Sytuacja nr 1: Zaprosiłam koleżankę do siebie na pogaduchy. Nie widziałyśmy się jakiś czas, trudno było się zgrać. Dzień przed spotkaniem dzwonię, żeby potwierdzić i jest pytanie, czy może wpaść z mężem, bo ją odwozi do mnie. Męża znam, para z gatunku "wszędzie razem", koleżanka mieszka trzy przystanki ode mnie. Zgadzam się (w myślach "no trudno", bo liczyłam na babskie spotkanie, ale nie daję tego odczuć). W efekcie koleżanka przybywa do mnie z mężem i kilkuletnim dzieckiem, które jest umiarkowanie kłopotliwe, tzn. lata po mieszkaniu i zagląda do szuflad, ale zniszczeń po wizycie nie ma.

Kwestia też tego, że nie mam w domu nic, czym można by zająć dziecko.
Sytuacja nr 2: Inna koleżanka ma do mnie przyjść, ale dzień przed spotkaniem proponuje, że przyjdzie z psem, bo nie ma co z nim zrobić. No nie bardzo, z różnych względów wymiguję się, zamiast powiedzieć to wprost i przekładamy spotkanie na "kiedyś". Wiem, może błąd, trzeba było powiedzieć, że nie chcę zwierzaka w mieszkaniu.
I teraz pytanie - czy "gość w dom, bóg w dom" i koleżanki zachowały się ok, bo zapytały (częściowo, bo o tym, że pierwsza przyjdzie z dzieckiem, nie wiedziałam), a ja jako że mieszkam sama to jestem aspołeczna i tak w ogóle powinnam zgodzić się na psa?

Czy takie rzeczy powinno się szczegółowo ustalić i zapytać, co można? Czy może mój dom jest moją twierdzą i gdyby np. koleżanka stanęła z psem na progu, a ja nie wiedziałabym, że przyjdzie z "osobą towarzyszącą", to mogę powiedzieć "przykro mi, ale spotkamy się kiedy indziej, jak będziesz bez psa"?