very_famous
01.07.04, 16:06
Miejskie kebaby oraz różne etniczne lokale.Kiedyś wydawało mi się, że
ułatwiają one Polakom poznanie innych kultur i że możliwe jest oswojenie
obcości za pomocą egzotycznej bułki z mięsem oraz podającej ją śniadej
obsługi.
Jednakże rzeczywistość jest diametralnie inna od wyobrażeń.
Przeprowadzono badania nad kuchniami etnicznymi w Warszawie. Wywiady terenowe
pokazały, że kuchnie etniczne w ogóle nie są etniczne i oprócz paru
wyjątkowych, bardzo drogich restauracji nie odzwierciedlają autentycznych
lokalnych przepisów. Co więcej, stosunek do egzotycznego jedzenia nie
przekłada się na tolerancję wobec podających je osób i kultur, z których
pochodzą. Kebabowe fast foody tak naprawdę nie przyczyniają się więc do
kreowania Rzeczypospolitej Wielu Narodów. Z badań wynika ponadto, że
większość klientów przy doborze menu kieruje się przede wszystkim ceną i
lokalizacją. Prawie nikt nie jada "u Turka" dlatego, że jest egzotyczny,
chodzimy tam, bo kebaby są tanie, a podane z pikantnym sosem idealnie pasują
do zimnego piwa. Tym bardziej że wielu Irakijczyków, Syryjczyków i
Libijczyków udających Turków pozwala na BYOB - Bring Your Own Bottle, czyli
przyniesienie własnej flaszki. Wielu z nich skrzętnie ukrywa własne
pochodzenie. Szyld "turecki" jest najłatwiejszy do zaakceptowania, bo
przecież Polacy nie chcą jadać "u Araba".
Najciekawszy jest jednak proces oswajania kebabowego lunchu. Nie przypomina
on tego podawanego w Aleppo czy Stambule, oryginalne składniki są zbyt
drogie. Poza tym Polacy chcą kolejnej formy bułki z parówką czy zapiekanki z
pieczarkami i ketchupem, a nie jakichś "trucizn od terrorystów".
To, że coraz częściej przebywamy w sztucznym świecie, wiadomo nie od dziś.
Żywimy się podróbkami, nosimy podróbki, słuchamy piracko skopiowanej muzyki.
Jeździmy do dalekich krajów, aby żyć w sztucznych rajach dla turystów albo w
alternatywnych, ale równie sztucznych, enklawach dla "zwiedzających inaczej".
Chodzimy na "jamajskie" albo "indyjskie" imprezy, które nie mają nic
wspólnego ze swoimi pierwowzorami. Jeśli jesteśmy świadomi tej umowności to
jest w porządku. Gorzej, gdy traktujemy ją jako oryginał i wydajemy grubą
kasę na kulinarne safari (bez ruszania się z miejsca) lub wycieczkę do
tropików (klimatyzowanym autobusem).
Problem ten dotyka różnych sfer naszego życia, ale szczególnie widoczny jest
przy kontaktach z simulacrami innej kultury. Widać to w działalności różnego
typu stowarzyszeń na rzecz pokojowego współistnienia cywilizacji. Nagle
okazuje się, że możemy żyć razem, ale tylko z podróbką "Araba" czy "Hindusa"
oraz ich kuchni. Z całej gamy przejawów innego świata wybieramy te atrakcyjne
i reprezentantką "Wschodu" staje się tancerka brzucha, która najlepiej
wpisuje się w zachodni XXI wiek.
Zbyt często remiksy i wyobrażenia mylimy z rzeczywistością. Oryginalna
etniczność (cokolwiek miałoby to znaczyć) jest dla nas nie do przyjęcia. Być
może, zamawiając kebab z surówką podawaną przez Irakijczyka, który udaje
Turka, uczestniczymy w procesie hybrydyzacji i stopniowego przyswajania
innych kultur.