Czołem
Tu macie wywiad z profesorem Jerzym Bralczykiem. Wywiad dotyczy -
esemesów. Jako świeżo upieczony posiadacz telefonu komórkowego,
odkrywam uroki esemesowania
Wywiad pochodzi z Gazety Wyborczej:
rozmowa z prof. Jerzym Bralczykiem*
Marta Strzelecka: Wysyła pan SMS-y?
Jerzy Bralczyk: Rzadko, bo nie opanowałem tej techniki. Łatwiej
jest, jeśli ktoś do mnie napisze. Wtedy wybieram opcję "odpowiedz" i
powolutku wystukuję literki, jakbym jednym palcem pisał list na
maszynie. Z własnej woli raczej tego nie robię. Za to bardzo często
dzwonię.
Woli pan?
- Pani też na pewno wolałaby porozmawiać, niż powymieniać się
karteczkami, prawda? Moglibyśmy tak robić. Ja napisałbym to, co
teraz mówię, dałbym pani kartkę, pani by przeczytała i odpisała.
Byłoby to niewygodne i trwałoby długo. Czy tylko szybkością rozmowa
przewyższa wysyłanie SMS-ów?
- Przede wszystkim jednoczesnością. Tekst, który jest u mnie w
głowie, jest jednocześnie u mnie na języku, u pani w uszach i u pani
w głowie. Porozumiewanie się za pomocą SMS-ów daje poczucie
odrębności. Podobnie jest z mailami.
SMS-y mają jednak pewną przewagę - można w nich szybko przekazywać
informacje, nie wdając się w niepotrzebne dyskusje.
- Pani ceni SMS-y za braki?
Tak. Za to na przykład, że ten, do kogo piszę, nie zadaje zbyt wielu
pytań i nie słyszy mojego głosu, więc mogę ukryć, w jakim jestem
nastroju.
- Pani ceni SMS-y za to, co oddala nadawcę od odbiorcy. Ja zakładam,
że rozmówca jest sprzymierzeńcem, i chciałbym, żeby żywo reagował.
Ale jest możliwy dialog esemesowy, trochę wolniejszy niż w rozmowie,
jednak emocjonalny?
- Jest to możliwe, choć zawsze będzie brakowało sygnałów, które
płyną z głosu, mimiki, języka ciała. Może powinienem nauczyć się
posługiwać wideowynalazkami?
Obraz w wideorozmowach dochodzi z niewielkim opóźnieniem, po
dźwięku.
- To nie chciałbym. Zależy mi na jednoczesności.
Czy istniał przed SMS-ami podobny rodzaj komunikacji?
- Pierwsze, z czym mi się kojarzyły, to telegramy. "Ojciec umarł.
Pogrzeb środa". Ograniczona liczba znaków i informacja, która wymaga
szybkiego przekazania. Bez możliwości polemizowania, dzielenia się
wrażeniami, okazywania emocji. Wydawało mi się, że w SMS-ach tak jak
w telegramach chodzi tylko o przekazywanie ważnej i pilnej
informacji w skrótowej formie. Ze zdziwieniem przyjąłem informację,
że istnieje literatura SMS-owa, odbywa się flirtowanie za pomocą SMS-
ów. A najbardziej byłem zaskoczony, kiedy moja studentka napisała
pracę magisterską o SMS-ach erotycznych. Zjawisko wydaje mi się
niezrozumiałe.
Coraz więcej ludzi codziennie pisze. Jeśli nie blogi, to e-maile
albo SMS-y. Czy to możliwe, że dzięki temu świadomość językowa jest
bardziej powszechna?
- Językiem działają prawa niezależnie od świadomości użytkowników.
Prawo ekonomii wysiłku: jeśli można coś powiedzieć krócej, tak się
robi. Prawo pełnej informacji, czasem wchodzące w drogę temu
pierwszemu: żeby być dobrze zrozumianym, trzeba przekazać wszystko,
co sprawia, że ta informacja jest logiczna i pełna. W przypadku
telegramów te zasady są przełamywane przez czynnik ekonomiczny - za
każde słowo trzeba zapłacić. Z SMS-ami też tak bywa. Lepiej się
zmieścić w kilkudziesięciu znakach, bo kolejne kilkadziesiąt będzie
kosztowało drugie tyle. I rzeczywiście kiedy myśli się o tych
ograniczeniach, świadomość językowa może być większa.
A dlaczego w SMS-ach nie używamy polskich znaków i wielkich liter?
Żeby pisać równie szybko, jak mówimy, żeby stracić świadomość
pisania?
- Czasem opuszczamy je z powodu wygody. Tak samo jest z mówieniem.
Łatwiej jest nie wypowiadać wyraźnie niektórych głosek, jeśli i tak
wiadomo, że zostaniemy zrozumiani. Ta zasada zawsze odgrywała rolę w
komunikacji. Powiedzmy, że rozmawiając z panią, czuję pewien
szacunek, nazwijmy to ogólnie. On sprawia, że wymawiam wszystko
wyraźnie i stosuję intonację, która podkreśla logikę mojej
wypowiedzi. Ale mogę wejść w bliższą relację i wtedy zacznę mówić
szybko i trochę niechlujnie.
To znaczy, że stosowanie małych liter czy skrótów to nie jest
kwestia powszechnie obowiązującej normy mailowej albo SMS-owej,
tylko tego, do kogo kierujemy tekst?
- Tak jak w języku mówionym tworzą się kody, którymi może się
posługiwać tylko rodzina, przyjaciele albo bliscy znajomi. Spotkałem
się z tym, że zamiast wielkiej litery ktoś pisze dwie małe.
Przekazuje w ten sposób informację: wiem, że powinna być duża, ale
szybciej jest tak. Staranne pisanie daje satysfakcję obu stronom,
myślimy wtedy: zobacz, jak wyrażam szacunek - daję wielkie "c",
przecinek, "ą"... Choć z drugiej strony bliski znajomy albo
przyjaciel może pomyśleć, że to oznacza dystans, a przecież
chciałoby się normalnie - dotknąć, poklepać po ramieniu, napisać coś
uproszczonego, żeby się specjalnie nie wysilać.
To kwestia wyboru kodu. Miły może być szacunek, rewerencja, ale
równie miłe jest poczucie bliskości, kontaktu, wspólnoty. Do
rodziców możemy zwracać się z atencją albo ze swobodą. Dlatego mówi
się o kodzie wypracowanym. Podobnie jest ze skrótami. Mimo słowników
skrótów, które można znaleźć w internecie, większością z nich
swobodnie posługują się małe kręgi znajomych. Ale czasem prywatne
zasady i powiedzenia się upowszechniają.
Czy język internetu, SMS-ów, czatów może wpłynąć na normę, która
obowiązuje w innych rodzajach tekstów i wypowiedzi?
- Powiększają się zbiory tekstów pozbawione elementów, które do tej
pory rozróżniały znaczenia - "ton" to przecież co innego niż "toń".
W znacznej części maili, które dostaję, nie ma już polskich znaków.
I sam u siebie, w moim postrzeganiu języka, zauważam, że to, co mnie
kiedyś drażniło i sprawiało, że tekst był niemal nieczytelny, teraz
już tak bardzo mi nie przeszkadza. Przedtem najpierw zauważałem, że
nie ma "ę" albo "ą", teraz jest to dopiero druga rzecz, która
przychodzi mi do głowy przy czytaniu - najpierw dostrzegam treść.
Zatem upowszechniający się kod maili i SMS-ów wpływa na język, który
jest w nas.
Czy będzie miał wpływ na gramatykę? Można sobie wyobrazić, że
zostanie wyeliminowana interpunkcja, ale wtedy musiałyby zostać
wypracowane inne czynniki, które ujednoznacznią to, co do tej pory
było jednoznaczne dzięki interpunkcji. Nie jesteśmy chyba jeszcze
gotowi do takich zmian.
Jest szansa, że język pisany będzie bliższy mówionemu?
- W wymowie doskonale radzimy sobie z jednakowo brzmiącymi wyrazami,
które co innego znaczą. W języku pisanym bez znaków rozróżniających
znaczenia kontekst musiałby być wyjątkowo ważny. Niektórzy uważają,
że ortografia nie jest działem językoznawstwa, tylko konwencjonalnym
zapisem. Dla nich zmiana obowiązujących zasad w pisowni nie byłaby
wielkim wydarzeniem. Ja jestem zdania, że zapis w znacznej mierze
wpływa na to, co jest w kształcie języka, na jego substancję.
*Prof. Jerzy Bralczyk - językoznawca, polonista, wykładowca retoryki
na Uniwersytecie Warszawskim i w Szkole Wyższej Psychologii
Społecznej w Warszawie; specjalista w zakresie języka mediów,
polityki i reklamy, autor audycji telewizyjnych i radiowych oraz
wielu książek o języku, najnowsza to "444 zdania polskie"
Źródło: Gazeta Wyborcza"
Pozdro
Krzysztof