczenia i już.
                      Zupełną abstrakcją jest dla mnie wyobrażenie sobie np. zeznań na policji - jak
                      wyglądał ktoś tam kogo widziałam (jeszcze z miesiąc temu). Zupełnie niepojete!

                      Ale - wracam do siebie. Kiedyś poszłam z mamą na targ. Na targu, w tłumie
                      ludzi, gdzies mi zniknęła. Stoję, rozgladam się i myślę jak tu ją wypatrzeć.
                      Pierwsza myśl - jak była ubrana? I tu zaskoczenie - pojęcia nie mam. Od kilku
                      godzin z nią przebywam i nie wiem. Najciekawsze, że jak się wreszcie
                      znalazłyśmy, to okazało się, że ma na sobie wściekle czerwoną bluzkę...wink)

                      No i mój chyba największy wyczyn. Trzy lata temu pojechaliśmy z mężem zupełnie
                      z przypadku do Chorwacji - taka decyzja chwili. Zmęczeni potwornie dotarliśmy o
                      2.30 w nocy do Rijeki. Marzyłam tylko, żeby iść spać. Gdziekolwiek byle SPAĆ,
                      zamknąć oczy. Po nocy nie było juz czego szukać, więc stwierdziliśmy, że jest
                      ciepło - prześpimy sie w samochodzie (mamy rozkładane siedzenia). Zatrzymaliśmy
                      się gdzieś na parkingu, niedaleko jakiejś stacji benzynowej i ja wreszcie z
                      ulgą te swoje powieki zamknęłam. Andrzej jeszcze mamrotał, że nie wie czy tu
                      można stać, ale ja twardo przekonywałam go, że MOŻNA (w końcu to parking, do
                      tego w nocy, to komu przeszkadzamy?).
                      O swicie obudził nas pędzący i gwiżdżący pociąg (bo jak sie okazało staliśmy
                      prawie pod wiaduktem kolejowym). Powoli się wygrzebaliśmy i mąż
                      stwierdził: "dobrze, że te autobusy już odjechały, luźniej będzie...", na co
                      ja: "jakie autobusy?". Mąż popatrzył na mnie wzrokiem bez wyrazu. Niby
                      przyzwyczajony do moich dziwności, ale tym razem nie wierzył. "Nie mów, nie
                      widziałaś ich??!" Zrobiło mi się dziwnie, bo istotnie nic nie widziałam, więc
                      zażądałam usciśleń. Mężowi na chwilę mowę odjęło, po czym poinformował mnie, że
                      staliśmy na parkingu dla autobusów miejskich i wokół naszego samochodu stało
                      ich kilkadziesiąt, po czym rano - jeden za drugim wyjechały.
                      Słowo daję - nie widziałam ani jednego! Chyba byłam faktycznie śpiąca...
                      wink))
                      • lylika Lekarstwo na roztargnienie 07.11.06, 16:03
                        Moja sąsiadka, pianistka, która miała tysiące karteczek porozkładanych i poprzyczepianych dosłownie wszędzie, aby o niczym nie zapomnieć, miała kiedyś na drzwiach wejściowych przyklejoną kartkę następującej treści: Nie zapomnieć FELKA
                        Po prostu miała iść z dzieckiem na szczepienie a zdarzyło się wcześniej, że odprowadziła dziecko do przedszkola bez dziecka.smile
                        • dorka_31 Re: Lekarstwo na roztargnienie 08.11.06, 08:44
                          Owszem, karteczki pomagają, ale w moim przypadku mają jedną zasadniczą wadę -
                          bardzo szybko stapiają mi się z krajobrazem i już ich nie widzę.

                          Notorycznie nie zauważam też wszelkich informacji wywieszanych na drzwiach od
                          klatki schodowej (np. że inkasent będzie chodził, albo będzie odczyt wodomierzy
                          itp.). Dowiaduję się dopiero od męża lub sąsiadki. Mama też wie o mojej
                          przypadłości, więc jak czasem zauważy, że coś tam wisi, to leci sprawdzić, a
                          potem do mnie dzwoni smile))
                          • ewanka215 Re: Lekarstwo na roztargnienie... 08.11.06, 10:31
                            Oj takie lekarstwo na roztargnienie i spostrzegawczość to mi by się bardzo
                            przydało smile Ostatnio razem z przyjaciółką wracałyśmy z pracy z zamiarem oddania
                            jej butów do szewca. Szłyśmy stała drogą,którą codziennie pokonuję dwa razy rano
                            i po południu i pamiętałam, że gdzieś tam jest po drodze szewc, ale cięzko mi
                            było go konkretnie umiejscowić. Dodatkowo miałyśmy potwierdzenie od koleżanki z
                            sąsiedniego biura, że szewc na pewno jeszcze funkcjonuje, bo ona sama nosi do
                            niego buty smile No więc szłyśmy sobie ciągle o tym szewcu nawijając i rozglądając
                            się na wszystkie strony, no bo gdzieś tu musi być. Przeszłyśmy całą drogę i nie
                            znalazłyśmy zakładu sad Ale że przekonanie o jego istnieniu tkwiło w nas na mur,
                            więc wzięłąm od koleżanki buty z zamiarem poszukania szewca następnego dnia w
                            drodze do pracy... Jakież było moje zdziwienie następnego dnia, kiedy już prawie
                            przy samym biurowcu zobaczyłam zakład szewski. Mało tego, że był przy samym
                            chodniku to miał jeszcze wielkie (tak z metr wysokie) napisy i szyldy. Nie mam
                            pojęcia jak mogłyśmy go nie zauważyć wink
                            • dorka_31 Re: Lekarstwo na roztargnienie... 08.11.06, 11:32
                              Eee tam, co to jest jedna tablica przy moich kilkudziesięciu autobusach!
                              Drobiazg jedynie wink))
                              • ewanka215 Re: Lekarstwo na roztargnienie... 08.11.06, 12:48
                                To fakt, autobusom nie dorównam smile))
                                • dorka_31 Re: Sposoby mojego taty... 08.11.06, 13:21
                                  To wam jeszcze napiszę, jakie sposoby miał na mnie tata (też sam dość często
                                  gubiący różne rzeczy)wink)

                                  Wychodziliśmy z domu o różnych porach i czasami trzeba było komuś tam zostawić
                                  wiadomość (komórek wtedy nie było). Standardem była kartka na stole w kuchni,
                                  ale jeśli tacie wyjątkowo zależało, to stosował "środki specjalne" (bo
                                  standardowa kartka mogłaby mi umknąć)
                                  Pamiętam dwa (oba skuteczne):
                                  1. Dawno to było, jeszcze w szkole średniej. Rodzice pracowali i wychodzili
                                  zanim ja wstałam. Tata koniecznie coś ode mnie chciał, wyrwana ze snu mogłabym
                                  nie pamiętać, więc informację zostawił mi przylepioną... na samym środku
                                  lustra. Było pewne, że bodaj na moment zerknę, a jak własnej twarzy nie
                                  zobaczę, to może chociaż mnie zastanowi dlaczego wink))
                                  2. Byłam już na studiach a tata na rencie, tyle że musiał gdzieś po południu
                                  wyjść i w porze mojego powrotu wiedział, że go nie będzie, a koniecznie chciał
                                  mi coś przekazać. Tu muszę wtrącić o pewnym moim nawyku - otóż, mam zakodowane
                                  na mur, że po wejściu do mieszkania zamykam drzwi na zasuwkę. Mogę tego nie
                                  pamiętać, ale odruchowo zawsze zamknę. Do tego stopnia, że często jak wpadam z
                                  rozpędu, to nawet za klamkę nie łapię, tylko zamykam z trzaskiem trzymając już
                                  za gałkę od zasuwki. No i mój tatuś okazał się przewidujący... Wpadłam do domu.
                                  Nie patrząc złapałam za zasuwkę i poczułam coś nietypowego pod ręką. Wtedy
                                  spojrzałam, a tam wisi przylepiona plastrem kartka z narysowaną strzałką i
                                  napisem "patrz niżej". Odruchowo opuściłam wzrok, a tam druga taka kartka
                                  przylepiona na klamce, tyle że już z właściwą wiadomością smile)))

                                  No i co powiecie? Nieźle rodzinka musi czasem ze mną kombinować... wink))
                                  • ewanka215 Re: Sposoby mojego taty... 08.11.06, 13:27
                                    Genialnego tate masz smile A jesli chodzi o sposob z kartka na lustrze to tez go
                                    doskonale znam, bo moja mama go z kolei na mnie stosowala. Jestem niesamowitym
                                    spiochem i wyrwana ze snu moge nawet rozmawiac i sensownie odpowiadac ale
                                    oczywiscie tego nie pamietam, wiec mamusia tez mi kartki na lustrze wieszala smile
                                • mzrr21 Re: Lekarstwo na roztargnienie... 08.11.06, 13:24
                                  Wczoraj o godzinie około 19 wieczór stałam z moim synem przed klatką schodową,
                                  kłócąc się z nim, że do gazu to powinni przyjść w tym tygodniu a nie za
                                  miesiąc. Moje dziecko w swojej świętej cierpliwości stwierdziło: "Mamunia, a co
                                  tu pisze"
                                  Moja odpowiedź: no 12 grudnia
                                  Odpowiedź dzieciątka: "To co Ty kurwa ,już całkiem ślepa jeste. Tu pisze
                                  listopad jak 100 tysięcy wołów.
                                  Popatrzyłam i przeprosiłam dziecko.
    • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.11.06, 19:10
      Rany...... Czy znacie coś na poprawę pamięci, albo chociaż wspomagające
      podzielność uwagi??!
      Przed chwilą wykonałam następującą rzecz. Weszłam do kuchni, w zlewie stał
      jeden brudny garnek z pokrywką, obok leżały dwa zmywaki (starszy - mniejszy i
      nowszy - większy, bardziej szorstki). Postanowiłam umyć garnek. Odkręciłam
      wodę, wzięłam w rękę pokrywkę, kapnęłam na nią kropelkę płynu, wzięłam zmywak i
      umyłam (podśpiewując sobie melodyjkę, która od jakiegoś czasu chodziła za mną),
      po czym odłożyłam zmywak, spłukałam pokrywkę i odłożyłam na bok. Następnie
      wzięłam garnek, wyciągnęłam rękę po zmywak i... zawahałam się. Uświadomiłam
      sobie, że nie pamiętam którego zmywaka użyłam do pokrywki (!) Musiałam pomacać,
      który jest mokry i z pianą.
      ...Czy ja już powinnam się leczyć?...
      • mzrr21 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.11.06, 19:22
        Dorka ja jestem nie życia, ale to przez wydarzenia dni ostatnich.
        Ale jakim Ty cudem dożyłaś to dnia dzisiejszego bez jakichś tam wypadków
        ulicznych - naprzykład.
        • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 13.11.06, 21:17
          Jak może wiecie, jestem na małym urlopiku. Dzisiaj zobaczyłam, że kończy mi się
          papier toaletowy. Zakonotowałam sobie więc, by wracając z kolacji poprosić
          panienkę w recepcji o kolejną rolkę. Wyszłam z kolacji, przeszłam obok
          recepcji, weszłam do pokoju i stanęłam na środku dumając, o co też ja miałam
          poprosić panienkę. Przypomniałam sobie o srajtaśmie, kiedy wzrok mój padł na
          drzwi łazienki. Ruszyłam do recepcji, po czym zapytałam panienkę, w którym
          segmencie znajduje się deska do prasowania. Po wskazaniu przez panienkę
          segmentu B, udałam się doń, weszłam po schodach do aneksu kuchennego,
          zastanowiłam się mimochodem, po co idę do deski, skoro nie wzięłam ze sobą
          niczego do prasowania, po czym wzrok mój padł na piramidkę rolek papieru
          ustawionych na półeczce w aneksie. Wówczas oprzytomniałam.
        • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 13.11.06, 22:20
          Wiesz, też czasem się dziwię...
          Kiedyś szłam ulicą i nad czymś dumałam, doszłam do skrzyżowania, stanęłam przed
          pasami, obejrzałam się na prawo i lewo, po czym dałam krok do przodu i...
          usłyszałam pisk hamulców. Wtedy zobaczyłam, że tak z metr ode mnie zatrzymała
          się niebieska Nyska (taki busik), a za kierownicą jakiś strasznie zaskoczony
          facet. Nie dziwię się - w końcu widział, że stanęłam i rozejrzałam się. Jak ja
          go mogłam nie zauważyć to do dziś dnia nie wiem. Dobrze, że refleks miał...
          • halszka.abstrakcyjna Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.07, 00:47

            Pamietam,gdy czytalam pierwsza ksiazke J.Chmielewskiej-"Boczne drogi"

            mialam 16-17 lat,zaczytana w pokoju,smiejaca sie do siebie ,
            uslyszalam wolanie Taty z tzw duzego pokoju,z prosba o podanie musztardy z
            lodowki i wolanie Mamy(prawie rownoczesne)stojacej na balkonie(znajdujacym sie
            przy duzym pokoju) z prosba o wyjecie z pralki i podanie jej drugiej czesci
            prania(byla w trakcie rozwieszania go na balkonie).

            Wiec...
            Zla ,ze musze na SEKUNDY oderwac sie od cudnej lektury,
            polecialam do lazienki,wrzucilam jakies ze 3 sweterki do miski lub innego
            ustrojstwa,w ktorym sie pranie zanosilo ,coby nie kapalo po drodze
            po czym z calym tym nabojem udalam sie do kuchni i
            wpakowalam do lodowki!

            Wiedzialam ,ze chca czegos ode mnie z lazienki i z lodowki,zalatwilam sprawe
            szybko i wrocilam do czytania!

            Nooo,dlugo mi tego nie zapomnieli,Mama szczegolnie(bo ze smiechu,przeze mnie o
            maly wlos co zejscia nie uskutecznila w kwiecie wieku-jej wlasne slowa).

            A! Zawsze marzylam,zeby miec taka przyjaciolke jaka byla Alicja...

            • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.07, 09:15
              Ja też z postaci najbardziej lubiłam Alicję smile) Doskonale potrafię zrozumieć
              jej rozmaite przypadłości, bo i sama wiecznie coś gubię lub zostawiam. Ostatnio
              poszłam do sekretariatu skserować 1 (słownie: jedną!) stronę, po czym
              zostawiłam ją tam i wróciłam bez. Oczywiście jakiś czas później przeszukiwałam
              wszystko w pokoju i szukając tego dokumentu. Nie chciało mi się wierzyć, że go
              tam zostawiłam, a jednak... Widać się zamyśliłam wink)
    • karodziejka Re: Jak pokonałam Alicję... 15.02.07, 17:12
      Drobnych numerów, takich jak założenie okularów,gdy już miałam soczewki
      kontaktowe czy też pójście w całkiem przeciwną stronę niż miałam zamiar to nawet
      nie zliczę. Co do gubienia rzeczy: wracałam zza granicy do domu, spakowałam się,
      w tym m.in. długą spódnicę. Gdy się wypakowałam okazało się, że spódnicy nie ma.
      I nawet nie mogłam winić czeskich ani innych celniczek, bo mój bagaż przeszedł
      bez kontroli...
      • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 10.05.07, 12:23
        Odkurzam, bo nie wierzę, że nic nikomu się nie przytrafiłosmile
        • bbbzyta Re: Jak pokonałam Alicję... 10.05.07, 12:46
          Rzeczywiście prześliczny, wart odkurzenia wątek!
          To ja opiszę chyba swój popisowy numer, aczkolwiek już sprzed wielu lat smile.
          Będąc młodą urzędniczką, miałam w swej pieczy kserograf. Maszynki wszelkie to ja kocham i instrukcje do nich czytuję z zapałem. I któregoś dnia kserograf zaczął mi wyświetlać, że trzeba usunąć nadmiar zużytego toneru. Dobra. Wyczytałam w instrukcji, w jaki sposób, wyciągnęłam pojemnik i... no właśnie, co z tym zrobić? W instrukcji nie było, jak się tego pozbyć. Niewiele myśląc (no właśnie!) wzięłam pojemnik w dwa palce (bo cały uświniony na czarno), poszłam do WC, walnęłam wszystko do kibla i spuściłam wodę! Efekt był wspaniały!!! Jakby wybuch Wezuwiusza!!! Warto było! Ale więcej tego nie zrobię smile))
          • groha Re: Jak pokonałam Alicję... 10.05.07, 13:26
            Bbbzyto, niech mnie drzwi ścisną, jeśli z tym tonerem nie wsuniesz się na
            prowadzenie w tym rankingu. Uważam, że przebiłaś nim samego Lesia z gaśnicą smile))
            • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 10.05.07, 14:31
              Wiem jak wszystko świni toner do ksero, bo czasami też mam z nim do czynienia.
              No, nie wpadłam na tak rewolucyjny pomysł.
        • lylika Re: Jak pokonałam Alicję... 10.05.07, 23:52
          g0p0s napisał:

          > Odkurzam, bo nie wierzę, że nic nikomu się nie przytrafiłosmile
          ...
          Przytrafiło się. Bardzo dawno temu, ale teraz mi się przypomniało. W czasach kiedy mieszkałam w 10-piętrowym domu ciągle walczyłam z prusakami. Kiedyś wróciłam wieczorem do domu, weszłam do kuchni, zapaliłam palnik w kuchence gazowej, nastawiłam czajnik z wodą na herbatę i wtedy zobaczyłam, że po podłodze we wszystkie strony rozbiegają się moi ulubieńcy. Wściekła jak nie wiem co, bo kilka dni wcześniej była ekipa odprusaczająca, złapałam jakiś zajzajer w aerozolu i dalejże psiukać na to biegające robactwo. Kiedy już wypsiukałam prawie wszystko zobaczyłam oślepiający błysk, rozległ się potężny huk i poczułam gorący podmuch, który z pozycji kucznej powalił mnie na płask.
          Za chwilę wpadł przerażony mężydło: rany boskie, czy ty chciałaś wysadzić mieszkanie? Kiedy zobaczył mnie z opróżnioną puszką zajzajeru w aerozolu domyślił się od razu co się stało i potem przez dłuższy czas łagodnie mi tłumaczył, że przed zapaleniem się uratowało mnie to, że byłam mocno pochylona i przypominał, że nie wolno takiego aerozolu używać przy zapalonym gazie. smile))
          • dorka_31 Re: Jak pokonałam Alicję... 11.05.07, 08:54
            A ja niedawno podpaliłam sobie poncho, które miałam na sobie (jedyna duża
            rzecz, którą sama sobie zrobiłam). Zachciało mi się bowiem prac kuchennych w
            odzieniu luźnym, obszernym i z frędzlami. A kuchnia taka, że 2 osoby robia tam
            juz tłok. Ale zimno mi było, to po co zdejmować? Przed spaleniem siebie i
            mieszkania (bo sama w domu byłam) uratował mnie fakt, że ta włóczka nie była
            łatwopalna (nie bez powodu mówią, że nad wariatami opaczność czuwa) wink Pamiętam
            tylko, że poczułam swąd, obejrzałam sie na kuchnię i kątem oka zobaczyłam za
            swoim ramieniem mały płomyk. W sekundę zrzuciłam i zadeptałam ciuch.
            Rzecz jasna - uzywam go nadal. Tylko garść frędzli z jednej strony ma spalony i
            tak pozostanie, bo nie mam juz tej włóczki więcej wink)
            • bbbzyta Uaaaaaa, straż pożarna! 11.05.07, 11:10
              Dziewczynki, wy uważajcie z tym ogniem!!! Włosy mi dęba stanęli!
              • goonia Re: Uaaaaaa, straż pożarna! 12.05.07, 02:54
                Bbzyto, powalilas mnie na kolanasmile
                Przypomnialo mi sie, jak dawno temu odprowadzalam swego jeszcze nie meza na
                przystanek. Podjechal facet trabantem, otworzyl drzwiczki pasazera i macha. Na
                co moj przyszly zaczal sie napredce zegnac i leci w strone auta. Ja nieco
                zdumiona stoje i patrze. Zanim odzyskalam wladze w nogach, narzeczony juz byl
                spowrotem. Okazalo sie, ze to zupelnie obcy facet i machal do kogos innego.
                Moje slonce niedowidzi, a to wieczor juz byl.
                • grazyna10 Re: Zamrazarka 12.05.07, 18:22
                  Wczoraj rozmrazalam zamrazarke, niemila to czynnosc ale niestety konieczna.
                  Jedna z szuflad mam wypelniona pojemniczkami z gotywymi daniami. Kazdy
                  pojemniczek jest porzadnie opisany co w nim jest i kiedy zostalo zamrozone.
                  Raptem natknelam sie na jeden pojemnik nie opisany. Zajrzalam, a tam lezaly
                  cebulki narcyzow kupione przeze mnie jesienia. Jak to sie stalo, ze wlozylam je
                  do pojemnika i do zamrazarki, nie mam pojecia. Co gorsze wcale nie zauwazylam
                  ich braku a wrecz przeciwnie bylam swiecie przekonana, ze jesienia wsadzilam je
                  do gruntu. Wiosna nawet powiedzialam, do meza, ze wiecej cebulek w tym sklepie
                  nie bedziemy kupowac, bo jakies kiepskie byly i zadna nie wzeszla.
                  Teraz sama nie wiem czy z mrozonych cebulek moze jeszcze cos wyrosnac, czy
                  raczej do kubla je przeznaczyc.
                  ********
                  Z trzech wiecznych rzeczy jakie znam: wieczne pioro, wieczna milosc i wieczna
                  ondulacja, najtrwalsze jest to pierwsze
                  ********
                  • asia.sthm Re: Zamrazarka 12.05.07, 18:32
                    Sprobuj koniecznie. Jesli nieboszczykow zamrazaja, a potem odmrazaja i
                    nieboszczyki jak swieze, to i cebulki mozna.
                    U nas cebulki siedza w ziemi przez cala zime i co? i nic im nie jest pomimo
                    dlugiej zimy i zamrozonego gruntu na lita skale.
                    Ja stawiam, ze nic im sie nie stalo. Nawet nikt ich nie pozarl. Dobrze, ze ty
                    mojego syna nie masz. Ten zanim popatrzy... to juz zjadl.
    • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 14:45
      Drugie urodziny temu wątku stuknęłysmile)
      • asia.sthm Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 14:51
        Sto lat, sto lat niech zyje zyje nam!
        Narazie dwie swieczki niech dmuchnie...
      • edeka5 Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 15:35
        A założycielka wątku nam zaginęła sad
        • the_dzidka Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 15:55
          Ma się dobrze, chyba że ktoś za nią sms-y pisze smile
          • marrtawu Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 16:07
            Dzidko, mówisz i masz, jestemsmile A że wątek dłuuugi taki? Myślałam, że ino ja
            taka bystra jestem, coby się w nim wpisywać.
            Hurra! Niech żyje alicjowatość!!!
            • g0p0s Re: Jak pokonałam Alicję... 29.06.07, 16:22
              Podsekcja Bollywoodzka nam się utworzysmile
              • goonia Dla wszystkich chorowitkow i smuteczkow 04.10.07, 17:11
                podnaosze watek, warto miec go pod reka.
                • 36krzysiek jak można pokonać Alicję... 14.11.07, 10:45
                  Wczoraj stojąc nad żelazkiem przypomniało mi się coś, czym muszę się
                  z Wami podzielić. W czasach wielce odległych nie było żelazek
                  parowych. Przy nawilżaniu pościeli stosowało się rózne metody. Moja
                  Mama preferowała skraplanie szczoteczką na zasadzie kropidła.
                  Szczotka była płaska, wielkości dłoni, drewniana i wiekowa. Po
                  zakończonym prasowaniu odstawiało się wszelkie utensylia, w tym
                  miskę z wodą i pływającą w niej szczotkę. Stało to i stało, i stało,
                  i stało...aż pewnego dnia na peknięciu drewnianej obudowy wyrósł
                  sobie...grzybek! Mały, biały, przypominał opieńkę...
                  • stara.gropa Re: jak można pokonać Alicję... 14.11.07, 10:56
                    Jak smakował? Jak opieńka?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka