babka71
04.11.05, 12:42
siedzę i ryczę, dwa dni temu byłam u mamy 200 km od Warszawy, całowałam go,
tuliłam,a tu masz telefon przed chwilą jakiś sku..wiel rozjechał go
samochodem,
tak mi żal i muszę napisać Jego historie ku pamięci.
Znalazłam go pod smietnikiem na naszym osiedlu na Pradze, malutki był tak na
oko 4 miesiące, cały czarny , zielono, brazowe oczy i biały krawacik na szyi..
obserwowałam go kilka dni, ale nikt się po niego nie zgłaszał, więc cap go do
domu, potem do weta okazało się , że kotek zdrowy..odrobaczylismy go i
pojechał autobusem, specjalnym transportem z ekipą do mojej mamy...(straciła
Borysa rok temu), i pokochała Robinka od razu.
Daliśmy mu na imię Mozart ale mama nazwała go Robin i tak zostało, był
szczęsliwym wypieszczonym kotkiem, wykastrowany miesiąc temu, grzeczny,
posłuszny, idealny...Jezu dlaczego tak jest, nigdy nie wychodził daleko
zawsze był w ogródku, na kasztan i na osikę wskakiwał, na zawołanie
przychodził, nie zrobił żadnej szkody...
Moja mama ryczy ja ryczę jak odebrałam telefon to pierwszy raz słyszałam moją
mamę jak się jąka...
tato wypuścił go o 6 -ej dziś rano , a potem o 7.30 po wołaniach wyszedł na
dwór i znalazł Robinka ..jeszcze był ciepły tak mówiła mama
no nie mogę....takiego kota jak Robin nigdy nie było po prostu idealny był
skubaniec( moja mama lubi kwiaty i tak jak poprzednie koty, które jej
zwoziłam z Warszawy paskudy i złośliwe były do kwiatów tak ten zero)...
Żal mi strasznie, jak byłam na 1 list. porzegnałam się z nim słowami trzymaj
sie Robinku tu masz dobrze wszyscy cię kochają...
BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU, no ryczę cholera jasna!!!!!!!!
Od razu