agiku
05.06.09, 20:01
Kochane, szukam wsparcia i musze się w końcu wygadać. Jestem mamą 4
dzieciaczków, mam 33 lata, najmłodszy Igorek ma 8 tyg....i 8 tyg
temu umarłam podczas porodu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nic
nie zapowiadało tragedii, a moze i zapowiadało - chociażby silne
skurcze od 24 tc i niesamowity ból brzucha, który ciągnął w dół i
obniżanie się szyjki macicy i pesar....może ten dziwny ból który
czułam mógł świadczyć o tym, ze dzieje się z moją macicą coś
niedobrego. Miałam prywatnego lekarza, 200 zł za każdą wizytę i 2
wizyty w miesiącu, lekarz odbierał kazdy mój poród...więc wiedział,
ze każdy poród kończył się łyżeczkowaniem...w 37 tc poszłam na
zdjęcie pesara, szyjka płaska, rozwarcie na 3 cm - jade do szpitala.
W szpitalu kierują mnie na patologię, ktg - skurcze co 4 min, ale po
wyjściu spod prysznica co 20 min, po 3 godzinach badanie, rozwarcie
na 4 cm i decyzja , ze schodze na porodówkę, po co
czekać....podłączają kroplówkę i juz po 5 min skurcze bolesne co 2
min, ból nie do wytrzymania, przychodzi lekarka przebija pęchęrz,
masuje szyjke, rozwarcie na 7 cm - wzywaja lekarza do porodu, każą
przeć....czuję, ze coś jest nie tak, mówię, ze nie mam skurczy
partych, ze jeszcz nie czas, prosze, aby pozwolili mi zejść z łóżka,
słyszę zatem, ze jestem histeryczką i każą przeć - lekarz kładzie
się da brzuchu, w tym momencie czuję koszmarny ból, spycham go z
całej siły z brzucha, nagle cisza - zanika tętno płodu, lekarz
spogląda na basen z wodami płodowymi i pyta położnej, czy one były
takie krwiste ??????? tętno coraz słabsze, a ja czuję, ze odpływam,
lekarz ponownie kładzie się na brzuchu, wypycha z całej siły
dziecko, bo ja w ogóle nie czuję skurczy partych, nie prę, nie mam
siły, tylko ten przerażający BÓL !!!! Słysze mnóstwo niemiłych zdań
pod moim adresem. Wyciągają Igorka, nie mam siły zapytać dlaczego
nie płacze...ale wszystko na szczęście jest z nim w porządku. Kolej
na łożysko, które nie oddziela się, a ja opadam z sił, trace
przytomność.Łożysko zostaje oderwane, trafiam do sali zabiegowej na
łyżeczkowanie, bardzo krwawię, ból wciąż bardzo silny. Usypiaja
mnie, łyżeczkują odwożą na porodówkę, dalej krwawie, przywożą
ponownie do sali zabiegowej, usypiaja, ponownie łyżeczkują i odwożą
na porodówkę. Wybudzają mnie , czuję ból, lekarz naciska na brzuch -
potworny ból, krew tryska po ścianach i widze światełko -
zatrzymana akcja serca, reanimacja, trafiam na salę operacyjną,
otwierają brzuch - macica pęknięta na pól, do tego w atonii,
wykrwawaiam się, decyzja szybka - usuwaja wszystko i przetaczają
krew. Budze się rano na oddziale intensywnej terapii, nad łózkiem 4
worki krwi, podłączona do aparatury, nie moge mówić, nie moge się
ruszać, zastanawiam się czy żyję, czy mi się tylko wydaje.
Pielegniarka przy moim łóżku czuwała pół nocy. Wszyscy są na każde
moje skinienie palcem i tylko słysze, ze postawiłam na nogi cały
szpital, ze stan ciężki, ale stabilny. Cudem mnie uratowano.
Zastanawiam się co by było gdyby lekarz słuchał co do niego mówię,
ale tłumaczy się tym, ze gdyby tak miał słuchac każdej pacjentki,
która histeryzuje na porodówce......ja nie histeryzowałam -
urodziłam 3 dzieci....dlaczego mój lekarz prowadzący nie reagował na
moje silne bóle brzucha w ciąży, dlaczego nie zmierzył grubości
ścian macicy, moze mogłabym tego uniknąć. Dziś z Igorkiem cieszymy
się życiem, ale mam wielki żal, bo tak naprawdę nie wiem jak do tego
doszło, kto zawinił i czy można było tego uniknąć. Jedno jest pewne,
więcej dzieci miec juz nie moge, ale wg lekarza króry odbierał
poród, a później mnie operował - żadna tragedia się nie wydarzyła -
bo żyję i mam już 4 dzieci.