telegram29
09.10.07, 23:01
A więc, żeby się nie pogubić, dzień po dniu...
Dzień 1, czyli 18.09.2007. Bez żadnych niespodzianek. Samolot Air Cairo
wystartował i wylądował w Sharm El Sheikh punktualnie; na pokładzie w
przeciwieństwie do polskich czarterów jedzonko – trochę w stylu „buda zmielona
razem z psem”, no ale zawsze. Zakwaterowanie w Uni Sharm – hotel bardzo średni
(np. ciśnienie wody jest takie, że wziąć prysznic niepodobna; jedzenie
kiepskawe), ale świetnie położony – koło Alf Leila Wa Leila i Il Mercato,
blisko też do Old Marketu. Plaża za to taka sobie. No ale to w końcu tylko na
jedną noc.
Dzień 2. Ruszamy w objazd. Pilotką jest p. Małgorzata Łukaszewska – sprawna
organizatorka, o odpowiednio dużej wiedzy o odwiedzanych miejscach, z lekka
pozytywnie zakręcona, ale jak się później okaże – mimo wszelkich zalet
obarczona jednak wadą wszystkich pilotów, czyli dążeniem do wyduszenia kaski z
turystów. Na dzień dobry dowiadujemy się, że plan wycieczki ulegnie
przestawieniom, aby móc też zrobić po drodze kilka fakultetów (o których,
swoją drogą, ani słowa w katalogu Rainbow). Podkreślam – po drodze, co z
założenia nie jest w porządku wobec tych, którzy w fakultetach nie chcą brać
udziału, bo siedzą wtedy np. w autokarze albo przydrożnej kafejce, a nie tak
to chyba powinno wyglądać... No ale nikt póki co głośno nie protestuje, żeby
nie być zagryzionym przez grupę. Jedziemy autokarem do prywatnej przystani
między Nuweibą a Tabą – tu w miarę szybka odprawa graniczna i bardzo ładnym
żaglowcem (acz motorowym) płyniemy do Akaby w Jordanii. Rejs trwa półtorej
godziny, na miejscu znowu szybka odprawa, krótki postój na niezbędne zakupy –
i wyruszamy. Pierwszy punkt – fakultet (25 $): Wadi Rum. Przepiękna pustynia o
unikalnych formacjach skalnych, nie sposób się nie zachwycić, zwłaszcza gdy
zachodzące słońce dodaje jej cudownych barw. Poruszamy się na „jeepach”, które
pamiętają chyba drugą wojnę światową, ale jest zabawnie i nie ma powodów do
narzekań. Po dwóch godzinach na pustyni znowu wsiadamy do autokaru i jedziemy
do Ammanu. Późnym wieczorem docieramy na miejsce. Kwaterunek w hotelu
Commodore – bardzo ładnym, położonym w miarę centralnie, ale nie ma już siły
na nocne eskapady, zwłaszcza że rano trzeba się zrywać z łóżka. Refleksja
natury ogólnej a propos hoteli: wszystkie hotele w Jordanii stały zdecydowanie
na najwyższym poziomie – i są bez porównania lepsze od tych i w Egipcie, i
Syrii, oczywiście w swojej kategorii: ich gwiazdki to mniej więcej gwiazdki
europejskie.
Dzień 3. Rano zwiedzanie Ammanu – i chyba standardowe punkty: rzymski teatr i
odeon oraz cytadela ze świątynią Herkulesa i innymi pozostałościami rzymskimi
i arabskimi. Oraz panoramą Ammanu. Potem przez piękne górskie tereny jedziemy
na północ. Kolejny punkt: Jerash, „miasto 1000 kolumn”. W rzeczywistości stoi
ich trochę mniej, ale całość i tak robi potężne wrażenie: teatry, sanktuaria,
agora, Cardo – główna ulica, monumentalne bramy... Szkoda tylko, że zaraz za
starożytnym miastem rozciąga się to współczesne. Dla tych, co chcą
samodzielnie pomyszkować, trochę mało czasu (to niestety standard przy
objeździe), ale i tak udaje mi się dotrzeć np. do teatru północnego, gdzie w
zasadzie nikt inny nie zajrzał. Potem przekraczamy granicę jordańsko-syryjską
(ponad 2-godzinny postój, na szczęście jest doskonale zaopatrzony sklep
wolnocłowy) i jedziemy dalej. Okazuje się, że z powodu ramadanu zamknięty jest
już teatr w Bosrze... Ale nasz syryjski przewodnik, któremu bardzo zależało,
abyśmy w Syrii zobaczyli jak najwięcej i jak najbardziej ją polubili, stanął
na głowie i doprowadził do otwarcia – nie wiem, czy w ruch poszła łapówka, czy
też może jakieś rzeczowe argumenty ;-) Niemniej Bosrę udało nam się zwiedzić.
A warto. Zbudowana z bazaltu, wygląda inaczej niż inne starożytne zabytki –
jest może nie czarna, ale bardzo ciemna. Zobaczyliśmy nie tylko bardzo ciekawy
(bo ufortyfikowany), świetnie zachowany teatr, ale też (głównie dzięki
zapałowi wspomnianego przewodnika) pozostałości miasta, które, jak się
okazało, są całkiem rozległe. A potem pędzimy do Damaszku. Lądujemy w hotelu
Al Patra – który wygląda wewnątrz trochę jak luksus za późnego Gierka: niby
kryształowe żyrandole, a w pokojach gzymsy na ścianach, ale lepiej nie tykać
firan, żeby nie wzbijać w powietrze tumanów kurzu. Nieważne, tu tylko śpimy –
a hotel ma jedną podstawową zaletę: jest w samym centrum miasta! Kolacji
jednak nie jemy w nim (i dobrze, bo stołówka średnio zachęcająco wygląda;
zresztą na śniadaniu utwierdzimy się, że to bida straszna), ale w pobliskiej
restauracji – całkiem smacznie (zwłaszcza przystawki są pyszne), a przede
wszystkim: bardzo lokalnie – choć to lokalność z trochę wyższej półki, bo
niewielu Syryjczyków stać na kolacje w restauracjach. A potem, już
samodzielnie, mimo że znowu bladym świtem trzeba wstawać, udajemy się na
krótki ogląd Damaszku by night: spacer po centrum, w okolicach słynnego bazaru
– miło.