Dodaj do ulubionych

Opowiastki Janoscha

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.07.05, 01:24
Gazeta Wyborcza drukuje opowiastki znanego zabrzanina "Janoscha", którego
niedawno gościlismy w Zabrzu . Warto poczytać i poszukać przesłania w tych
tekstach.

Żaba Bolek i mucha - opowiastka Janosza
Janosz, z niemieckiego tłumaczył Bartosz T. Wieliński

Raz żaba Bolek zaczęła nagabywać muchę. - Zakochałem się w tobie na śmierć,
kochana mucho. Chodź no do mnie. Chcę się z tobą całować. Mucha jednak nie
dała się nabrać i odkrzyknęła z oddali. - Nic z tego. Nie jestem taka głupia.
Ja cię pocałuję, a ty mnie zeżresz.

- Ależ nie - krzyknął Bolek. - Ja w ogóle nie jem much, poważnie.

Ale mucha i tak nie dała się nabrać.

Wtedy Bolek wyznał jej, że jest zaczarowanym Żabim Królem. - Twój pocałunek
mnie wyzwoli - powiedział. W zamian obiecał musze wielkie bogactwa. -Jeśli
mnie pocałujesz, oddam ci swoje królestwo, złotą karetę z 12 końmi i 30
kilogramów czystego złota.

Ale mucha była niewzruszona nawet wtedy, gdy Bolek obiecał jej, ze weźmie z
nią ślub cywilny.

Gdy wszystko zawiodło, żaba posmarowała sobie usta miodem. Gdy mucha poczuła
jego zapach, odebrało jej rozum. Ogarnięta szałem podleciała do Bolka,
usiadła na jego ustach i... przykleiła się do miodu. Wtedy Bolek zaczął ją
powolutku zjadać i wysysać, co sprawiało mu wielka przyjemność.

- Widzisz - mówił do siebie - takie jest życie.
Obserwuj wątek
    • Gość: literat Re: Opowiastki Janoscha IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 31.07.05, 16:32
      "Jak wychowywano Janosha
      Notowała: Aneta Górnicka-Boratyńska 25-06-2005, ostatnia aktualizacja 22-06-
      2005 12:17

      Wszystko, co pozytywne, wyniosłem z domu dziadka, ale pisanie książek jest
      dla mnie przede wszystkim naprawianiem krzywd, jakich doświadczyłem

      Pierwsze trzy lata spędziłem u dziadków. Nie wiem, gdzie byli wtedy moi
      rodzice. Wierzyłem, że umiem latać. Mieszkanie dziadka, który palił bardzo
      dużo machorki, było zadymione. Dziadek sprawiał wrażenie nieobecnego duchem,
      podejrzewałem, że ma to jakiś związek z paleniem. Chciałem spróbować, jak to
      jest, wypaliłem cygaro, „odleciałem” i wylądowałem w szpitalu. Potem
      zamieszkaliśmy wszyscy razem: dziadkowie, rodzice i ja, w Zabrzu, w typowym
      familoku na górniczym osiedlu, na 20 metrach kwadratowych. Nie mieliśmy
      bieżącej wody ani toalety.

      Czy miałem szczęśliwe dzieciństwo? Mój ojciec wracał każdego dnia pijany, ale
      wtedy wydawało mi się to normalne. W domu mówiło się tylko o tym, jak bardzo
      się ojciec dzisiaj upił. Matka straszyła mnie, że zabierze mnie diabeł, bałem
      się piekła. Dużo chorowałem, pamiętam operację wyrostka, gdy miałem trzy
      lata - że liczyłem przed narkozą i że doliczyłem do trzech. Lekarz w szpitalu
      podarował mi 10 fenigów i mogłem sobie kupić ciastko - to jedno z moich
      najjaśniejszych wspomnień.

      Matka często chodziła do kościoła, żeby pokazać nową sukienkę - lubiła się
      stroić. Ja szedłem za nią. Siadała zawsze z przodu, na ołtarzu wisiał
      Chrystus zakrwawiony, zawsze się bałem, że spadnie.

      Pamiętam swoją radość, gdy spalił się kościół Świętego Ducha w Zabrzu, bo już
      nie musiałem do niego chodzić. Nie chodziłem na mszę, a jednocześnie nie
      grzeszyłem - bo kościoła nie było.

      Marzyłem, by być rozbójnikiem. W Pszczynie mieszkało trzech rozbójników:
      Szedla, Elijas i Pistolka, którzy jak Janosik napadali na bogatych i dawali
      biednym. Gdy dorosłem, napisałem o nich książkę.

      Marzyłem też, by malować złotym, srebrnym i różowym kolorem. W życiu, które
      znałem, nie było takich barw. Miałem cztery lata, gdy dostałem pierwsze
      farby, ale nie mogłem nimi malować, bo nie miałem pędzelka (ojciec nie
      wiedział, że do malowania potrzebny jest pędzel), poza tym i tak nie miały
      złotego i srebrnego. Pierwsze rysunki robiłem, gdy miałem cztery lata. Ojciec
      pożyczył skądś książkę, to był rodzaj religijnej pornografii, przedstawiała
      nagie diabły. Patrząc na obrazki, rysowałem kobiece piersi. Nie mieliśmy w
      domu innej książki oprócz modlitewnika matki. Dopiero w 1959 roku - miałem
      wtedy 28 lat - nauczyłem się malować złotym kolorem, czyli nakładać płatki
      złota. Wciąż maluję prawdziwym złotem i srebrem.

      Najważniejsi są bliscy ludzie, a rodzinna okolica to najlepsze miejsce do
      życia - spokój, ład. Tak o tym mówią moje książki o Misiu i Tygrysku.
      Przypomina mi się moja babcia, która grzała cegłę w piecu, owijała ją w
      szmatkę i wkładała do łóżka, żeby mi było ciepło. To jest właśnie to.

      Wszystko, co pozytywne, wyniosłem z domu mojego dziadka, ale pisanie książek
      jest dla mnie przede wszystkim naprawianiem krzywd, jakich doświadczyłem.

      Kiedy miałem sześć lat, zacząłem niemiecką szkołę powszechną, potem chodziłem
      trzy lata do gimnazjum i na tym skończyłem swoją edukację. Szkołę wspominam
      bardzo źle. Od czasu operacji nie mogę biegać, do dziś nie przebiegnę stu
      metrów, nie ganiałem się z kolegami i nikogo nie biłem. Nawet jeżeli ktoś
      mnie atakował, nie oddawałem. Nie broniłem się z powodu obłędu religijnego,
      któremu uległem - straszono mnie piekłem, a z katechizmu wiedziałem, że
      chrześcijanin, gdy go uderzą w prawy policzek, powinien nadstawić lewy.
      Pierwszy raz oddałem, gdy miałem 13 lat. Uczyłem się wtedy u ślusarza. Inny
      chłopak, który terminował razem ze mną, trenował boks i prześladował mnie.

      Z religijnością walczyłem jeszcze długo, chodziłem na wykłady teologiczne.
      Dopiero gdy miałem 25 lat, wystąpiłem z Kościoła.

      Nauczyciele byli niesprawiedliwi, za byle co bili. Niektórzy uczniowie byli w
      takiej nędzy, że do szkoły przychodzili bez butów. Matka, gdy zapisywała mnie
      do szkoły, przyszła w nowej sukience i kapeluszu, a nauczycielowi dała 10
      marek łapówki, żeby mnie dobrze traktował. Szybko się to zmieniło i nawet za
      niewinność obrywałem.

      Misia i Tygryska zacząłem pisać dla pieniędzy, za poprzednie książki nie
      dostałem ani grosza. Sekretarka, która przepisywała tekst dla wydawnictwa,
      płakała. Bo opowieści o przyjaźni wzruszają. Ja nie miałem w dzieciństwie
      przyjaciela. Tylko kanarka. Mój ojciec budował klatki i sprzedawał ptaki. Ten
      kanarek został u nas, bo nie był rasowy.

      Mam jedną córkę, już dorosłą. Nie traktuje mnie zbyt poważnie, nie czytała
      moich książek. Nauczyłem ją samych głupot, tylko tego, czego robić nie wolno.
      Poważnymi sprawami zajmowała się jej matka, ona naprawiała wszystko, co
      nabroiłem. Ale żadnej religijności.

      ŹRÓDŁO:



      Notowała: Aneta Górnicka-Boratyńska




      ------------------------------------------------------------------------------
      --

      Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka