roman_j
04.01.06, 21:34
Na gorąco, póki mi jeszcze nie wyparowały myśli po gorącej dyskusji na temat
Milla, wolności, liberalizmu, despotyzmu, itp. deklaruję, że jestem liberałem.
Przynajmniej na razie. Może wyjaśnię na wstępię, co ja rozumiem pod pojęciem
liberalizmu.
Otóż liberalizm to dla mnie przyznanie każdemu człowiekowi prawa do
zarządzania wlasną wolnością, czyli do decydowania, na jaką inną wartość ją
zamieni, bo zamieni ją na pewno prędzej lub później, w mniejszym lub w
większym stopniu. Oczywiście wolność nie może być nieograniczona, głównie
dlatego, że moim zdaniem taka wolność to utopia. Poza tym widzę, podobnie jak
Mill, konieczność ograniczenia horyzontów wolności. Granicą wolności jednego
człowieka powinna być krzywda drugiego. Oczywiście takie postawienie sprawy od
razu otwiera puszkę Pandory, bo trzeba zdefiniować, czym jest ta krzywda,
oraz, co jeszcze nią nie jest, a co już nią jest. Ale w to na razie nie chcę
się zagłębiać. Najważniejsze jest to, że widzę konieczność postawienia pewnej
granicy dla wolności.
Zgadzam się z Millem, że równie niebezpiecznym despotą co państwo lub po
prostu szeroko rozumiana władza, jest również obyczaj, konwencja, tradycja, a
raczej społeczeństwo, które stoi na ich straży. Muszę jednak przyznać, że
rozumiem, dlaczego Ci strażnicy są przeciwnikami wolności. Człowiek ma
psychologiczną potrzebę przynależności do określonej grupy, a żeby grupa taka
mogła funkcjonować niezbędne są pewne czynniki. Może to być wspólny wróg
(czynnik negatywnie konstytuujący grupę) lub wspólne wartości, cele, itp.
(czynnik pozytywnie konstytuujący grupę). Obyczaje, konwencje, tradycje, itp.
należą do do tej drugiej grupy czynników i ich strażnicy tak naprawdę stoją na
straży spójności grupy, bo cóż będzie jej spoiwem, jeśli je zanegujemy? Tak
myślą tzw. konserwatywni liberałowie. Uważają oni, że liberalizm można
zaprowadzić w sferze gospodarczej, ale nie ma on wstępu do innych dziedzin
życia człowieka, a szczególnie do sfery wartości. Ci konserwatywni liberałowie
albo mówiąc inaczej liberałowie gospodarczy naiwnie, moim zdaniem, zakładają,
że sferę działań gospodarczych człowieka można wykroić i traktować w oderwaniu
od innych sfer życia. Tak się nie da. Sfera wartości wpływa na sferę
gospodarczą i odwrotnie. Osobiście uważam, że liberał konserwatywny albo
gospodarczy to nie liberał, ale człowiek stojący okrakiem między tymi dwiema
ideami. Nie można być trochę w ciąży. Ale niech im będzie. Niech się nazywają
liberałami gospodarczymi. Nie bronię im tego. Zastanawiam się tylko, jakie
zdanie ma liberał gospodarczy na przykład w kwestii, czy należy zalegalizować
prostytucję, czy nie?. Ale to temat na osobny watek, który może założę.
Podsumowując dygresję o konserwatystach liberalnych napiszę jeszcze, że zawsze
wraz z rozwojem gospodarczym ulega pewnemu poluzowaniu sfera wartości, a z
drugiej strony konserwatyzm obyczajowy prowadzi z czasem do skostnienia
gospodarki, która nie jest innowacyjna, bo nie odważnych, do pójścia pod prąd
trendom, modom i zwyczajom. Do zaś w prostej linii prowadzić może do regresji,
a przynajmniej do spowolnienia rozwoju i nie zapobiegnie temu nawet liberalizm
w sferze gospodarki. Jakieś pół roku temu był w "Polityce" artykuł, w którym
tę zależność przestawiono powołując się na badania znanego amerykańskiego
socjologa. Ale o tym na razie dość. Wrócmy do głównego nurtu.
Zapytany podczas dyskusji w ramach Seminarium Filozofii Politycznej, czy
wolność uważam za wartość nadrzędną, w pierwszej chwili nie wiedziałem, co
odpowiedzieć. Po namyśle odpowiedziałem, że tak, ale zaraz sam sobie
zaprzeczyłem stwierdzając, że gotów jestem tę wolność ograniczyć na coś ją
zamieniając, np. na poczucie bezpieczeństwa. Czyli nie jest ona jednak dla
mnie najwyższą wartością. Po dłuższym namyśle doszedłem do stanowiska
kompromisowego. Wolność jest dla mnie wartością "wyróżnioną" spośród innych
wartości. Wartością uniwersalną, którą da się zamienić na inne wartości albo
na rózne formy zniewolenia. I my tę wolność bardzo szybko zwykle zamieniamy.
Wolność w sferze wartości jest jak pieniądz w obrocie gospodarczym. Pieniądz
też można wymienić na dowolne dobro materialne. Wtedy nie mamy pieniędzy, ale
mamy to dobro. Tak samo jest z wolnością. Albo ją mamy i nic poza nią albo się
jej po trochu pozbywamy w zamian za inne wartości. Oczywiście są tacy, którzy
tę wolność zachcą zachować, tak jak są tacy, którzy wolą mieć pieniądze niż je
wydawać. Ale najwazniejsze jest to, żebyśmy to my sami decydowali, na co
zamienimy naszą wolność. Co zakupimy na targowisku wartości. Ważne jest to,
żeby żaden system wartości nie był nam narzucony z góry, żeby żaden nie był
wyróżniony. Używając analogii do pieniędzy, żebyśmy zami decydowali, czy w
danej chwili chcemy kupić wrtoki, czy sanki, a nie żeby ktoś za nas dysponując
naszymi pieniędzmi, kupił nam rower, bo tym akurat handluje. I to jest, w moim
rozumieniu liberalizmu, jego kluczowa zasada. Przyznać ludziom prawo do
dysponowania swoją wolnościa w możliwie największym zakresie i w możliwie
wszystkich sferach jego życia. Oczywiście nie może to być wolność
bezgraniczna. Jednak jej granice należy zakreślić na tyle szeroko, na ile się
da. Politycy, dajcie nam prawo do dysponowania naszą wolnością, a my już sami,
bez waszej pomocy zamienimy ją na taką niewolę, jaka będzie nam najbliższa
albo będziemy się swoją wolnością upajać. Niech nie będzie tak, że to państwo
bierze nasz aksjologiczny pieniądz, czyli wolność i robi za nas zakupy w
jednej kadencji obdarowując nas popiersiami Lenina, a w drugiej krucyfiksami.
Jestem liberałem! Co nie wyklucza sytuacji, że podarowaną mi wolność zamienię
zaraz na niewolę jakiegoś systemu wartości. Ale będzie to mój świadomy wybór,
a nie decyzja podjęta za mnie przez polityków, których kaprys wyborców wyniósł
do władzy, a z poglądami których być może w ogóle się nie utożsamiam. Jeśli
zechcę być zdewociałym katolikiem, to będe nim szanując jednocześnie prawo
innych ludzi do bycia zdewociałymi byddystami, muzułmanami, czy ateistami, o
ile nie będą mi wciskać swoich systemów wartości, jako i ja tego robić nie
będę. Czy to jest recepta na świat, w którym będzie się żyło lżej? Nie wiem i
pewnie za mojego życia tego się nie dowiem. :-))