ignorant11
27.02.04, 02:51
Sława!
Gaz paraliżujący
Tygodnik "Wprost", Nr 1109 (29 lutego 2004)
http://www.wprost.pl/ar/?O=56705
Broń gazowa może być użyta przez Moskwę w razie jakiegokolwiek kryzysu w
stosunkach rosyjsko-polskich
Berlin został prawdopodobnie uprzedzony o zakręceniu gazowego kurka przez
Gazprom i zdołał się na to przygotować. Takie niemiecko-rosyjskie rozmowy nie
muszą dziwić, bowiem Ruhrgas jest jednym z udziałowców Gazpromu. Jeśli więc
Niemcy nie będą protestować przeciw pogwałceniu umów na dostawy gazu, będzie
to najlepszy dowód, że Białoruś i Polska zostały pozbawione surowca za ich
cichym przyzwoleniem.
Licząc się ze Schröderem, Moskwa zupełnie zignorowała Millera. Ale polski
premier i rząd dały po temu pretekst. W grudniu 2003 r. rząd Millera zerwał
umowy na dostawy gazu z Norwegii i Danii. Uznano je za nieopłacalne. Minęły
trzy miesiące i mamy skutki tamtego "sukcesu" - stanęliśmy na krawędzi
katastrofy energetycznej. Spór między Rosją i Białorusią o ceny oraz kontrolę
nad białoruskim monopolistą gazowym Biełtransgazem doprowadził do tego, że
Polska przez 14 godzin była pozbawiona dostaw strategicznego surowca. To
wystarczyło, by Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) musiało
zmniejszyć ilość dostarczanego gazu do zakładów chemicznych w Puławach,
Policach, Tarnowie, Włocławku i Kędzierzynie. Musiały one ograniczyć swoją
produkcję, niektóre prawie o połowę. Gdyby przerwa w dostawach trwała 24
godziny, poważne problemy dotknęłyby praktycznie cały duży przemysł.
Tym razem uniknęliśmy najgorszego. Zapasy, dostawy z krajowych źródeł oraz
gaz płynący przez Ukrainę i z Norwegii (przez Zgorzelec) wystarczyły, aby
zaspokoić potrzeby odbiorców indywidualnych. Następnym razem może być gorzej.
Zakręcanie kurka
Białoruś dotychczas otrzymywała z Rosji gaz po superpreferencyjnej cenie 30
USD za 1000 m3 (światowa cena gazu to obecnie 100-120 USD za 1000 m3).
Kontrakt wygasł, a dostarczający surowiec Gazprom liczył na to, iż podczas
negocjacji nowej umowy uda mu się w pakiecie tanio kupić Biełtransgaz.
Białoruski rząd odrzucił jednak propozycję sprzedania monopolisty, więc
Rosjanie zakręcili kurek z gazem. Nie uczynili tego po raz pierwszy: po ten
argument często sięgali w negocjacjach z Mińskiem (nie tylko zresztą z nim -
podobnie w przeszłości potraktowali m.in. Gruzję i Litwę). Białorusini
nauczyli się, w jaki sposób rozwiązywać tego typu kryzysy - po prostu brali
sobie gaz z rurociągów, które przechodzą tranzytem do Polski i Niemiec. Tym
razem stała się rzecz bezprecedensowa: Gazprom oskarżył Biełtransgaz o
kradzież surowca i zamknął kurki wszystkich rurociągów - zarówno
białoruskich, jak i tranzytowych.
Zamknięcie rurociągu jamalskiego sprawiło, że gaz przestał docierać do Polski
oraz Niemiec. Nasi zachodni sąsiedzi są przygotowani na tego typu kryzysy -
gaz kupują także od Norwegii, Holandii, Danii i Wielkiej Brytanii. Natomiast
większość gazu rosyjskiego dociera do nich południową drogą przez Ukrainę,
Słowację i Czechy. Polska nie stworzyła sobie praktycznie żadnej możliwości
wyboru dostawcy. Zdecydowana większość gazu dociera do nas z Rosji tranzytem
przez Białoruś i Ukrainę. Część dziennego zapotrzebowania pokrywają krajowe
źródła. Norweski gaz, który dociera do nas przez połączenie w Zgorzelcu,
stanowi tylko mały procent dziennego zużycia. W dodatku nie ma możliwości
zwiększenia tych dostaw.
Broń gazowa
Kurek z gazem dla odbiorców indywidualnych zawsze zakręca się w
ostateczności, a do zaspokojenia potrzeb grzewczych wystarczą właściwie
źródła krajowe oraz niewielki import. Nie zmienia to faktu, że wojna gazowa
na wschodniej granicy może mieć dla nas katastrofalne konsekwencje. W
pierwszej kolejności surowca zostały pozbawione zakłady azotowe - pięć
największych fabryk (Police, Tarnów, Włocławek, Kędzierzyn i Puławy) pobiera
20 proc. gazu zużywanego każdego dnia w naszym kraju. Gdyby kryzys potrwał
dłużej, kurek zostałby zakręcony kolejnym wielkim przedsiębiorstwom -
Orlenowi w Płocku czy Hucie Katowice. Pozbawienie ich dopływu surowca
doprowadziłoby do kosztownych przestojów. Brak gazu zakłady rekompensowałyby
sobie zwiększonymi dostawami prądu. Nie ma szans, aby tak duży pobór
elektryczności wytrzymała nasza sieć energetyczna. Poza tym zamknięcie
rurociągu jamalskiego sprawiło, że do Polski płynął gaz tylko przez
połączenia na południu kraju. Największe braki surowca wystąpiły więc na
Pomorzu.
Białorusko-rosyjski kryzys został rozwiązany tymczasowo. Mińsk podpisał umowę
na dostawy gazu po wyższej cenie (prawie 50 USD za 1000 m3), ale kontrakt ma
obowiązywać tylko przez 10 dni. Po tym czasie zakręcanie gazowego kurka
ponownie będzie nam grozić. I będzie tak dopóty, dopóki Moskwa będzie
sprzedawać Mińskowi (a także Kijowowi) surowiec po preferencyjnych cenach.
Rosja traktuje Białoruś i Ukrainę jako swoje strefy wpływów i w związku z tym
oferuje im surowiec za niższą cenę. Ponieważ przemysł tych krajów jest w
stopniu nieporównywalnie większym niż w wypadku Polski zależny od gazu,
chętnie korzystają one z rosyjskiej oferty. Skutek jest taki, że właściwie
każdy spór polityczny między Putinem a Łukaszenką albo Kuczmą może się
zakończyć odcięciem dostaw surowca, a w konsekwencji dramatycznym kryzysem
polskiej gospodarki. Nie można także wykluczyć użycia "broni gazowej" w razie
kryzysu w relacjach rosyjsko-polskich.
Fiński przykład
Rozwiązaniem pozwalającym nam uniezależnić się od kaprysów Kremla jest
zróżnicowanie źródeł zaopatrzenia kraju w gaz. Mrzonką są koncepcje o
zaspokojeniu potrzeb z krajowych źródeł - jest ich zbyt mało, a produkcja nie
nadąża za wzrostem popytu. Nie uda nam się też podłączyć do gazociągów
biegnących przez Czechy i Słowację - budowę połączeń do Polski utrudniają
przede wszystkim góry. Trudno też liczyć na dostawy płynące przez Niemcy,
skoro Berlin stawia na gaz dostarczany rurociągiem jamalskim i wyjątkowo
drogo sobie liczy za jego transport do polskiej granicy.
Warto się przyjrzeć rozwiązaniom przyjętym w Finlandii. Helsinki są
praktycznie w stu procentach zależne od dostaw gazu z Moskwy, a mimo to nigdy
nie miały problemów podobnych do naszych. Finlandia jest połączona z Rosją
gazociągami, które nie przechodzą przez inne kraje. Od zawsze płaci też za
dostawy gazu wolnorynkowe ceny. A i tak Finowie zabezpieczają się na wypadek
rosyjskich nacisków. Właśnie rozpoczęli budowę elektrowni atomowej, która
pozwoli im przynajmniej częściowo uniezależnić energetykę od gazu płynącego z
Rosji.
Pusta agrafka
W Europie istnieją dwa realne źródła pozyskiwania gazu: Rosja i Skandynawia.
Za rządów Jerzego Buka PGNiG podpisał umowę z Norwegią (we wrześniu 2001 r.).
W latach 2008-2024 mieliśmy kupić stamtąd 74 mld m3 gazu. W zamian pięć
norweskich kompanii gazowych sfinansowałoby budowę 1100-kilometrowego
rurociągu biegnącego po dnie Bałtyku do Niechorza. W marcu 2002 r. miały
ruszyć prace związane z budową Baltic Pipe - łączącej bezpośrednio złoża
duńskie z Polską. Według przyjętych ustaleń, roboty zakończyłyby się w
listopadzie ubiegłego roku.
Umowy ze Skandynawami od początku były atakowane przez opozycyjny wtedy SLD.
Kiedy rząd Leszka Millera doszedł do władzy, natychmiast zawiesił ich
realizację. Ostatecznie w grudniu ubiegłego roku zostały one zerwane. Podano
dwa oficjalne powody: nadmiar gazu na polskim rynku w okolicach 2010 r. oraz
niewypełnienie przez Norwegów warunku znalezienia odbiorców na dodatkowe 3
mld m3. Uznano więc, że lepiej zrezygnować z opcji skandynawskiej, niż
potraktować umowy z Gazpromem jako uzupełnienie dostaw z Norwegii i Danii.
Polska jest jednym z najmniejszych konsumentów gazu w Europie. Będzie się to
jednak zmieniać, bo tylko w ubiegłym roku jego zużycie wzrosło o 10 proc.
Dlatego trzeba opracować strategię sprowadzania tego surowca do kraju. Gdyby
wykorzystać przygotowane pr