Wczorajszego śniadania zjadła pół. Po południu przywitała mnie w miarę normalnie ale potem już tylko chciała spać na kaloryferze i nie zeszła na kolację. wcześniej, około 16:30 znalazłam u niej coś małego czarnego. Podobne do pchły. Nie mam pojęcia skąd się wzięła. Córka głascze każdego kota i psa jaki jej wapdnie w ręce, może przniosła gdzieś jaja na ubraniu.
Przed północą wcisnęłam Pusi 3 strzykawki wody po 5 ml. Poszła po tym do kuwety. Nie było więc bardzo źle. Rano szukam kotecka w kuchni a kotecka nie ma. Spała bieda moja w plecaku w przedpokoju. Wyjęłam ją, dałam 2 strzykawki wody ale nie wypiła wszystkiego, bo już przy drugiej nauczyła się wypuszczać drugim policzkiem. Zadzwoniłam do szefowej i koleżanki z pracy, że muszę wziąć urlop. Zaraz się muszę jakośogarnąć i odstawić dziecko do przedszkola a potem do weta. Muszę iść do innego, bo mój przyjmuje po 17-tej. Mam telefon i zadzwonię później. Może po 8-mej, bo wcześniej chyba nie przyjmują

Pusia leży pod moją kołdrą a ja sprawdzam co chwilę, czy oddycha.
Nie wiem jak mam ją przewieźć na tym zimnie. W jakieś koce muszę ją opatulić, bo pod kurtkę nie dam rady jej wsadzić i jeszcze prowadzić samochodu.