28.04.05, 14:01
Pamiętacie?
Pewno - przynajmniej niektórzy z Szufludków - doskonale pamiętają
zadanie "przygotować prasówkę" ...ech wspomnienia wink

Jednak...tak mi się pomyślało... wędrujemy różnymi ścieżkami necikowymi,
różności czytamy zatrzymując się gdzieś na chwilunię, a gdzieś troszku na
dłużej.
Bywa, że to czytane sprawia, że chce się z Kimś o tym pogadać i by było to...
takie życzliwe rozmawianie.

Dlatego zakładam wątek "prasówkowy"...a może ...spodoba Wam się pomysł,
takiego ... wspólnego przetrawiania pewnych kwestii o których donoszą
różnorodne serwisy informacyjne?

Zapraszam smile
Obserwuj wątek
    • aniouek1 Obroża zamiast więzienia 28.04.05, 14:08
      Obroża zamiast więzienia
      19.04.2005 06:00

      Polskie więzienia są przepełnione / arch. RMF
      Ministerstwo Sprawiedliwości chce wprowadzić elektroniczne obroże dla skazanych
      za drobne przestępstwa. Miałyby być lekarstwem na wysokie koszty utrzymania
      więźniów i przepełnione zakłady karne.

      Dzisiaj projekt w tej sprawie ma trafić do Sejmu. Jego autorką jest posłanka
      Katarzyna Piekarska z SLD. Zgodnie z tym projektem, odbywający krótkoterminowe
      kary więzienia, a potem korzystający z przepustek oraz warunkowych,
      przedterminowych zwolnień, będą wychodzić z zakładów karnych z zamocowanym
      elektronicznym nadajnikiem. Także Prawo i Sprawiedliwość proponowało, by
      skazanych wyposażać w tzw. elektroniczne obroże. Pomysł popiera zresztą wielu
      posłów oraz Rzecznik Praw Obywatelskich.

      Przepełnione więzienia

      W Polsce na odbycie kary czeka ponad 30 tys. przestępców. Gdyby wprowadzono
      europejskie normy, czekałoby prawie dwa razy tyle. Normy te przewidują bowiem,
      że na jednego skazanego powinny w więzieniu przypadać 4 m2 powierzchni, podczas
      gdy polskie ustawodawstwo dopuszcza 3 m2.

      Zdarza się, że w 4-osobowych celach wyroki odsiaduje ośmiu skazanych. Na cele
      przerabia się wszystkie możliwe pomieszczenia. Dyrektorzy zakładów karnych
      alarmują, że jeśli nic się nie zmieni, więźniowie wylądują na korytarzach.
      Utrzymanie jednego skazanego kosztuje ok. 1,6 tys. zł miesięcznie. Nic więc
      dziwnego, że eksperci i politycy od lat zastanawiają się jak poradzić sobie
      z tym problemem.

      W najsłynniejszym rosyjskim więzieniu na moskiewskiej Łubiance więźniowie śpią
      na zmiany: jedni do północy, drudzy po północy. W niektórych państwach
      zachodnich wprowadzono tzw. elektroniczny monitoring. Skazanych nie osadza się
      w zakładach karnych, tylko wszczepia się im chipy. Jeszcze innym pomysłem są
      tzw. więzienia weekendowe. Przestępca od poniedziałku do piątku pracuje poza
      murami, wraca do celi tylko na noc oraz na sobotę i niedzielę.

      Elektroniczny nadzór

      Najlepszym i najbezpieczniejszym pomysłem wydaje się być jednak elektroniczny
      monitoring więźniów, czyli zakładanie im chipów, czy też elektronicznych obroży
      na ręce lub nogi. Tego typu nadajniki przypominają zegarek bez tarczy; są
      wodoodporne i można je ściągnąć jedynie za pomocą specjalnego urządzenia.
      Sygnał wysyłany przez elektroniczny nadajnik byłby przez całą dobę rejestrowany
      przez system komputerowy. Dzięki temu organy ścigania mogłyby szczegółowo
      kontrolować miejsce pobytu skazanego.

      Chipowanie mogłoby być stosowane w przypadku mniej groźnych przestępców (np.
      drobnych złodziejaszków, czy złapanych pijanych kierowców), osób korzystających
      z warunkowego zwolnienia lub zawieszenia kary oraz zwolnionych za kaucją. Koszt
      utrzymania systemu ponosiliby sami skazani, dzięki czemu budżet państwa mógłby
      zaoszczędzić 150 mln zł rocznie.

      Z filmu w świat

      Pomysł elektronicznego monitoringu pojawił się kilka lat temu... w filmach
      fantastycznych. Później znalazł zastosowanie w USA, a obecnie sprawdza się
      w Europie. Stosowany jest już w Wielkiej Brytanii, Holandii, Szwecji, Belgii,
      Hiszpanii i Portugalii.

      W ciągu jednego roku w Szwecji w ten sposób karę odbywa ok. 5 tysięcy osób.
      Obrączkowanie i nadzór nad jednym skazanym jest o ponad połowę tańszy od jego
      pobytu w więzieniu. Najważniejsze jest jednak to, że spośród wszystkich
      karanych w ten sposób mniej niż pięć procent ponownie łamie prawo.

      Brytyjczycy testują obrożę m.in. dla pedofilów. Dzięki temu policja miałaby ich
      stale na oku. Lokalizacja działa bowiem z dokładnością do 3 metrów. Nadajnik
      nosiłby każdy pedofil, który wychodzi z więzienia. Urządzenie wykorzystuje
      system nawigacji satelitarnej GPS. Jako że obroża połączona jest z telefonem
      komórkowym, inspektorzy w nagłych przypadkach mogą na jego numer zadzwonić,
      jeśli np. zwolniony z więzienia przestępca znalazł się niepokojąco blisko
      szkoły czy placu zabaw dla dzieci.

      Pomysł tzw. "chipowania" cieszy się ogólną aprobatą, choć nie brakuje głosów
      krytycznych. Przeciwnicy elektronicznych chipów dla więźniów podkreślają, że
      urządzenia te staną się kolejnym powodem napiętnowania i wyalienowania
      skazanych oraz pozbawienia ich szansy na normalne życie w społeczeństwie.

      (INTERIA.PL)
      ---
      fakty.interia.pl/news?inf=613700
      i.....co Wy na to?
      • mala20033 Re: Obroża zamiast więzienia 28.04.05, 14:37
        W Stanch chyba sa chipsy...dla takich wiezniow ktorym sie nie wierzy...
      • kendo Re: prasowka 28.04.05, 14:37
        pomysl swietny.....

        dzis niebardzo mam czas na czytanie czego kolwiek,
        a juz nie dlugasnych tekstow....
        ale chetnie doloze swe zdanie pozniejsmile)
        • kendo Re: 30 lecie pokoju w Wietnamie 30.04.05, 15:00
          www.svd.se/dynamiskt/ettan/did_5148533.asp

          Publicerat 30 april 2005 08:09

          niebo nad Ho Chi Minh miastem wypelnilo sie przepieknym fajerwerkami,podczas
          obchodow 30 rocznicy zakonczenia wojny w Wietnamie


          Tårta i promocje w sklepach 30% 30 kwietnia w Vietnam ,
          waga torta 4 tony,
          dekorajcie kwiatowe/parady wojskowe

          glownym gosciem byl brat F.Castro,wlasnie Cuba i sowieci byli sprzymiezencami
          podczas trwajacej wojny.




      • kendo Re: Obroża zamiast więzienia 02.05.05, 20:35
        obroza dla lotra i juzwink)
    • mala20033 Re: PRASÓWKA 30.04.05, 22:37
      Prasowka..hm..Czytanie Trybuny Ludu..a potem nas odpytywano!Boze jakie to bylo
      nudne!!!
    • aniouek1 Marsz Mendelsohna na kredyt 02.05.05, 19:15
      Ona i on... Pierwszy raz w pełni legalnie. Jednak przypieczętowanie uczucia
      ślubem kosztuje. I choć to niby festyn ku czci młodych i tak najważniejsi są
      goście...

      Młodzi są po słowie. Klamka zapadła. Nieważne czy chcą, czy muszą - trzeba
      zorganizować wesele. A to nie lada sztuka, bo „Wielka Familia” patrzy. I przed
      przybyłymi koniecznie trzeba zabłysnąć.

      Krok po kroku

      Pierwszy krok to lista zaproszonych. Przy jej sporządzaniu, należy być
      wyjątkowo czujnym, wszak zaproszenie kogoś czy to z rodziny, czy z przyjaciół,
      powoduje „pączkowanie” spisu gości. Poza tym trzeba liczyć się z tym, że za
      każdym z kuzynów stoi krewny w tej samej linii lub kolega z tej samej klasy.
      Jeśli zaś się ich pominie gotowi są obrazić się do końca życia. Brat pana
      młodego też będzie miał „muchy w nosie”, gdy jego kumpli ominie imprezka.

      Skoro mamy już biesiadników, kolej na produkty... W tym momencie często zaczyna
      się mierzenie sił na zamiary. Wszelkie inne kosztowne plany odkładane są w kąt.
      Efekt zazdrości u przybyłych na wesele, wart jest zapożyczenia się. Któż bowiem
      nie będzie pamiętał pieczonego prosięcia zakneblowanego jabłkiem? Albo suma w
      borowikach, którego teść po miesiącu gorączkowego szukania zamówił wreszcie w
      egzotycznej hurtowni... No i oczywiście złotych jak ogień obrączek... I pięknej
      sukni z Italii, która trafiła się teściowej..

      Czujne spojrzenia

      I wreszcie nastał ten dzień. Wygląd pary młodej sięgnął idealnego wzorca z
      wenezuelskich telenowel. „Wypasiona” bryka przybywa na miejsce ceremonii. (Fura
      musi być sugestywna, minimum klasy średniej, najlepiej czarny metalik misternie
      ozdobiony wstążkami w kolorach agresywnej tęczy. Biały kolor może być
      dopuszczalny tylko przy luksusowych limuzynach. Taki zestaw to murowany efekt.)

      - Mój Boże, są jak z Dynastii... – wzdycha składając ręce kuzynka w jaskrawym
      żakiecie. Szarmancki pan młody, we włoskim „gajerze” otwiera drzwiczki. Pani
      młoda w gustownym welonie niepewnie wysuwa nóżkę. Tłum weselników szepcze sobie
      coś do ucha. Mimo to, wpół szczęśliwi, wpół zdenerwowani młodzi, ruszają ku
      księdzu lub urzędnikowi. Poprzedza ich kroczący do tyłu kamerzysta z
      firmy „Śluby, chrzty, komunie – zmontujemy Twoją radość”...

      Sam kościół lub sala urzędu cywilnego wypełnia się gośćmi; większość
      wzruszeniem próbuje maskować czujne spojrzenia lustrujące przybyłych. A warto
      mieć oczy szeroko otwarte... Bo to na przykład dawno niewidziana ciotka stara
      się przypomnieć o sobie futrem z kaukaskich kóz. I nieważne czy wiosna czy
      jesień, a i tak kobieta będzie stała z podniesionym czołem na straży swego
      wizerunku.

      U mężczyzn zaś panuje większa standaryzacja stroju. Króluje garnitur, choć
      widywano ekstremalnych zawodników ze złotym łańcuchem dumnie bujającym się u
      szyi. Dla panów okazja do podkreślenia swojej pozycji społecznej nadarza się
      przed ślubowaniem. Na ceremonię wszak nie sposób podjechać byle polonezem.
      Taktownie jest zawinąć sportowym „coupe” lub terenowym samochodem. Zawsze też
      zostaje wyjście awaryjne – pożyczenie na weekend jakiegoś gustownego autka.
      Pojazdy mające ponad pięć lat nie są dobrym elementem festynu ślubnego. W takim
      wypadku dla rodzinno – towarzyskiego public relations lepiej jest podjechać
      taksówką. Brak samochodu można zakamuflować kilkakrotnym oświadczeniem

      – Kopę lat stary! Dobrze, że zostawiłem w garażu golfa. Przecież za kołnierz
      nie będę wylewał. Taka okazja!

      Tymczasem ksiądz kończy wygłaszać po raz trzeci tego dnia, to samo kazanie.
      Wszystko przyklepać może też urzędnik z Urzędu Stanu Cywilnego. Jeśli któryś z
      tychże zatwierdzających przybierze sielankowy uśmiech i lekko przekrzywi głowę
      to niechybny znak - formułka wisi w powietrzu.

      Wielu młodych wczuwa się w klimat już kilka dni przed ceremonią. W strachu
      przed kompromitacją w oczach zebranych trenują. I tak niejaki on tłumaczył jej

      – No i wiesz, teraz będziesz nawijać „Ślubuję ci bla, bla, bla” i po wszystkim.

      W końcu, przećwiczone lub nie, drżące ręce nakładają sobie obrączki.
      • aniouek1 c.d. kredytu ;) 02.05.05, 19:17
        Spontaniczność od sztancy

        W szpalerze szlochających i pstrykających fotki małżonkowie wychodzą przed
        budynek. Fajerwerk monet spada na parę. W tym ekstatycznym wybuchu nagromadzone
        napięcie znajduje symboliczne ujście.

        Ważny moment - składanie życzeń. Dla wielu jest to najmniej przyjemna chwila
        uroczystości. Przy tej formalności wypada przecież wykazać się minimalną
        inwencją. I co gorsza warto się w tym wesprzeć jakąkolwiek choćby znajomością
        obcałowywanych osób. Przynajmniej jednej z nich. Co rzec? Kołacze się w
        głowach. Ambitniejsi mantrują współrzędnie złożone życzenia pieniędzy i
        kariery. Uniwersalnym wyjściem jest „czego sobie zamarzycie”. Buzi i czekamy na
        miejsce przy stole.

        Bywa też, że związki krwi odżywają na nowo. Ciśnienie może podskoczyć, gdy
        jakaś ostro wymalowana kobieta wyściska i wycałuje parę krzycząc: „Ach kochani!
        Jacyście piękni! Aniu pozwól moje dziecko niech ciotka ciebie błogosławi, tak
        trwajcie”. Za chwilę ona pytająco patrzy na męża. Zaś małżonek do rodzica
        półgębkiem:

        – Mamo, to z twojej czy ojca strony?

        A jeszcze te koperciny... Z jednej strony to wygodne, bo kto by chciał zawracać
        sobie głowę szukaniem dopasowanych na miarę prezentów. Ale trzeba uważać na
        format i kolorystykę kopert. Nie daj Bóg jak się wyróżnia. Drużba gotów jeszcze
        skojarzyć darczyńcę z jednozerową kwotą. Choć i ten kij ma dwa końce. Przecież
        hojny ofiarodawca też może nie życzyć sobie bycia anonimowym.

        Apetyt przybyłych się zaostrza. Trzeba jednak jeszcze trochę odstać na
        zewnątrz. Nie ma tego złego – to okazja do ważkich rozmów. Można wychwalać
        przezorność któregoś z państwa młodych. Jak jedna z zaproszonych pań do matki
        świeżego małżonka:

        - Ech ten Tomuś. Dobrze wybrał. Teść gęsiarnię ma na kilka tysięcy sztuk.
        Panna młoda też nie musi być w ciemię bita Trzy sklepy w miasteczku to ojca
        Krzysia. Delikatesy, mały spożywczak i warzywniak – teściowa Krzysia znacząco
        kiwa odchyloną głową. Tu celowa pauza. A zięć rozbite auta będzie sprowadzał –
        dodaje kraśniejąc z dumy.

        W końcu przybyli zajmują strategiczne pozycje przy stołach. Często krzesła
        bliżej nowożeńców są rezerwowane dla tych, co to zasobni i pracę potrafią
        załatwić. Bywa, że z podobnego klucza wybierani są drużbowie.

        Biesiadę weselną należy poprowadzić według wytyczonego harmonogramu. Trzeba
        utrzymać w ryzach spontaniczność. A nie jest to proste w warunkach typowo
        polskich. Tak więc musi być sto lat, gorzka wódka, ona temu winna, i jeszcze
        jeden, a pan młody nie w lesie. Warto podkreślić w tym miejscu sprzyjającą
        nowemu uczuciu przyśpiewkę ośmielającą drużbę do namiętnego pocałowania druhny.
        Należy nadmienić zasługę wodzireja w publicznych narodzinach tegoż związku.

        Jeszcze po północy coraz weselsza gawiedź wypełnia obrządek oczepin. Później
        powoli atmosfera zaczyna siadać. Ostatnie podrygi na parkiecie są coraz
        bardziej senne. W końcu pozostaje kilka martwych dusz śpiących między sałatkami.

        Teściowa oddycha z ulgą.

        - Uff.... mamy z głowy. Tylko trzeźwo myślący teść żałuje jedzenia

        -Tyle dobroci. Szkoda że do chrztu nie da się przechować. Faktycznie chrzciny
        to chrzciny. Nie ma wyjścia - znowu trzeba będzie się zapożyczyć...
        • mala20033 Re: c.d. kredytu ;) 02.05.05, 19:56
          Ostatnio raczej prasowke mam z..Netu.Moze to nasza przyszlosc?
          • aniouek1 jak widać w załączeniu, to nie tylko Ty tak masz 02.05.05, 21:46
            co nie znaczy, że nie czytam literek drukowanych na papierze, jednak... fakt
            niezaprzeczalny, istotnym medium informacji jest także dla mnie internet
            Znak czasów? Pewno - tak wink
    • aniouek1 Marchewki nie mrugają 02.05.05, 21:39
      Według lekarzy nie reaguje, nie widzi i nie słyszy. Ale Dorota Kłosiewicz wie
      swoje: Krzysio jest szczęśliwy

      Dorota nachyla się nad sześciolatkiem. – Nie martw się Krzysiu, ciebie nigdy
      nie pozwolę odłączyć – szepcze do ucha syna, który od urodzenia pozostaje
      stanie podobnym, w jakim była Terry Schiavo.

      Według lekarzy nie reaguje, nie widzi i nie słyszy. Ale Dorota Kłosiewicz wie
      swoje: Krzysio jest szczęśliwy. Kiedy zbliża się do niego, przytula, mówi,
      Krzyś staje się aktywniejszy. Dziś przy kąpieli powiedział: „Gu” i była to
      jedna z najpiękniejszych chwil w życiu Tomka, jego ojca.

      – Moja siostra, Wiesia, jest w podobnym stanie jak Terry Schiavo – mówi Basia
      Cień, nasza koleżanka z działu korekty „Gościa”. – Ma własny świat duchowy,
      czasami zdaje się nieobecna. Wydaje mi się, że wtedy jest bliżej Boga, jest
      bardziej zwrócona „do wewnątrz”, odcięta od naszego zabieganego świata – dodaje

      Nikt nie wie, ilu jest w Polsce ludzi takich jak Krzyś: pacjentów w stanie
      wegetatywnym. Są rozsiani po całej Polsce. – Leżą na najróżniejszych
      oddziałach, np. na kardiologii, toksykologii, chirurgii, neurochirurgii… –
      wylicza Jadwiga Mirończuk, dyrektor hospicjum „Światło” w Toruniu. W ciągu
      trzech lat przez jej hospicjum przewinęły się już 132 osoby w takim stanie.
      Ośmioro z nich tu się obudziło.

      Oddział dla takich chorych powstał też niedawno w hospicjum w Płocku. Kilka
      łóżek dla nich jest także w Będkowie koło Wrocławia. – Takie oddziały będą
      miały pacjentów, bo taka jest potrzeba. Bywa, że zgłaszają się do nas wiekowi
      już rodzice, opiekujący się swoim dzieckiem w stanie wegetatywnym. Bez nas nie
      mogliby nawet spokojnie umrzeć – mówi dyrektor Mirończuk.

      Brązowe oczy Krzysia

      Krzyś ma to szczęście, że może leżeć we własnym domu. Ostatnie dwa tygodnie
      należały do najcięższych od chwili jego narodzin. Rodzice już dawno pogodzili
      się z myślą, że pewnego ranka już może nie otworzyć dużych brązowych oczu. Ale
      obustronne zapalenie płuc Krzysia na nowo podsyciło w nich wolę walki, którą
      toczą od sześciu lat.

      – Jak to nie wiecie, kiedy usuniecie awarię? Proszę pana, moje dziecko jest pod
      tlenem. Za pół godziny może już nie żyć… – krzyczał przez słuchawkę, dzwoniąc
      do elektrowni. Głos Tomka przestał drżeć dopiero, gdy z odległego o kilkanaście
      kilometrów hospicjum, przywieziono im w ciągu kwadransa agregat. Krzysio znów
      zaczął spokojnie oddychać.

      18 kwietnia Krzyś kończy 6 lat. Mama śmieje się, że idzie do szkoły. A lekarze
      nie wiedzą, co mu jest. Poza tym, że ma problemy neurologiczne, co stwierdzono
      w piątym miesiącu życia. Przy porodzie dostał 10 punktów w skali Apgar. Kolejne
      diagnozy: refluks żołądkowy, bardzo poważna wada wzroku nie wyjaśniały
      cierpienia Krzysia, sygnalizowanego nieustannym płaczem. Badanie EEG wykazało
      nadzwyczajnie duże fale mózgowe, choć zewnętrznie chłopczyk nie odbiegał
      rozwojem od rówieśników. W dniu, gdy Dorota podjęła pracę, Krzyś po raz
      pierwszy miał atak. Jakby przestał oddychać. W szpitalu stwierdzono zapalenie
      płuc. Dziewięć miesięcy w Instytucie Matki i Dziecka, operacja, rezonans
      magnetyczny, wyrok… Krzyś miał mózg jak suchy włoski orzech: bez płynów. Wtedy
      po raz pierwszy usłyszeli, że nie będzie nigdy sam chodził, że nigdy nie będzie
      jak inni.

      – No proszę spojrzeć, czy to jest stan wegetatywny? Czy marchewka mruga oczami?
      Czy cokolwiek komunikuje głosem? Czy bywa zadowolona? – Dorota pokazuje
      Krzysia, który właśnie zasnął przy tarasie. Przez szybę przygląda mu się wielki
      bernardyn.

      Trafili pod opiekę Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci. Przez pół roku dręczyła
      ich świadomość, że „to” stanie się za chwilę.

      – Kasiu, takie dzieci jak Krzysio, to Pan Bóg do siebie zabiera – tłumaczyli
      starszej o pięć lat siostrze.
      – Mamo, jak ten Bóg zapuka do drzwi, to go nie wpuszczę.
      Kasia bierze Krzysia do swojego pokoju. Kładzie wokół niego zabawki, ulubione
      misie, baloniki. Rozpoczyna się lekcja angielskiego…

      Kilka tygodni później:

      – Mamo, jak Krzysio umrze, to nie pochowamy go na cmentarzu…
      – Dlaczego?
      – Bo tam mu będzie smutno. Pochowamy go koło trzepaka, żeby nie sam.

      Ani na chwilę nie myśleli o innym rozwiązaniu. Choćby o tym, żeby ułożyć sobie
      życie bez Krzysia, co sugerowali lekarze. – Przecież są takie ośrodki…

      – Dopóki starczy sił, do końca będziesz z nami – obiecali sobie i synowi. I
      poczuli się bezpieczni, bo zrobili wszystko, co mogli. Reszta należy do Boga.

      Teraz życie Doroty i Tomka Kłosiewiczów upływa podobnie jak setek, tysięcy
      innych rodzin. W ubiegłym roku wybudowali dom, Dorota podjęła studia, Tomek
      zaczął pracować jako taksówkarz. To fakt, mają w domu Krzysia, który wymaga
      opieki, ale dla nich to bez znaczenia. Bo pokochali go tak, jakby kochali kogoś
      zaledwie piegowatego, albo jąkającego się.

      Zapalenie płuc minęło. Krzyś nawet nie wie, jak wiele łączyło go nie tylko z
      Terry, ale także z Papieżem. Nawet to, że po przez chorobę schudł o 19 kilo,
      jak Ojciec Święty. Rurka wystająca spomiędzy guzików koszuli od kilku lat
      doprowadza sondą pokarm wprost to żołądka. Krzysiowi jest wszystko jedno, czy
      dziś będzie pomidorowa, czy ziemniaki. Ważne, że żyje. Ważne, że są tacy,
      którzy chcą, by żył.
      • aniouek1 Choć w śpiączce, to czeka 02.05.05, 21:42
        Choć w śpiączce, to czeka

        Czy z chorym w stanie wegetatywnym można nawiązać kontakt? Sporo lekarzy myśli,
        że to niemożliwe, że to „warzywa”.

        Kompletnie nie zgadza się z tym doktor Jolanta Markowska, dyrektor
        hospicjum „Cordis” w Mysłowicach. – W hospicjach dostrzegamy pewne rzeczy
        wyraźniej, bo intensywnie wchodzimy w życie odchodzących, nie chowamy się za
        biały fartuch – mówi. A potem opowiada o swoim przyjacielu, 70-letnim mężu
        kobiety umierającej w hospicjum. – Po jej śmierci odwiedzał nas z czerwonymi
        różami. Niedawno doznał jednego wylewu, potem drugiego, ratowano go operacją
        neurochirurgiczną, po której znalazł się w stanie śpiączki. Jego organizm
        funkcjonował poprawnie, tylko brak było kontaktu z otoczeniem. A jednak… Kiedy
        przychodziła do niego córka zaczynał poruszać powiekami, zmieniała mu się
        temperatura ciała. Sama wielokrotnie zaobserwowałam, że kiedy kładę dłoń na
        nadgarstek przebywającego w śpiączce, to jego tętno wzrasta – dodaje.

        Doktor Markowska nieraz obserwowała, jak pozornie nieświadomy chory „czekał” na
        odwiedziny kogoś bliskiego, z kim chciał się pożegnać. – Albo chciał przyjąć
        Sakrament Chorych, i dopiero umierał. To wszystko zaprzecza twierdzeniu, że
        taki stan to tylko wegetacja – zapala się.

        Zapamiętała imiona opiekunów

        Amerykanka Terry Schiavo zmarła z głodu i pragnienia 31 marca. Została
        zagłodzona z wyroku sądu. Wielu ludzi nurtuje pytanie: co czuła przed śmiercią?

        Twierdzenia wielu lekarzy, że nic, można włożyć między bajki. Wystarczy
        porozmawiać z ludźmi, którzy zostali ze stanu wegetatywnego obudzeni. – Oni
        wszyscy pamiętają mniej lub więcej szczegółów sprzed wybudzenia. Na przykład,
        że lekarze stali nad nimi i naradzali się – mówi doktor Małgorzata Łukowicz z
        Kliniki Rehabilitacji Collegium Medicum w Bydgoszczy.

        W tej klinice leżała niedawno 11-letnia Madzia. Była w stanie wegetatywnym
        przez siedem miesięcy. Kiedy się obudziła, znała imiona ludzi, którzy
        opiekowali się nią w klinice. Mało tego: zapamiętała nawet imiona opiekunów
        innych chorych!

        – Kiedy mnie zobaczyła po raz pierwszy po wybudzeniu, zawołała: „O, pani doktor
        Łukowicz!”. Tak mnie tym wzruszyła, że aż płakałam – wspomina pani doktor. – I
        pomyśleć, że zanim do nas trafiła, lekarze mówili jej rodzinie: „po co ją
        trzymać przy życiu, to jest roślina!”. Dzisiaj Madzia chodzi, gada, wraca do
        szkoły – dodaje.

        Bydgoska klinika, w której pracuje doktor Łukowicz, jest niezwykła. Profesor
        Jan Talar, który nią kieruje, wybudził już około dwustu pacjentów ze stanu
        wegetatywnego.

        Profesor opracował bowiem pionierski program wybudzania pacjentów. Stymuluje na
        różne sposoby nie tylko ich mięśnie, ale i tkanki nerwowe. Poddaje ich
        fizykoterapii, masażom, specjalnym kąpielom, stymulowaniu prądem i polem
        magnetycznym. Napisał nawet do prezydenta Busha, że chętnie spróbowałby obudzić
        Terry w bydgoskiej klinice.

        – Jeszcze się u nas nie zdarzyło, żeby pacjent, który wpadł w stan wegetatywny
        po urazie, tutaj się nie obudził. I to mimo, że inni lekarze nie dają im na to
        szans. Gorsze rokowania są przy pacjentach z nagłym zatrzymaniem krążenia, ale
        oni też się budzą – mówi doktor Łukowicz.

        Śpiączka w „Na dobre i na złe”

        Przed paru laty telewizje całego świata pokazały mężczyznę, który zapadł w stan
        wegetatywny po brutalnym pobiciu. Jednak po kilkunastu latach z tego stanu się
        obudził, a potem… podał policjantom nazwisko chuligana, który go tak urządził. –
        Takie obudzenia po kilkunastu latach co jakiś czas się zdarzają. To nie nasza
        moc, żebyśmy decydowali, kto ma żyć, a kto nie. To nie leży w naszej gestii! –
        mówi doktor Łukowicz.

        Ola, córka aktorki Ewy Błaszczyk, też wpadła w taki stan, gdy zachłysnęła się
        popijając tabletkę. Działo się to przed pięciu laty. Dlatego Ewa Błaszczyk ma
        jednoznaczne zdanie o dramacie Terry Schiavo. – Gdyby chodziło o jakieś
        zwierzę, na przykład o foki, Zieloni potrafiliby zapobiec śmierci. A człowieka
        można zabić. Wierzę, że nikt nie podjąłby takiej decyzji w odniesieniu do
        własnego dziecka. Łatwo ferować wyroki, gdy nie dotyczą własnej córki czy syna.
        Już wkrótce w serialu „Na dobre i na złe” pojawi się podobny przypadek dziecka
        w śpiączce neurologicznej. Myślę, że 11 milionów widzów serialu ugruntuje sobie
        pod jego wpływem pogląd na takie przypadki – mówi.

        Obudzeni ze stanu wegetatywnego są w różnym stanie. Niektórzy zmagają się z
        niedowładami rąk czy nóg. Obudzony w toruńskim hospicjum „Światło” Radek chodzi
        o kulach, ale jest całkowicie świadomy, gra na gitarze i cieszy się życiem. 32-
        letnia Elżbieta też jest świadoma, ale ciężko jej się mówi – to efekt wylewu,
        który przeszła. U Andrzeja, obudzonego w tym samym hospicjum, uszkodzenia mózgu
        są na tyle poważne, że zaczął się inaczej zachowywać, że dzisiaj potrafi być
        agresywny.

        Nie oddałabym żadnej chwili

        Bliscy zawsze liczą na cud, na obudzenie się chorego ze stanu wegetatywnego.
        Jednak nawet, jeśli takie fizyczne uzdrowienie nie nastąpi, nie żałują
        poświęconego chorym czasu.

        Wiktoria urodziła się w dzień zakochanych. I kochała życie. Przez całe osiem
        lat. Taka iskierka, wesolutka. Wszystkie sztućce czyściła w kuchni, żeby
        świeciły jak słońce. I podłogi, i meble. Marzyła, żeby zostać sprzątaczką.
        Dzieciaki, które leżały z nią w szpitalnej sali, były szczęśliwe. Umiała
        rozładować atmosferę. Nawet na onkologii. Opiekowała się młodszymi koleżankami.

        Przez cztery lata swojej choroby zwyciężała. Lekarze dziwili się, że tak
        świetnie wygląda, że ma dobry humor. Nie pozwalała mamie płakać. Straciła
        przytomność w dniu urodzin, w czasie przyjęcia w Mac Donaldzie.

        – Wieczorem widziałam, że ma takie szklane oczka – mówi jej mama Beata. –
        Pielęgniarki z hospicjum podłączyły jej kroplówkę i dostała taki nosek z
        tlenem. Żegnałyśmy się pięć tygodni. Leżała na tamtym łóżeczku, u siebie, wśród
        lalek – pokazuje.

        Matka Wiktorii uważa, że córka prowadziła ją do rozstania. – Tyle dni mogłyśmy
        się dotykać, tulić. Jeszcze dziś pamiętam jej ciepło. Czwartego dnia śpiączki
        przyjęła I Komunię, do której się wcześniej przygotowywała. Byłam w szoku, cały
        czas płakałam. Położyłyśmy na niej sukieneczkę. Na rączce bransoletka, zawsze
        była damą. Otwarła oczki, przeciągnęła się. Ksiądz i dziadziuś otworzyli jej
        buźkę. A jak dziewczyny śpiewały, ruszała w takt nóżką, widocznie nas słyszała –
        wspomina.

        Zwykle w ciągu dnia Wiktoria otwierała oczy i patrzyła na mamę wzrokiem, który
        przeszywał: pełnym miłości, żalu i strachu. – Mówiłam jej: „kiedyś się to
        skończy, Wikusiu”. Czytałyśmy jej z siostrami bajki, modliłyśmy się. W ostatnią
        niedzielę też otworzyła oczka, takie duże i piękne, i patrzyła na mnie. Była
        świadoma. A w poniedziałek się zaczęło. Oddech był coraz słabszy, krótki.
        Dziewczyny z hospicjum Cordis zapytały, czy odmówimy Różaniec. Wszystkie
        dziesiątki. Jak skończyłyśmy, zaczęła odchodzić. Jeszcze zdążyłam jej
        powiedzieć kilka słów, przytulić. Zsiniały jej usta. Umarła o 12.50, w pierwszy
        dzień wiosny. Śpiewały ptaszki, świeciło słoneczko, jakby nie umierała, ale się
        rodziła – mówi mama.

        Matka Wiktorii uważa, że towarzyszenie córce w tych chwilach znacznie wzmocniło
        jej wiarę. – Inni chodzą na cmentarz, wyrzucają sobie, że czegoś zmarłym nie
        powiedzieli. Ja zrobiłam dla niej wszystko, co w mojej mocy. I dziś czuję
        spokój. Myślę, że to aniołek, który miał coś tu do zrobienia. Tylko szkoda, że
        tyle cierpiała – mówi. – Najpierw chciałam się zwolnić z pracy, potem miałam L-
        4, urlop. Dziś nie oddałabym żadnej chwili z nią. Do głowy by mi nie przyszło,
        żeby odłączyć kroplówkę. Wiedziałam, że
        • kendo Re: Co sie z kobietami zaczyna dziac ?? 03.05.05, 10:20
          znow podala nasza gazeta,ze nastepna kobieta
          zostanie najstarsza mama na swiecie,(po rumunce 66-letniej)
          z poludniowej serbi 67-letnia kobieta
          ma wydac bebiska na swiat w lipcu....
          lekarze bardzo zaniepokojeni,
          poniewaz grozi niebespieczenstwo kobiecie i bebiskowisad(
          • aniouek1 teraz to się lekarze niepokoją a gdzie był świat 03.05.05, 10:26
            nauki, kiedy podejmowano decyzje o eksperymentach genetycznych z żywnością
            i np. paszach dla zwierząt "ulepszanych" hormonalnie?
            Tak to bywa, że łakomstwo nie popłaca... Bogactwo ekonomiczne także ma swoją
            cenę...niestety...bywa, że bierze najwyższą...sad
            • kendo Re: teraz to się lekarze niepokoją a gdzie był św 03.05.05, 10:30
              myslisz,ze w tym przypadku jest winna zywnosc modyfikowana genetycznie??
              nic nie wspomnieli o tym w tym przypadku,
              natomias w przypadku rumunki-zostala insyminowana.

              uwazam,ze to jest juz paranojasad
              • aniouek1 a ja...muszę Ci się przyznać, że sama nie wiem 03.05.05, 10:49
                właściwie co mam o tym wszystkim myślec i...nawet nie wiem, czy moje myslenie
                na ten temat ma jakiś sens.... choć... fakt - nie boli.
                Owszem...bardzo chętnie porozmawiałabym z tymi kobietami... nie by kwestionować
                Ich prawa, czy...potepiać za podjęte decyzje ale...spróbować zrozumieć
                motywację... bez poznania...nie ma zrozumienia
                • kendo Re: a ja...muszę Ci się przyznać, że sama nie wie 03.05.05, 11:16
                  jak czytalam wypowiedz rumunki-intelektualista-
                  twiedzila,ze u nich genetycznie wszyscy sa dlugowieczni,
                  ona sama strasznie pragnela dziecka-to zrozumiale-
                  ale w tak poznym wieku? uwazam,ze to przesada,
                  dziec potrzebuja ciaglej motywacj na roznym podlozu,
                  czy kobieta samotna,jak ona ,moze mu to zapewnic?
                  • aniouek1 samotne matki 03.05.05, 11:39
                    bywają, że sa w różnym wieku.
                    Niektóre z wyboru, inne ...tak się im życie poskładało, lub też - rozsypało.

                    Wiesz...coś mnie tak w środeczku podpowiada, że to z tym chceniem dziecka
                    w wieku nazwijmy go dojrzałym, to całkiem normalna sprawa, jednakże...
                    realizacja chyba znacznie w większym stopniu dowodzi egoizmu i to w formie
                    wręcz niebezpiecznej dla otoczenia, niźli miłości do upragnionego, wymarzonego
                    a w końcu sprowadzonego na ten świat dziecka...

                    Jednakże...nie potrafie w sprawie tak życia jak i śmierci powiedzieć, że
                    ...którekolwiek z tych dwóch - w jakimkolwiek by było czasie - jest bez sensu.

                    Spróbuj mnie argumentami przekonać, że nie mam racji.
                    • kendo Re: samotne matki 04.05.05, 09:12
                      o! slusznie napisalas,ze to ogromny egoizm,
                      w dalszym ciagu jestem przeciwna takim postepowaniom.,
                      czy kobieta w takim wieku ma sile na wszystkie obowiazki pielegnowania bebisa?
                      a w dorastajacym jego zyciu ,czy bedzie miala sile umyslu i fizyczna,
                      by motywowac/tlumaczyc reguly zycia??
                      kiedy dziecie bedzie mialo 10 lato to ona bedzie niemal osiemdziesiecio letnia
                      staruszka,ktorej system myslenia i wyciaganie wniskow zyciowych bedzie mialo
                      inny wymiar,moga ja nawiedzic rozne choroby "starcze",kto sie zajmie wdedy
                      maluchem??
                      • kendo Re:Ewa Braun......... 04.05.05, 09:45
                        www.aftonbladet.se/vss/nyheter/story/0,2789,640705,00.html**
                        kochanka Hitlera i zona na jeden dzien,
                        wzieli slub dzien przed popelnieniem samobojstwa 30 kwietnia 1945 r.
                        wedlug zeznan pielegniarki dyktatora 93 letniej Erna Fleger,ktora wyznaje tak
                        dlugo zachowywana tajemnice,Ewa nie byla w ciazy z Adolkiem a z generalem
                        Hermann Fegeleing,ktorego Adolek wydal rozkaz by zastrzelic,powody sa dyfusa,bo
                        niewiadomo czy chodzilo o zdrade rzadu,czy o "trojkat"
                        • aniouek1 Re:Ewa Braun......... 04.05.05, 11:55
                          o cokolwiek by chodziło... zabici zostali ...wszyscy oni.

                          Popatrz...pewno wszyscy oni też chcieli być szczęśliwi...mieli szansę i sami
                          w sobie szansą byli...i wszyscy ZABICI ZOSTALI.

                          Hmmm...nie wiem jak pozostałym jednak wydaje mi się, że...temu nienarodzonemu
                          dziecku odebrano prawo do wolnej woli...za niego...zadecydowano jego śmierć.

                          Choć...mogę się mylić, bo...jeśli wolna wola jest pierwiastkiem duszy ludzkiej
                          to znaczy, że jego dusza przyjmując ich ciało...sama wybrała...
                      • aniouek1 Re: samotne matki 04.05.05, 11:44
                        kendo napisała:

                        > o! slusznie napisalas,ze to ogromny egoizm,
                        > w dalszym ciagu jestem przeciwna takim postepowaniom.,

                        Po raz drugi dzisiaj pozwalam sobie na cytat:

                        Zło = wynik egoizmu człowieka , " miłość siebie aż do odrzucenia Boga"
                        = Amor sui usque ad contemptum Dei .. ( Jan Paweł II )

                        Egoizm ...pragnienie zaspokojenia własnej potrzeby bycia matką...bez zdolności
                        kochania niepoczętego dziecka... Jeśli starczyłoby starej kobiecie wyobraźni
                        to...w imię tej miłości chyba potrafiłaby ponieść na swoje własne dożywocie
                        choćby najbardziej doskwierającą jej samej samotnię... wyplenić z duszy swojej -
                        niczym chwasty z grządki - egoistyczne ambicje, egoistyczne pragnienia...

                        A może... wg tej starej kobiety to wcale nie jest tak jak my pojmujemy jej
                        decyzję i postrzegamy ten cały świat?

                        Może...uważa, że to kim jest, co posiada tu w ziemskim wymiarze po prostu
                        starczy jej dziecku dla zaspokojenia wszelkich jego potrzeb?

                        Wiesz...myślę sobie, że ...inwalidztwo emocjonalno-uczuciowe jest jednym
                        z najpoważniejszych (o ile nie najpoważniejszym) inwalidztwem człowieczym,
                        a na domiar złego podlega dziedziczeniu i - niestety - jest nieuleczalną
                        chorobą z tendencją wzrostową sad

                        Jednakże...nie ośmieliłabym się nawet pomysleć, i to pod żadnym względem,
                        i nie sądzę, by istniały jakiekolwiek argumenty przemawiające za tym, że TO
                        dziecko jest w jakimkolwiek sensie i znaczeniu ZŁEM.

                        Jest ŻYCIEM a więc jest i szansą dla siebie samego i także dla innych ludzi
                        na BYCIE DOBRYM ...dla mnie i Ciebie pewno także jest taką szansą, mimo, że
                        jeszcze nie narodzone...
                        Kendo...ja NIE WIERZĘ W PRZYPADKI!
                        Nie przez przypadek teraz także rozmawiamy o jego matce i o nim...
                        • kendo Re: samotne matki 04.05.05, 18:18
                          aniouek1 napisała:


                          > Egoizm ...pragnienie zaspokojenia własnej potrzeby bycia matką...bez
                          zdolności
                          > kochania niepoczętego dziecka...
                          **
                          to Ci przytocze dzisiejszy przyklad z naszej gazety,jakas pisenkara
                          zaadoptowala dziecine jeszcze nieurodzona ,chcial je bardzo(posiadac)w chwili
                          narodzenia,okazalo sie ze dziecie ma jakis blad poporodowy i umarlo,
                          wiesz co ona zrobila?? tz.piosenkarka,wyslala surogat matce czek na 2000 na
                          pogrzeb sama nie przybyla,usch...zbuntowalam sie na niasad((((((((((

                          >
                          > Wiesz...myślę sobie, że ...inwalidztwo emocjonalno-uczuciowe jest jednym
                          > z najpoważniejszych (o ile nie najpoważniejszym) inwalidztwem człowieczym,
                          > a na domiar złego podlega dziedziczeniu i - niestety - jest nieuleczalną
                          > chorobą z tendencją wzrostową sad
                          >
                          ** o ! a to trafnie napisalas....nie umialam tego do tej pory nazwac.
                          i coraz wiecej jest takich "inwalidow" i czlek nie moze do "nich
                          trafic",otoczyli sie rido metalowym i zyja wedlog swych zasad.


                          > Jednakże...nie ośmieliłabym się nawet pomysleć, i to pod żadnym względem,
                          > i nie sądzę, by istniały jakiekolwiek argumenty przemawiające za tym, że TO
                          > dziecko jest w jakimkolwiek sensie i znaczeniu ZŁEM.

                          **tez nie twierdze ,ze bedzie to "zle dziecko",martwie sie jedynie o jego byt i
                          rozwoj,czy dostanie to co powinno dostac,jak kazde jedno z "mlodej kobiety"
                          >
                          > Jest ŻYCIEM a więc jest i szansą dla siebie samego i także dla innych ludzi
                          > na BYCIE DOBRYM ...dla mnie i Ciebie pewno także jest taką szansą, mimo, że
                          > jeszcze nie narodzone...
                          > Kendo...ja NIE WIERZĘ W PRZYPADKI!
                          > Nie przez przypadek teraz także rozmawiamy o jego matce i o nim...

                          ja w przypadki wierze ....
                          ale niech ta dziecina ma wszystko to co inne dziec maja,
                          przede wszystkim brak ojca dla dziecka,tu nie bedzie mialo zadnego wzorca do
                          innego rozwoju,bedzie tylko jeden,
                          bo jak mowia:matka uczy milosci tej emocjonalne a ojciec uczy milosci wszak w
                          innym sensie.
    • aniouek1 Re: PRASÓWKA 05.04.06, 21:00
      Przyznam Wam się do czegoś...nie lubię prasy...nie lubię i JUŻ!
      Nie mogę już czytać o tym co się dzieje wokół, nie mogę już słuchać wiadomości
      w radio czy tv...nie mogę bo...to jakby kronika kryminalna...zło goni zło,
      każda następna wiadomość jest gorsza niż poprzednia a ja...jestem już
      przesycona złymi, niedobrymi, smutnymi wiadomościami i nie przyjmuje wiecej,
      nie mieści się we mnie...po prostu się nie mieści bo...na dodatek poczucie
      niemożności, bezradności...zupełnej bezradności, bo ...coraz bardziej ten świat
      ludzi i zdarzeń staje się dla mnie obcy, wrogi...okrutny...

      Dobrze, że jest ziemia i niebo nad ziemią i że ptaki śpiewają jak niegdyś
      i, że jest nadzieja, że trawa się zazieleni i kwiaty zakwitną, a później
      przyjdzie lato z łanami zbórz złociejących i świerszczami, a troszku później
      jesień złota, nawet jeśli mokra to też można w niej urok dojrzeć by później
      znów dać się zimie w biel strojnej zachwycić i malującemu kwiaty na szybach
      mrozowi zaczarowywać...

      O tym...prasówek nie ma...
      • kendo Re: PRASÓWKA 05.04.06, 21:48
        podobnie mysle i wcale ich juz niekupuje,tu pisza niemal na ten sam temat co w
        kraju....miser i kryminoligiasad(
        albo we wszystkich miesiecznikach te same tematy na pielegnacje urody,nic
        innego nowego,
        najlepiej zaglebic sie w literature pieknej,ktora sie lubi i czekac do
        slonecznej wiosny/do lata upalnego i zaczac czytac ponownie w slotna jesien.
      • mala20033 Re: PRASÓWKA 05.04.06, 21:58
        Ostatnio przeczytalam jak likwidowali Niemcy wroclawskie ZOO w czasie oblezenia
        i sie poplakalam...
        A prasa..ech...okropienstwo..
        Ale kwiaty w ogrodzie mi kwitna...
        • kendo Re: PRASÓWKA 05.04.06, 22:15
          wlasnie malenka nie moge czytac takich smutnych opowiesci,
          gdzie przemoc i okrucienstwo na pierwszym rzedziesad(

          ide juz nana....PA;..Szufladunie...wypoczetej nocy zycze.
        • aniouek1 Re: PRASÓWKA 06.04.06, 18:57
          mala20033 napisała:

          > A prasa..ech...okropienstwo..
          > Ale kwiaty w ogrodzie mi kwitna...

          Czemu funkcjonuje opinia, że o sukcesach i o dobrych człowieczych postawach
          gdyby w prasie pisano, to nie byłaby ona czytana?
          Czy doprawdy tylko historie kryminalne, horrory, mordy, wojny, kto komu
          i dlaczego "dołek kopie", a do tego "jak być piękną/pięknym" i czym się
          odchudzać - ma rynkowy popyt?
    • mala20033 Re: PRASÓWKA 09.05.06, 20:20
      Nie mam cierpliwosci ostatnio do prasowki...
      • kendo Re: PRASÓWKA 09.05.06, 20:28
        na koppie przelece wazniejsze gazety i naglowkami.
    • aniouek1 Koniec z odrabianiem lekcji 14.02.07, 23:59
      wiadomosci.onet.pl/1390782,242,kioskart.html

      Ciekawa jestem Waszego na ten temat zdania i z góry dziękuję za każdą uwagę na
      ten temat
      • kendo Re: Koniec z odrabianiem lekcji 15.02.07, 10:51
        popieram w polowie projekt,
        dzieciska musza umiec czytac i liczyc niestety,to podstawa ich zycia.
        pomysl wdrozenia "intelektualnych zajec"jest OK,przez to rozszezaja swa
        fantazje i zainteresowania,
        praca w domu z rodzicami jest rowniez OK,bo samo gotowanie/pieczenie to nauka
        matmy,bo przeciez nieraz trzeba przeliczac "recepty" na miligramy i gramy-to
        dobre,
        pozostaje nauka czxytania,tu mozna w muzeach/na wycieczkach skladac literki w
        cale zdania,tak uczylam swe dziecie czytania gdy mial piec lat.
        niemniej jednak ,jestem za zadawaniem choc odrobinke jakiejs pracy domowej by
        dziecie "wyrobilo" sobie samodystypline obowiazkow.
        • aniouek1 a ja popieram w całości a jeszcze lepiej 15.02.07, 14:11
          w kategoryczności O! i JUŻ!

          Myśli mi się, że przez nadmiar szkolnych zadań domowych, doszło do sytuacji
          w której dzieciaki rozróżniają gwiazdy na niebie ale nie potrafią prozaicznych
          czynności wykonać dla siebie i dla otoczenia właściwego im życiu.
          Szkoła jest w szkole i "szkoła przychodzi do domu" z zadaniami zeszytowymi
          z różnych przedmiotów. W efekcie dzieciaki wogólne przestają pojmować coś
          takiego jak np. czytanie dla przyjemności czy rozwijania własnych zainteresowań.
          To czym MAJĄ SIĘ INTERESOWAĆ określa obecnie wręcz dyktatorsko szkolny system
          edukacyjny.
          A kiedy dziecko ma uczyć się pełnienia np. roli członka rodziny? Kiedy ma
          choćby powspinać się drzewach i guza nabić sobie czy otrzeć kolano a póżniej
          samemu sobie z guzem radzić tak jak i z otartym kolanem?
          Kończą studia, a prostej zupy ugotowanie jest problemem, a co dopiero np.
          wywabianie plam, haftowanie czy majsterkowanie?

          Edukacyjny system szkolny determinujący czas wolny w rodzinie (a właściwie jego
          brak) sprawia, że...właściwie życie rodzinne sprowadza się do współbytowania na
          określonej powierzchni zbioru ludków, przy czym to jest bardziej współbytowanie
          podobne do hotelowej egzystencji, niźli wspólnotowego współżycia i budowania
          wspólnych planów i wspólnego ich realizowania.

          Obecnie kiedy mama czy tata mają czas (a dziecko i czas i siły) aby zarażać
          młode pokolenie systemem wartości, własnymi pasjami i zainteresowaniami?

          Wiadomo - na pierwszym miejscu jest szkoła i wobec szkoły obowiązki
          i odrabianie szkolno-zeszytowych zadań niemalże od powrotu ze szkoły (z przerwą
          na obiad) aż do zmroku kiedy już trzeba iść do spanka, aby rankiem do szkoły
          się zbierać.

          W efekcie domownicy w sposób indywidualny zagospodarowują sobie własny czas
          coraz częściej każdy w odrebnej domowej dziupli.

          Wzajemnie nie znają swoich trosk, swoich pragnień, ani marzeń, no
          bo..."rodzinność" sprowadza się do egzystencjonalnych zabiegów i
          obowiązków: "praca", "szkoła", "zrób zakupy", "potrzebuję koszule", "daj mi na
          kino", "idę na trening" itp.itd.

          Budowanie DOMU to nie jest TYLKO postawienie murów.

          Niestety, ale coraz bardziej widoczny jest brak życiowej zaradności młodych
          ludzi jeśli chodzi o takie zwyczajne prozaiczności, których niegdyś uczyły się
          w domu, a dzisiaj? Gdzie mają się tego naumieć skoro właściwie DOM nie
          funkcjonuje bo został zamieniony na "szkołę" i "zakład pracy"? (wiele firm
          prywatnych działa w oparciu o prywatne mieszkania, a to oznacza, że tam
          właściwie bezustannie trwa praca).


          Ech...okrutnie chaotycznie napisowałam aż mi stydno ale to stąd, że postrzegam
          różne negatywne konsekwencje "wnoszenia szkolno-zeszytowych zadań domowych" na
          grunt domowo-rodzinny.

          Jest WIEDZA, ale istnieje także pojęcie MĄDROŚĆ; jest WIEDZA ale niczym ona
          jest bez UMIEJĘTNOŚCI i ważne... by o tym nie zapominać, podobnie jak i o tym,
          że najistotniejszym weryfikatorem wszelakiego teoretyzowania jest praktyka.

          Kiedyś trzeba mieć czas także i na to PRAKTYKOWANIE.

          Proszę bardzo - przekonajcie mnie, że nie mam racji, że się mylę i jestem
          w błędzie.
          • kendo Re: a ja popieram w całości a jeszcze lepiej 15.02.07, 14:21
            w niektorych aspektach sie zgadzam,
            na brak juz czasu na dzisiaj jutro moze uda mi sie forsowac pokonywaniewink)
        • aniouek1 acha...jeszcze co do dyscypliny Kendo 15.02.07, 14:17
          szkół nie było, zadań szkolno-domowych także nie było, a jednak była dyscyplina
          i samodyscyplina także była.

          Głos taty i mamy COŚ znaczył, a teraz?

          ...niemal wszystko jest ważniejsze od tego głosu i wszystko pilniejszym się
          zdaje: a to kolega potrzebuje, a to pani w szkole kazała, a to znów coś tam
          w tv albo w internecie "napewno" wiedzą lepiej niż tata i mama i to tak
          oddzielnie jak i razem wzięci.

          Bezzstesowe wychowanie wydaje plon. Nie wiem jak Tobie, ale mnie się jakoś
          niezbyt ten plon podobuje sad
          • kendo Re: acha...jeszcze co do dyscypliny Kendo 17.02.07, 10:42
            zgodze sie z "bezstresowym wychowaniem",ze to niezdaje egzaminu,

            kiedys klap w pupe funkcjonowal(ale nie katownie)-obecnie zabronione,(osobiscie
            nie jestem zwoleniczka "klapow")
            niemniej wydaje mi sie,ze kiedys byly zadania domowe w szkolach(pamietam ze
            swego czasu)
            duzo tez zalezy od metod wychowawczych rodzicow,
            tz.jakie oni sami miel wzorce i byli wychowywani,
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka