30_plus
15.09.08, 16:28
Nasza przygoda z Turcją rozpoczęła się w Antalyi, gdzie w hotelu
Suite Laguna wszyscy uczestnicy wycieczki (tylko 18 osób!) zostali
zakwaterowani po przylocie. Niektórzy spędzili tam cały dzień, inni
zaledwie dwie-trzy godziny.
Następnego dnia przed hotelem czekał na nas nasz pilot – Ahmet,
który miał nam pokazać piękno wschodniej Anatolii. Po zapakowaniu
się do busika, którym mieliśmy przemierzyć ponad 5000 km, o 8.00
ruszyliśmy w podróż. Tego dnia mieliśmy do pokonania około 600 km.
Naszym celem była Kapadocja. Po drodze zwiedziliśmy mauzoleum
Mevlany w Konyi. Późnym popołudniem dotarliśmy do podziemnego miasta.
Pierwszy nocleg w położonym w pięknej okolicy hotelu dało nam
przedsmak tego, co czekało nas następnego dnia. O poranku ruszyliśmy
na podbój Kapadocji. Po drodze zatrzymywaliśmy się chyba przy każdym
(mniej lub bardziej popularnym) tarasie widokowym.
Zwiedzaliśmy dolinę Goreme.
Po drodze wstąpiliśmy do wytwórni biżuterii i sklepu z odzieżą
skórzaną.
Przed 19.00 wróciliśmy do hotelu.
Kolejnym punktem podróży była Amasya.
Po drodze Ahmet przygotował nam niespodzianki: zatrzymaliśmy się w
Hattusas, gdzie podziwialiśmy ruiny imperium hetyckiego, potem w
Yazilikaya – sanktuarium wykutym w skale, z płaskorzeźbami
przedstawiającymi procesje bogów hetyckich.
W Amasyi zwiedzaliśmy wykute w skale groby pontyjskich królów.
Późnym popołudniem dotarliśmy do położonego na wzgórzu hotelu, gdzie
jedząc kolację na tarasie podziwialiśmy przepiękną panoramę miasta.
Następnego dnia znowu mieliśmy do pokonania około 500 km. Jechaliśmy
do Trabzonu bardzo malowniczą trasą wzdłuż Morza Czarnego. Kolejną
niespodzianką, jaką przygotował nam Ahmet (tym razem w porozumieniu
z Panem Kierowcą i jego rodziną) była wizyta w domu Pana Kierowcy!
Stało się tak dlatego, że nasz Kierowca mieszka w miejscowości,
przez która przejeżdżaliśmy w drodze do Trabzonu, a że sam nie był w
domu od kilku miesięcy, ponieważ na co dzień pracuje w Antalyi, mógł
również zobaczyć się z żoną, uroczą córeczką i rodzicami. Dla nas
była to niepowtarzalna okazja, żeby zobaczyć jak mieszka typowa
turecka rodzina. Po przepysznym poczęstunku, który przygotowała żona
pana Kierowcy (jak się później okazało z pomocą gromady sąsiadek –
taka tradycja) ruszyliśmy dalej. Nocleg mieliśmy w miejscowości
Macka, niedaleko klasztoru Sumela.
Poranek przywitał nas chmurami i chłodem. Ruszyliśmy do Klasztoru
Sumela. Zawieszony na skale klasztor zrobił niesamowite wrażenie.
Później pojechaliśmy w kierunku Erzurum. I znów widoki z okien
autokaru zmieniały się jak w kalejdoskopie. Jechaliśmy przez góry
Kop, na wysokości 2380 m n.p.m. W Erzurum odwiedziliśmy starą
medresę i meczet.
Kolejny dzień – kolejne miasto. Tym razem Kars. Po drodze
zatrzymaliśmy się na sesję zdjęciową przy moście Cobandere na rzece
Araks. W Kars zostaliśmy zakwaterowani w hotelu i po krótkim
odpoczynku pojechaliśmy do miasta Ani – dawnej stolicy Armenii.
Ruiny dawnej metropolii wciąż robią ogromne wrażenie i choć znowu
pogoda nas nie rozpieszczała (padało i było dość zimno), cała grupa
była zauroczona tym miejscem. Po powrocie do Kars zwiedziliśmy
miasto.
Następnego dnia wyjechaliśmy o 7.00. Po około dwóch godzina jazdy po
bezdrożach naszym oczom ukazał się majestatyczny Ararat! Co kilka,
kilkanaście, kilkadziesiąt kilometrów zatrzymywaliśmy się, aby
zrobić zdjęcia… ach co to był za widok! Na zupełnie płaskim terenie
jedna ogromna góra ze śnieżną czapą! Widok niesamowity!!!!!
Ararat towarzyszył nam za oknami prawie cały dzień, jedynie kiedy
byliśmy w pałacu Ihsak Pasy straciliśmy go z oczu… na chwilę…
W Dogubayazit, gdzie stojąc na skrzyżowaniu w centrum miasta wciąż
można cieszyć oko widokiem Aparatu, kilka osób z grupy skorzystało z
okazji, żeby zjeść obiad w prawdziwej kurdyjskiej restauracji. I
nawet tu, siedząc na tarasie i jedząc kurdyjskie przysmaki można
podziwiać tę wspaniałą górę.
Tego dnia odbyła się również wycieczka fakultatywna do krateru po
upadku meteorytu na granicy z Iranem.
W drodze do Van, jadąc bardzo malowniczą trasą przez góry Tendurek,
gdzie „zaliczyliśmy” wysokość 2644 m n.p.m. Zanim dojechaliśmy na
miejsce zatrzymaliśmy się przy wodospadach Muradiye, potem
zobaczyliśmy jeszcze słynne rożnookie koty z Van. Wieczorem
dojechaliśmy do hotelu położonego nad jeziorem Van.
Rankiem następnego dnia popłynęliśmy na wyspę Achtamar na jeziorze
Van, gdzie podziwialiśmy pięknie zachowany ormiański kościółek.
Po powrocie na stały ląd ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem
było miasto Mardin. Z racji bliskości granic z Iranem, Irakiem i
Syrią naszą podróż dość często przerywali wojskowi, którzy
kontrolowali autokar.
Za oknami znowu kalejdoskop krajobrazów!
Zatrzymaliśmy się w wykutym w skale miasteczku malowniczo położonym
nad rzeką Tygrys. Później dojechaliśmy do miasta Midyat, po którym
pospacerowaliśmy (wraz z gromadą dzieci, które traktowały nasza
grupę jak atrakcję turystyczną). Do pięknie położonego miasta Mardin
dojechaliśmy około 18.30. I znów mieliśmy wspaniały hotel, kolację
na ogromnym tarasie, z którego roztaczał się niezapomniany widok na
całe stare miasto! Natomiast z drugiej strony hotelu mogliśmy
rozkoszować się widokiem rozległej równiny Mezopotamii….
Następnego dnia, zanim zwiedziliśmy Mardin, pojechaliśmy do
położonego niedaleko klasztoru Deyrulzafaran. Potem wróciliśmy do
Mardin, aby poczuć klimat miasta, z jego wąskimi uliczkami i
gwarnymi bazarami. Jeszcze przed południem ruszyliśmy do Urfy.
Pogoda wreszcie prawdziwie „turecka” czyli 48 stopni w słońcu. W
Urfie zwiedzaliśmy meczet z Sadzawką Abrahama pełną świętych ryb.
Ponadto mogliśmy wejść do groty Abrahama. Tego dnia była również
wycieczka fakultatywna do wioski Harran, gdzie mogliśmy obejrzeć
domy w kształcie uli.
Kolejny dzień naszej tureckiej przygody to wyprawa na górę Nemrut.
Busikami przejechaliśmy około 40 km, a później czekała nas
wspinaczka na szczyt. Podejście jest ciut męczące, ale widoki to w
pełni rekompensują. Na szczycie niesamowite posągi! Cudowne miejsce!
I tym razem byliśmy jedyną grupą na szczycie. W drodze powrotnej
zatrzymaliśmy się przy moście Cendere i drugim kurhanie Karakus.
Kolejny nocleg mieliśmy w Gaziantep.
Następnego dnia ruszyliśmy dalej, w kierunku Korykos. Po drodze
zatrzymaliśmy się, żeby zwiedzić Tars – miasto św. Pawła. Później
odwiedziliśmy jeszcze jaskinię Niebo. Do hotelu w Korykos/Kizkalesi
dotarliśmy późnym popołudniem i można było jeszcze przed kolacją
wykąpać się w morzu.
Rankiem wyjechaliśmy w kierunku Alanyi. Trasa bardzo malownicza,
prowadząca wzdłuż morza. Około południa zatrzymaliśmy się by
zwiedzić zamek Mamure – pięknie położony nad brzegiem morza. Do
Alanyi dojechaliśmy około godziny 16.00. W hotelu pożegnaliśmy
naszego pilota i kierowcę… i tak właściwie skończyła się nasza
wspaniała podróż po wschodniej Turcji.
Następnego dnia zaczęły się transfery na lotnisko w Antalyi i
wszyscy szczęśliwie wrócili do domów.
… ale wspomnienia pozostaną na zawsze …..
Pozdrowienia dla wszystkich uczestników (2-16 lipca 2008)
M.