Wczoraj wieczorem przypomniało mi się jaki rano miałam sen niesamowity. Aż
musze się z Wami podzielić, chociaż wiele mi już uciekło z pamięci...
Śniło mi się, że poszłam na piechotę do jakiegoś państwa w Azji

bardzo
egzotycznego, żeby... przetłumaczyć jakies wyrażenie. Wydawało mi się, że to
było po francusku, ale chyba dlatego, że na jawie jest to język, który znam
najlepiej. W każdym razie niby rozumiałam słowa tego wyrażenia, ale brakowało
mi pełnego zrozumienia, sensu przenośnego czy cos takiego. Tylko jakieś
miejsce w tajemniczym państwie na wschodzie mogło mi pomóc to zrozumieć,
czułam że mam misję i przetłumaczenie tego jest ważne nie tylko dla mnie

Droga była długa, męcząca, ale nie skarżyłam się, właściwie kiedy dotarłam-
zapomniałam o niej. Stanęłam przed jakąś ścianą czy skałą, wielką górą i
zrozumiałam te słowa, olśniło mnie (oczywiście nie wiem, co to miało znaczyć,
ani co to były za słowa

)! Wszystko było takie piękne- rośliny, słońce,
skały, wszystko w fantastycznych barwach od granatu, ciemną głęboką zieleń,
fiolety, purpury, czerwienie wpadające e pomarańcz, złote i srebrne światło. W
powietrzu widziałam wzory z najpiękniejszych hinduskich tkanin, pływały nade
mną i wokół, wibrowało niezwykłą muzyką, tak naturalną że niemal nie do
odróznienia od ciszy. Miejsce to pachniało czymś pięknym, orientalnym, ale nie
ciężkim, zmysłowym i ciepłym. A potem wracałam do domu szczęśliwa przez
granatowe wąwozy i nic innego nie widziałam po drodze.
Sen się skończył, bo coś mnie obudziło, byłam nim tak zauroczona, że nie
otworzyłam oczu, bojąc się go zapomnieć i w myślach opowiedziałam sobie szybko
to, co jeszcze pamiętałam, żeby go "utrwalić"i znów zasnęłam. Miewam dziwne,
piękne sny, ale ten był chyba najbrdziej kolorowy, pachnący, grający z moich
dotychczasowych. Pełny zmysłowej i intelektualnej przyjemności, upajający jak
czerwcowa gorąca noc. Od wczorajszego poranka wciąż zamykam czy, żeby wrócił...