arnold17
13.03.04, 16:00
ii. Choć konfliktów między napływowymi a miejscowymi
nie było.
Komorowska: - Myślę, że po wojnie spotkało ich wiele krzywd. Niektórzy
do końca życia nie nauczyli się dobrze mówić po polsku albo nie chcieli.
Jakaś zadra musiała w nich tkwić.
Rozmówki polsko-polskie do dziś opowiadane są jako anegdoty. Zwłaszcza
ta, o pewnej starszej pani, która nagle zasłabła i trafiła do szpitala. Męża
w domu nie było, więc napisała dla niego wiadomość: Kochany Koniu, ja leżeć w
szpitalu krank, ty mi przysłać geld. Jej mąż miał na imię Conibert.
Albo to:
Przychodzi autochton do sklepu: - Dwa bułki proszę.
Sklepowa go poucza: - Nie mówi się dwa bułki tylko trzy bułki.
- To poproszę trzy bułki i jedna prek (weg)
Albo taki:
Spotykają się dwie sąsiadki. Jedna się przechwala, że kupiła koguta,
który waży 15 kilo. Druga, że to niemożliwe.
- Ale to był nemecki kogut.
- Tedy jo, tedy może być.
Niepewni w czasie "W"
Przez wiele lat po wojnie ludzie ciągle nie byli pewni: zostanie miasto
przy Polsce? Czy wróci do Niemiec? Nic się nie budowało. Za to w latach 50.
wyjechali ci, którzy nie zdążyli tuż po wojnie albo dopiero odczuli potrzebę.
Potem zaczęły się nieśmiałe przyjazdy w rodzinne strony zza Łaby, a później
przyszedł stan wojenny i Niemcy, zwłaszcza byli złotowianie, zaczeli
przyjeżdzać z pomocą. W latach 90. tama się otworzyła. Był taki okres, że w
złotowskich szkołach po kilkoro dzieci w miesiącu ubywało.
I za każdym razem, wyjazd przynajmniej niektórych rodzin, był
zaskoczeniem. Jak to?! Rodzice polscy działacze, dzieciaki tu wykształcone, a
teraz wyjeżdząją, bo są Niemcami?!
Złotowianie mówią, że na co dzień nie było ważne, kto Polakiem, a kto
Niemcem. O to się nie pytano. Z czasem wszystko tak się wymieszało, że w
ogóle nie było wiadomo, kto jest kto.
Może pozornie tak było. Pod skórą chyba pulsowało co innego. W mieście
najpierw powstało stowarzyszenie Rodło (1982 rok, stan wojenny), a później
zorganizowała się mniejszość niemiecka. Wiktor Więcek mówi, że Rodło miało
bronić przedwojennych polskich mieszkańców Złotowa i powiatu przed władzami
polskimi. Na własnej skórze odczuł, że on, złotowianin, i jego rodzina
zostali szczegółowo "prześwietleni" przez wiadome służby. Potem na własne
oczy przekonał się, że rodowici mieszkańcy tych ziem w ewidencji wojskowej
figurowali jako "niepewni w czasie W".
Z widokiem na browar
Dziesięć lat po Rodle powstało stowarzysznie niemieckie. Przeszło bez
większego echa. Najwyżej uśmiechano się nad niektórymi nazwiskami, których
właściciele raptem przypomnieli sobie o niemieckim rodowodzie.
- Czuło się, że ludzie niemieckiego pochodzenia byli na uboczu - uważa
Gerard Wojciechowski, z zarządu Niemieckiego Towarzystwa Społeczno-
Kulturalnego w Złotowie. - Wreszcie uwierzyli, że nastąpiła odwilż, można się
przyznać do pochodzenia. Do Stowarzyszenia należy około 140 osób.
Jednak Wiktor Więcek, ten z Rodła, myśli, że niemieckie stowarzyszenie,
podobnie jak ich, powstało dla odreagowania przymusowej izolacji. Wreszcie
mogą się legalnie spotykać, wyjeżdżać, pomóc. Ale - przyznaje nieśmiało - ma
wiele niepewności, że to jakaś nieczysta sprawa ci Niemcy tutaj. - Tego z
Niemców nikt nie zdejmie, jak z Vaterlandu z gospodarstw wyganiali ludzi,
żeby swoich wprowadzić. I jak potem słyszę taką panią Steinbach, to ...
"Wypędzeni" z Flatow najliczniej zatrzymali się w Grifhorn. To teraz
partnerskie miasto Złotowa i powiatu. Wojciechowski: - Odwiedzają nas, ale o
sprawy prawne nie pytają. Roszczeń nie zgłaszają.
Ani do burmistrza, ani do urzędu w żaden sposób nie dotarło, by ktoś
rozpytywał, sprawdzał w sądach. - Jakieś resentymenty? Pretensje? Nic z tych
rzeczy - zapewnia burmistrz. Za to zdarza się, że poprzedni właściciele
dogadują się z obecnymi i - na przykład - pomagają dom wyremontować