Nieco zainspirował mnie wątek o szybkim rozstaniu, ale chodzi o prawdziwą sytuację.
Niedawno w moim mieście pojawił się mój dawny znajomy, z którym kiedyś współpracowałam. Potem on wyjechał za granicę na studia doktoranckie i kilka lat po obronie doktoratu pracował na zagranicznej uczelni. Teraz wrócił i postanowił odświeżyć kontakt ze mną (poza mną w tym mieście zna niewiele osób). Spotkaliśmy się i pogadali. Pan się jak zauważyłam zmienił bardzo, prosto mówiąc stał się bufonem do takiego stopnia ze jest zwyczajnie śmieszny i żenujący. Jeszcze sam na sam jako tako bylby raz na jakiś czas do "strawienia". Rzecz w tym, ze przy innych ludziach, moich znajomych on się zachowuje KOSZMARNIE i normalnie wstyd mi za niego. Nikt z moich znajomych go nie polubił, gdy się o nim wspomni, to zaraz są kwaśne uśmiechy politowania. A pan chce się wciąż spotykać, nie tylko ze mną solo, ale też z moimi znajomymi by jak mówi "poszerzyć grono znajomych". Zdecydowanie nie chcę go zabierać na żadne towarzyskie spotkania z moimi znajomymi i narazac się na wstyd, a ich na jego zachowanie.
Wymawiam się od tych spotkań, ale pan wciąż nalega. W końcu chyba doń dotarło, że mój ciągły brak czasu i zapracowanie ma jakieś drugie dno, bo powątpiewa w ww. Obawiam się, że w końcu mnie zapyta dlaczego nie chce się z nim spotykać a już szczególnie w gronie moich znajomych. No i cóż tu odpowiedzieć? Być brutalnie szczerą i zwyczajnie powiedzieć, że zbufoniał i zachowuje się śmiesznie, moi znajomi go nie polubili itd.? Uzyc białego kłamstwa? Jakiego? Że moi znajomi czują się skrepowani towarzystwem osoby tak światowej jak on?

- jeszcze może zechcieć ich przekonywać ze nie powinni! Że mój partner jest o niego zazdrosny? Może nie daj Baalu chcieć go przekona, ze niepotrzebnie! Dalsze wymawianie się pracą i brakiem czasu już nie pomoże ... Pytanie padnie...
Co radzicie?