Dodaj do ulubionych

Profesory, doktory, studenty..

17.08.14, 06:06
Nowa Polska:
wyborcza.pl/magazyn/1,140187,16475043,Powstan__uniwersytecie_.html
Obserwuj wątek
    • kapitan_marchewa Re: Profesory, doktory, studenty.. 17.08.14, 06:08
      "Z punktu widzenia narodu po prostu nagle zaroiło się od profesorów. A gdy ci zaczęli relatywnie coraz mniej zarabiać, a za to mentalnie, kulturalnie i umysłowo jakoś uśredniać się na poziomie niewiele wyższym niż przeciętna mieszczańska, klasa profesorska w hierarchii prestiżu uległa degradacji do poziomu klasy nauczycieli licealnych. W końcu tu profesor i tam profesor, a zarobki prawie te same. Tu szkoła i tam szkoła.

      Tak to wygląda z punktu widzenia studentów i ich rodziców, dla których uczelnia to po prostu czwarta z kolei szkoła, którą musi ukończyć młody człowiek. Bo tak jest. Swoją drogą, najczęściej dopiero tutaj (niektórzy) młodzi ludzie uczą się czytać teksty ze zrozumieniem, robić notatki, wypowiadać się w sposób logiczny i poprawny.

      Ale to tylko na doborowych kierunkach. Najlepsze uniwersytety pełnią funkcję dawnych dobrych liceów. Z tą różnicą, że dobre licea było trudno ukończyć, a uniwersytet jest łatwo. Nikt bowiem nie zaryzykuje stawiania wysokich wymagań i poważnego egzaminowania, gdy w dotacjach na uczelnie najistotniejszym współczynnikiem jest liczba studentów. Trzymają się jeszcze medycyna czy elitarne kierunki techniczne. Poza tym jednak normą stało się przyjmowanie wszystkich, którzy się zgłoszą."
      sad
      • kapitan_marchewa Re: Profesory, doktory, studenty.. 17.08.14, 06:23
        Skopiuję całość, bo może to skasują:

        Ma być tak, żeby wszystkim było dobrze. Czyli: student ma zdać, doktorant ma zrobić doktorat
        Artykuł otwarty
        Gdy to piszę, jest połowa lipca. Jeszcze niedawno o tej porze roku uniwersytet zapadał w sen. Ale te czasy minęły. Maszyna biurokratyczna wciągnęła w swoje tryby wszystkich pracowników. W ramach nieustającej pracy nad doskonaleniem sylabusów przedmiotów i przystosowywaniem ich do reformy zwanej Krajowymi Ramami Kwalifikacji muszę poprawić nie dość starannie wypełniony formularz. Do każdej umiejętności, którą ma opanować słuchacz kursu "Filozofia i etyka zawodu położnej", muszę teraz dopisać odpowiednią "metodę kontroli".

        Mamy więc po lewej: "zna najczęściej występujące dylematy etyczne i ich przyczyny oraz możliwe rozwiązania", a po prawej trzeba wpisać np. "test wielokrotnego wyboru". I tak jest prawie co dnia. Wytwarzamy dokumenty, o których z całą pewnością możemy orzec tylko jedno: nikt z nich nie skorzysta ani nawet ich nie przeczyta.

        W ciągu tych sześciu lat, które minęły, od kiedy otrzymałem tytuł profesora, moja pozycja społeczna tąpnęła o kilka pięter. Działanie uniwersytetu coraz bardziej przypomina "zespół szkół" zatopiony w piramidalnym kuratoryjno-ministerialnym systemie nadzoru. Rektorzy i dziekani zamienili się w urzędników nieustająco przygotowujących kolejne dokumenty dla przełożonych. Próbując wypełnić nakładane na nich przez Warszawę zobowiązania, spuszczają je coraz niżej, aż ostatecznie spoczną one na barkach zatrudnianych na trzy lata asystentów oraz sekretarek, które niczym żeńskie Atlasy podtrzymują cały ten zwariowany świat za dwa tysiące miesięcznej pensji.

        W niemym porozumieniu uciśnionej masy urzędniczej odpłacamy się Molochowi pięknym za nadobne, dostarczając tradycyjnie pogardzanemu Ministerstwu Prawdy tony absurdalnych papierów. Mówimy w nich, jak świetnie mnożą się króliki w naszej królikarni. Ilu to mamy studentów, ile publikacji i grantów. W zamian dostajemy odznakę "Hodowcy królików klasy A" i talon na nową klatkę.

        A ile to wszystko warte, tego nawet my sami nie wiemy, bo kadzidła propagandy sukcesu otumaniają czasem nawet najrozsądniejszych spośród nas. W końcu w naszym interesie jest wierzyć, że choć nie jesteśmy wspaniali, to przynajmniej jesteśmy nieźli.

        A więc rozwijamy się, a jakże. Nasi rektorzy budują nam coraz to nowe szklane domy na przedmieściach, gdzie łatwej nam znosić nasz prowincjonalizm i niemoc. Tworzymy coraz to nowe czasopisma, żeby sobie w nich coraz to więcej publikować i zbierać za to niezbędne punkty, wzajemnie się przy tym cytując. Piszemy coraz więcej fałszywych recenzji, licząc na sprawiedliwą wzajemność.

        I w ogóle wszystkiego jest więcej i więcej, rektorzy i ministrowie ogłaszają coraz to większe sukcesy, sypią się nagrody, święcą jubileusze, a szwedzkie stoły uginają się pod tanim kateringiem.

        Nie szanujemy już samych siebie, więc i nas mało kto szanuje. Nawet nasze sekretarki wiedzą, że żadni z nas profesorowie. Zaczęło się już w 1990 roku, gdy ulegając ambicjom starych adiunktów i docentów, zlikwidowaliśmy stanowisko docenta i odtąd każdy, kto zrobił habilitację, stawał się zaraz profesorem swojej uczelni. Opinia publiczna nie rozeznaje się w tych różnicach - nie wie, co to profesor nadzwyczajny bez tytułu, a co profesor tytularny, ani tym bardziej, co to profesor zwyczajny.

        Z punktu widzenia narodu po prostu nagle zaroiło się od profesorów. A gdy ci zaczęli relatywnie coraz mniej zarabiać, a za to mentalnie, kulturalnie i umysłowo jakoś uśredniać się na poziomie niewiele wyższym niż przeciętna mieszczańska, klasa profesorska w hierarchii prestiżu uległa degradacji do poziomu klasy nauczycieli licealnych. W końcu tu profesor i tam profesor, a zarobki prawie te same. Tu szkoła i tam szkoła.

        Tak to wygląda z punktu widzenia studentów i ich rodziców, dla których uczelnia to po prostu czwarta z kolei szkoła, którą musi ukończyć młody człowiek. Bo tak jest. Swoją drogą, najczęściej dopiero tutaj (niektórzy) młodzi ludzie uczą się czytać teksty ze zrozumieniem, robić notatki, wypowiadać się w sposób logiczny i poprawny.

        Ale to tylko na doborowych kierunkach. Najlepsze uniwersytety pełnią funkcję dawnych dobrych liceów. Z tą różnicą, że dobre licea było trudno ukończyć, a uniwersytet jest łatwo. Nikt bowiem nie zaryzykuje stawiania wysokich wymagań i poważnego egzaminowania, gdy w dotacjach na uczelnie najistotniejszym współczynnikiem jest liczba studentów. Trzymają się jeszcze medycyna czy elitarne kierunki techniczne. Poza tym jednak normą stało się przyjmowanie wszystkich, którzy się zgłoszą.

        Demokracja zadziałała. Naród odebrał uniwersytety z rąk elit i narzucił im swoje zasady. Zasada naczelna: ma być tak, żeby było dobrze. Czyli: student ma zdać, doktorant ma zrobić doktorat itd. Pozory zachowane, interesy zabezpieczone.

        Od dawna większość kadry polskich uczelni to ludzie, o których niegdyś mówiło się "drobnomieszczaństwo" lub "półinteligenci". Mogą być bardzo dobrzy w tym, co robią, niemniej ani kadra, ani studenci w swej masie nie tworzą środowiska ludzi o szerokich horyzontach i głębokiej kulturze, żyjących nauką, sztuką, literaturą i polityką.

        Owszem, uniwersytet nadal trwa dzięki pewnemu nagromadzeniu ludzi szczególnie uczonych, utalentowanych i subtelnych, lecz jego system organizacyjny w żaden sposób tych osób nie dostrzega. Afirmuje za to sprawnych profesjonalistów naukowych dostarczających grantów, a i to nie zawsze. Arystokrację uniwersytecką stanowią dziś bowiem rektorzy, dziekani i dyrektorzy instytutów, a więc ci, którzy mają jakąś władzę.

        Władza rektorów staje się zresztą coraz bardziej pozorna, a wraz z tym pozorna staje się autonomia uniwersytetu. W coraz większym stopniu rektorzy i dziekani są zakładnikami procedur i algorytmów finansowania. A także długów, które zaciągają.

        Ustrój uniwersytetu nie pozwala rektorom na co dzień troszczyć się o komfort pracy naukowej i jakość studiów, lecz nakazuje myśleć nieustannie o pieniądzach i zdobyciu jak największej liczby studentów, aby utrzymać wydziały i kierunki. Gdybyż jeszcze robili to zawodowo! Ale jakim cudem profesor polonistyki albo politologii może dobrze zarządzać tak wielką organizacją, mając w dodatku do pomocy praktycznie tylko kwestora (lub kanclerza) o kwalifikacjach księgowego i kilka sekretarek?

        Owszem, dorobiliśmy się zastępu młodych profesorów i doktorów znakomicie funkcjonujących w skali międzynarodowej, "wyjeżdżonych" na stypendia i staże, nawykłych do realiów pracy naukowej na Zachodzie. Wielu z nich ma dobrą pozycję na swych macierzystych uczelniach, zdobywa granty, publikuje, kształci młodzież

        Niestety, skala tego procesu, który polega na implantacji światowych standardów, jest zbyt mała, aby dokonał się przełom organizacyjny i mentalny. Zdolni młodzi są dziś zatrudniani na kilkuletnich kontraktach, i to tak nisko płatnych, że myślą tylko, jak powrócić na Zachód. W dodatku obciąża się ich pracą administracyjną i dydaktyczną ponad miarę, a starsza kadra, bojąc się konkurencji, potrafi być zaskakująco nieprzyjazna.

        Polska nie jest już krajem dla adiunktów. Chyba że starych. Zwolnienie bezproduktywnego pracownika graniczy z niemożliwością, a znalezienie etatu dla wybitnego młodego naukowca jest jeszcze trudniejsze. Jeśli nie nauczymy się wyrzucać z uczelni miernot, a zatrudniać na przyzwoitych warunkach najzdolniejszych, czeka nas katastrofa.

        Obok wspomnianych wyżej nadużyć fikcyjne konkursy na stanowiska naukowo-dydaktyczne, feudalna zasada zatrudniania przez profesorów własnych doktorów, brak mobilności kadry (całą karierę robi się na jednej i tej samej uczelni!) - to największe przeszkody w procesi
        • kapitan_marchewa Re: Profesory, doktory, studenty.. 17.08.14, 06:24
          CD.
          Obok wspomnianych wyżej nadużyć fikcyjne konkursy na stanowiska naukowo-dydaktyczne, feudalna zasada zatrudniania przez profesorów własnych doktorów, brak mobilności kadry (całą karierę robi się na jednej i tej samej uczelni!) - to największe przeszkody w procesie sanacji polskiej nauki.

          Kołłątaj potrzebny od zaraz

          Tymczasem zamiast być lepiej, jest tylko gorzej. Właśnie odbywa się cichy, lecz dramatyczny proces przepychania przez procedurę nadawania tytułu profesora setek kandydatów, którzy uciekają przed nową ustawą sprawiającą, że zdobycie tego tytułu wydaje się trudniejsze. Całe mnóstwo osób dostaje i będzie dostawać w kolejnych miesiącach przedwczesne bądź wcale im nienależne tytuły profesora. Napór jest tak duży, że kluczowa w tej mierze instytucja, czyli Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów, nie jest w stanie go powstrzymać. W dodatku rząd traktuje Centralną Komisję po macoszemu (jak cały resort nauki), przez co jest ona najbardziej niedofinansowanym i deprecjonowanym spośród urzędów centralnych. A przecież wypromowanie jednego fałszywego profesora powoduje dramatyczne nieraz szkody i straty finansowe.

          Potrzebujemy dziś nowego Hugona Kołłątaja, który pewną ręką zrobiłby porządek na zgnuśniałym polskim uniwersytecie. Potrzebujemy reformy znacznie głębszej niż udoskonalenie zasad finansowania badań (tutaj postęp jest niezaprzeczalny) i dostosowanie programów studiów do wymagań mitycznego rynku pracy.

          Potrzebujemy profesjonalnego zarządzania uczelniami.

          Potrzebujemy więcej pieniędzy na naukę. A skoro i tak będzie ich bardzo mało, lepiej skoncentrować je na poważnych badaniach, zamiast rozpraszać na tysiące grantów służących jedynie temu, żeby ktoś zrobił habilitację lub miał czym wypełnić rubrykę "działalność naukowa" w formularzu "samooceny pracownika".

          Tylko rządu nie ma

          Przyzwolenie na pozorne badania, niemające nic wspólnego ze światowym forum nauki, jest w Polsce wciąż ogromne. Podobne zjawisko występuje też w humanistyce - akceptujemy jałowe kariery polegające na pisaniu wtórnych prac referujących dzieła zagranicznych autorów. Z tą wasalną mentalnością musimy wreszcie zerwać raz na zawsze. Czy do końca świata mamy być umysłową kolonią?

          Jednak ostatnie lata nauczyły nas trochę realizmu. Przyjęliśmy do wiadomości tragiczne wyniki w światowych rankingach najlepszych uczelni. Urzędowy optymizm nie ogłupił nas ze szczętem. A przy tym uczciwie mamy prawo przyznać, że w kilku dziedzinach jest w Polsce potencjał. Mamy też ludzi przygotowanych do ciężkiej pracy nad reorganizacją nauki, a wśród nich wybitnych naukowców pracujących za granicą, lecz gotowych powrócić do kraju, jeśli dostaną przyzwoite propozycje. Mamy znakomitą Fundację na rzecz Nauki Polskiej i nieźle już funkcjonujące Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

          Tylko nie mamy rządu, który rozumiałby, że resort nauki i uniwersytety to nie żadne peryferia państwa, lecz mózg narodu.
          • ewa9717 Re: Profesory, doktory, studenty.. 17.08.14, 14:28
            E tam, szkoły wyższe przerabiają teraz to, o czym już przed laty mówili głośno co mądrzejsi nauczyciele podstawówek czy gimnazjów, no ale wtedy korzystnie było mieć nadgodziny w liceach i innych szkołach kończących się maturą, korzystnie było brać całe stada na pierwszy rok, korzystnie było profesorzyć (często tylko dając swój tytuł) na kilku etatach. No i mamy.
            A zacząć trzeba od dołu, tylko nie ma odważnego, lepiej wciąż pudrować nieboszczyka i stawiać wieżowce na archiwa wink
            • old.bear Re: Profesory, doktory, studenty.. 17.08.14, 17:06
              Czyli wychodzi na moje ... rewolucja uncertain
              • maria88 Re: Profesory, doktory, studenty.. 18.08.14, 20:15
                Kapitanie, podpisuje się pod tym co opublikowałeś obydwoma rekami.
                Przykre, ale to wszystko jest prawda i tylko prawda. Czy to można zmienić?
                Wątpię, jak na tym żerują ci co mogli by to zrobić.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka