24.08.06, 08:55
Hej, jednak nie wymiekłem i zdecydowałem się na solowy wypad na Wegry z
Zakopanego.
Parę słów o podróży :
- jak zwykle powieliłem stary błąd którego nie potrafię wyeliminować tzn.
zabrałem za duzy bagaż,szczególnie prowiant na tzw pierwsze chwile.Potem
okazało sie ze bujałem sie z tym do chyba przedostaniego dnia wyprawy he he.
Pierwszy odcinek z Poronina dokładnie do campingu Podlesok w Słowackim Raju
przeszedł dość gładko i o dziwo przy dobrej pogodzie.Na trasie spotkałem
dwóch sympatycznych Polaków - Wojtka z Koszalina i jego kuzyna , chyba ze
Stalowej Woli, miałem więc towarzystwo na pierwszym postoju.Niestety po
południu popsuła się pogoda.co chwila deszcz i ołowiane chmury.Poranek
przywitał nas tym samym.Wykorzystałem dziurę między deszczami i w miarę
szybko zwinąłem swój "obóz", chłopaki poszli w Słowacki Raj a ja jako ze juz
tam byłem pojechałem w swoja drogę.Przez Słowacki Raj wiedzie fajna , wąska
asfaltówka , niestety cały czas pod górkę.Co chwila deszczyk popadywał więc
zakładałem a potem zdejmowałem przeciwdeszczowa kurtkę i gatki non stop.To
chyba było bardziej upierdliwe niz sama droga pod górkę.Zresztą po wyjezdzie
z tych gór było jeszcze ciężej.Zerwał sie wiatr, ochłodziło sie i nadal pod
górę.W okolicach Dedinek chyba, karkołomny zjazd w dól po tak zwanej
podkowie.Dość nieprzyjemna jazda bo ruch duzy , juz na drodze do Rozniawy.
Rożniawe zaliczyłem juz w przewlekłym deszczu który z lekka zacząl mnie
podłamywać.Na szczęscie zostało mi juz tylko 5-6 km do Krasnohorskiego
Podhradla w którym był camping na którym miałem sie zatrzymać.Osiągnąlem go
ok 7 wieczorem.Camping w odróznieniu od Podlesoka mały i dość
kameralny.Niestety z ciepła woda to samo czyli panuje zasada kto pierwszy ten
lepszy co sie przedkładało na to że jesli wstało sie po godz, 6 rano o
ciepłej wodzie mozna było zapomnieć.Postanowiłem mimo wszystko zmodyfikować
plan i potraktować ten camping jako bazę głowna do dalszych wycieczek.Z
resztą do granicy węgierskiej zostało ok 30 km więc Węgry osiągnąłem juz na
znacznie mniej obciązonym rowerze.Co fajnego zaliczyłem? ano jak pisałem
wczesniej przede wszystkim jaskinie i tu na początek mocny "kop" bo Jaskinia
Krasnohorska jest niezwykła.Przede wszystkim trzeba się zameldowac u faceta
który jest zarządcą i daje odpowiedni sprzęt potrzebny do wejscia czyli
kombinezon grotołaza , kask z oświetleniem na akumulator i kalosze .Daje
nawet grube skarpety (czyste).Wrażenie niesamowite i jaskinia też.To nie
spacer po deptaku tylko przeciskanie się między skałami, złażenie po
drabinach i przechodzenie po poziomych linach nad podziemnymi
jeziorkami.Słowem - miodzio.Tam równiez zaliczyłem największy w Europie
stalagmat który ma ponad 30 metrów wysokości i jest nawet w księdze rekordów
jako najwyższy (ale to nieprawda, dwa razy wyzszy jest w jaskini na
Kubie).Zaliczyłem równiez Jaskinie Domicę która jest zupełnie inna-
cywilizowana ale przepiękna.Wszystkie formy naciekowe uwydatnione porzez
umiejętne podswietlenie.Komory wielkości katedry !! Dodatkowa atrakcja to
spacer łodka po podziemnej rzece Styks.Wrazenia niezapomniane.Zaliczyłem
równiez 3 km kanion ze stromymi i prawie pionowymi , ponad stumetrowymi
scianami.Tam niestety nie mozna poruszac sie rowerem a droga wiedzie pod
górke .Finałem tego było pchanie bicykla najpierw 3 km przez cała kotlinę a
potem drugie trzy przedłużeniem tego szlaku który potem zamieniał sie w droge
do Krasnohorskiego Podhradla.Troche dostałem w kośc tym bardziej ze było juz
pózno a ja nie wiedziałem do konca czy pcham rower w dobrym kierunku.
Na camping wróciłem kolo 8 wieczorem zlekka padnięty.
Potem juz Węgry z bardzo ładnym Parkiem Aggatelek i jaskinia Baradla która
łaczy się z Domicą.Ja tej jaskini nie zaliczyłem bo nie chciało mi sie
wymieniac pieniędzy na forinty, poza tym Węgry okazały sie krajem bardzo
drogim.Na mijanym przeze mnie campingu ceny były dwa razy drosze niz na
Słowacji na której płaciłem za siebie i moja dwójkę 110 - 120 koron czyli
również nie tak tanio.Z tego wzgledu dałem sobie spokój z Miskolcem i
zadowoliłem sie zwiedzeniem przygranicznych , ślicznych wiosek jak Aggatelek
czy Josfato (pisownia własna bo oryginalnej nie pamiętam) Bardzo ładne ,
czystej i malownicze wioski.Droga powrotna do Polski to lekka gehenna na
odcinku Rożniawa - Vrbov.Gdybym wiedział że będę pedałował ponad 5 godzin pod
górkę trawersami to pewnie bym się troche poskrobał po głowie...Na szczęscie
człowiek w swej błogiej nieświadomości i braku wyobrazni może wiele...Po
drodze minal mnie jakiś wyscig.Chłopaki 16 - 17 letnie w klubowych koszulkach
i kaskach na dobrych "góralach".Mijali mnie kolejno pozdrawiając.Pare
kilometrów dalej spotkałem ich wóz techniczny.Na mój widok wyskoczył z niego
młody facet i wtrynił mi na siłe dwa orzechowe wafelki mówiąc ze on też jedzi
na rowerze i wie co to znaczy.Uśmiałem sie zdrowo...Potem jeszcze
widzidziałem kilkakrotnie tych chłopaków bo oni sie zatrzymywali przy tym
samochodzie , pijąc, jedząc i w zaleznosci od temeperatury która tam dość
często sie zmieniała zakładali lub zdejmowali kurtki.Ja cały czas pomalutku
kręciłem.Pozegnalismy sie jak starzy znajomi machając sobie rękami.Kiedy juz
pomału zaczynałem wyć ze złosci osiągnąłem jakąś przełecz i nareszcie z
górki!!!Moja radość jednak okazała sie przedwczesna bo kiedy zacząłem
nabierać szybkości, dokładnie przy znaku wskazującym 12% zjazd zerwałem linke
przedniego hamulca - zgroza!!! Rower objuczony jak wielbła Beduina a ja na
tylnym hamulcu z 12 procentowego zjazdu.To były naprawde trudne chwile i
przez ponad 8 km zjezdzałem z dusza na ramieniu.Na szczęscie w Novej Spiskiej
Vsi dostałem i zaraz założyłem tą linkę.Potem jeszcze ostani odcinek do
Vbrlova który okazał sie mocno upierdliwy chociaz górek juz nie było.Po
prostu byłem juz tak wypompowany że po równym cieżko sie jechało.2 km przed
Vrbovem zafundowałem sobie luksus w postaci pokoju za 200 koron.Narescie
ciepła woda i spanie bez zsuwania się po karimacie w dół! , a rano jeszcze
jeden luksus bo pławienie sie na kąpielsku termalnym w wodzie koloru brudnego
moczu i pachnącej czarownie zgniłymi jajami.Ale temperaturka wody 37
stopni.to mnie troche dobiło bo kiedy juz wsiadłem na rowerek okazało się że
nie bardzo mi sie chce pedałować, ogarnęlo mnie błogie lenistwo i ostani
odcinek do Zakopanego skończł by sie tym że spózniłbym się na pociag do Łodzi
o 19.56 ! a według moich wyliczeń miałem jeszcze sie poopalac na łaczce w
Zakopanem!! he he.Może na to wpływ miała pogoda która pod koniec bardzo
się "poprawiła" Cudzysłow stąd że nie lubię kręcić w upale....lepsze to
jednak niż deszcz i wiatr.Na pociąg zdążyłem więc w ostanim momencie.Nagrodą
było to że pociąg pustawy jako ze zaczynał sie dopiero weekend .Wróciłem więc
w komfortowych jak na nasze PKP warunkach.Zakończyłem podróz dobijając się do
domu po czwartej nad ranem.
Reasumując:Było ciężko i gdybym wiedział że aż tak moze bym sie zastanowił.Na
szczęsie zdecydowałem się i nie żałuję Słowacja jest stworzona dla
rowerzystów i na pewno nie raz jeszcze sie tam zapuszczę, może już nie solo?
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka