kriss67
05.11.07, 10:13
W ostatni weekend odbył sie wielki szlagier w lidze angielskiej.
Pojedynek odwiecznych rywali: Arsenalu Londyn i Manchesteru UtD. I
pojedynek wielkich trenerów. Sir Alexa Fergusona, który pracuje w
Manchesterze 21 lat i Francuza Wengera, który szkoli Arsenal lat
11....
Mecz jak istny thiller: napiecie, zwroty akcji.
Najpierw w 45 minucie futbolówke do własnej siatki pakuje piłkarz
Arsenalu William Gallas. 3 minuty póżniej wyrównuje pomocnik
Arsenalu, młodziutki Fabregas. 1-1. W 82 minucie gola dla
Manchesteru zdobywa Ronney, z racji wyglądu noszący przydomek Shrek.
2-1 dla gości. Zostało 8 minut. Arsenal naciera. Trwa oblężenie
bramki Manchesteru. I.....
- w doliczonym czasie gry, po upływie 90 regulaminowych minut gola
zdobywa "winowajca" Gallas. Tym razem trafił do własciwej bramki.2-2.
Przeczytajcie sobie ciekawy tekst Pana Rafała Steca na temat tego
meczu:
"Kiedyś porywające spektakle zaszczycaliśmy porównaniem do przebojów
made in Hollywood, dziś, gdy stolica kina wypluwa głównie infantylne
gnioty dla przedszkolaków, fabuły z ligi angielskiej nie mają już
konkurencji. I nie chodzi nawet o poziom gry, lecz owo niesamowite
spiętrzenie atrakcji oraz rosnący wraz z upływającym czasem ładunek
emocji, które razem wzięte są w dzisiejszej piłce czymś absolutnie
niepowtarzalnym.
Takie właśnie cudo wyprodukowały dziś Arsenal i Manchester.
Trwa doliczony czas gry, pole karne gości rozrywa kotłowanina i
kanonada, jakiej świat nie widział. Kiedy sędzia ogłasza, że padł
gol, nawet jego autor nie wie, że został bohaterem. Dopiero Adebayor
woła do zdezorientowanego Gallasa: to ty, to ty strzeliłeś! Z 1:2
robi się 2:2. Gospodarzy ocalił ten, który jako pierwszy sprowadził
na nich nieszczęście, zdobywając bramkę samobójczą. Czy można chcieć
czegoś więcej? Jaki fabularny zwrot jeszcze można wynaleźć? Czy
istnieje dreszczowiec doskonalszy?
Wyspiarze to uwielbiają. Zwłaszcza dziennikarze. Oni nie relacjonują
rozgrywek, lecz opowiadają pasjonujące historie, wynajdując je za
wszelką cenę, nawet jeśli trzeba rzeczywistość przekłamać,
nadinterpretować, podkoloryzować, nawet zmyślić. Bez ich pogoni za
superfajnymi fabułami pewnie nie byłoby zajadłej rywalizacji
trenerów Wengera i Fergusona, którzy prą do zwycięstwa po ostatnią
sekundę walki, których nieustępliwość i żądza triumfu zdają się
pchać całe drużyny.
Nie potrafię tego udowodnić, ale jestem głęboko przekonany, że
wieloletnia rywalizacja trenerskich legend Arsenalu i Manchesteru
przenosi się na piłkarzy. Także tych piłkarzy, którzy czasem
przebywają w klubie kilka lat, a czasem ledwie kilkanaście miesięcy,
więc sami z siebie pewnie nie zawsze poczuliby, w czym biorą udział.
Ale patrzą w oczy żywym pomnikom, poddają się oddziaływaniu dwóch
cholernie zdeterminowanych dziadków z jajami, co to zmierzyli się ze
sobą blisko 40 razy, ale wciąż nie mają dość udowadniania, kto jest
lepszy.
Chciałbym przeżyć kiedyś coś takiego u nas. Poziom gry na
angielskich boiskach długo jeszcze pozostanie dla naszej ligi
nieosiągalny. Ale tę niesamowitą łapczywość na triumfy, jaka napędza
gwiazdy Arsenali i Manchesterów, można wykrzesać z siebie
niezależnie od umiejętności. Za naszymi hitami muszą jednak stać
prawdziwe ludzkie historie, dla kogoś zwycięstwo muszą bywać
niekiedy kwestią honoru, a porażka osobistą zniewagą.
Wenger pracuje w Londynie ponad 10 lat i może śmiało powiedzieć:
Arsenal to ja. Ferguson utrzymuje stanowisko ponad 20 lat i jeszcze
śmielej może krzyknąć: Manchester to ja. Obaj nie tylko planują
treningi i dobierają skład na najbliższy mecz. Oni budują całą
filozofię klubu.
W naszej lidze Orestowi Lenczykowi - trenerowi o najdłuższym stażu -
stuknęły niedawno dwa lata na ławce GKS Bełchatów. Reszta na dobrą
sprawę rozpoczęła pracę przedwczoraj. A jeśli spojrzeć na
kilkanaście ostatnich sezonów, to rekordziści - Smuda w Widzewie czy
Kasperczak w Wiśle - nie wytrwali na jednej ławce nawet czterech
lat... Nawet Wojciechowi Stawowemu, któremu jako jedynemu obiecywano
znacznie więcej, paskudny numer wyciął ostatecznie właścicel
Cracovii. Podpisał z trenerem ponoć historyczny kontrakt -
dziesięcioletni - by miesiąc później pożegnać się z najbardziej
absurdalnego powodu pod słońcem - po sporze o to, czy piłkarze mają
dopłacać do zgrupowania.
Patrzę na nową falę - Skorżę, Urbana, Zielińskiego, Michniewicza
etc - i tak sobie marzę: a może i nam trafi się kiedyś prezes, który
będzie konsekwentnie trwał przy swoim wybrańcu, choćby po to, żeby
dowieść, iż zatrudniając go podjął właściwą decyzję?"
Pozdro
Krzysztof