annthonka
08.05.19, 08:47
Moi rodzice byli zaprzyjaźnieni z sąsiadami z bloku. Dość blisko - wpadanie na plotki, wspólne imprezy, jakieś wyjazdy na działkę itp. Ja mówiłam do nich ciociu i wujku, byłam zaprzyjaźniona z ich synem.
Po mojej wyprowadzce z domu moje kontakty z tymi sąsiadami w naturalny sposób znacznie się rozluźnily, a właściwie nawet zanikły. Oczywiście, jak na nich wpadałam idąc do mamy to zawsze chwilkę porozmawialiśmy, ale to by było na tyle. Zresztą - nie wnikając w przyczyny, bo nie o tym wątek - układy mojej mamy z nim też się bardzo mocno ochłodziły.
Niedawno zmarł ten pan sąsiad. Mama dowiedziała się o tym z nekrologu wywieszonego na drzwiach wejściowych, ja dowiedziałam się o tym od mojej mamy dopiero w dniu pogrzebu, więc niestety nie poszłam i nie miałam jak złożyć kondolencji.
Wczoraj, wychodząc od mamy, zobaczyłam panią sąsiadkę, po raz pierwszy od śmierci jej męża. Ja wychodziłam z bloku, ona stała na balkonie, a mieszka na pierwszym piętrze. Tylko jej się ukłoniłam, ona się odkłoniła, a ja poszłam dalej. Nie złożyłam kondolencji, bo wykrzykiwanie wyrazów współczucia na całą ulicę wydało mi się trochę dziwne.
No i teraz nie wiem. Może powinnam była jednak coś na ten temat krzyknąć? Zawrócić i zadzwonić do niej domofonem?
Aha - kontakty są na tyle żadne, że nie mam do niej aktualnego numeru telefonu, żeby zadzwonić (moja mama też nie ma, więc nie mam skąd wziąć).
Zachowałam się jak chamidło?