Taka sytuacja z pracy, dzisiejsza. U kolegi był umówiony z nim wcześniej gość, gdy przyszła pani z małym dzieckiem. Pyta, czy zastała pana takiego a takiego - zastała. Dodam, że kolega ze swoim rozmówcą siedział w pokoju przeznaczonym do spotkań, który znajduje się za moim pokojem. Poprosiłam panią, by usiadła i zaczekała, bo kolega ma spotkanie, albo przyszła później. Niestety nie byłam w stanie sprecyzować jak bardzo "później". Pani postanowiła zaczekać. Ja zajęłam się swoja pracą, która była cicha i pani nie przeszkadzała. Po jakimś kwadransie dziecko pani (ok. pół roczku) zaczęło marudzić. Nie przeszkadzało mi to zupełnie, wiec nijak nie reagowałam. Po kolejnych 10 minutach pani mocno już poirytowana zapytała mnie kiedy kolega skończy spotkanie. Zgodnie z prawdą (i tym co wcześniej mówiłam) odpowiedziałam, że niestety nie wiem, acz podejrzewam, że nie później, niż za pół godziny. I pani się bardziej zirytowała

Powiedziała, ze ona tu z dzieckiem czeka itd. Zapytałam, czy była umówiona z kolegą - nie była. Starałam się panią uspokoić, ale w końcu wstała z krzesła i wtargnęła bez pukania do pokoju spotkań. Mówiła głośno, wiec słyszałam, że podnosiła argument, że ona z dzieckiem czeka już pół godziny i ona prosi, by kolega przerwał spotkanie i zajął się jej sprawą. Niestety nie było to możliwe, wiec pani się bardziej jeszcze zdenerwowała. Wróciła do czekania w moim pokoju, ale nie omieszkała mi powiedzieć, że kolega wykazuje brak kultury i empatii. Pozwoliłam sobie zauważyć, że kolega był umówiony ze swoim rozmówcą i niegrzecznie byłoby teraz nagle, w połowie być może załatwiania sprawy przerywać i zmuszać rozmówce do czekania. Pani i mnie uznała za mało empatyczną, bo ona jest z małym dzieckiem ...
Jestem za przywilejami dla rodziców z małymi dziećmi, ale takie roszczenie wydaje mi się wygórowane. A wg Was gdzie jest granica uprzywilejowania?