demko2
05.04.04, 15:25
Ostatni rodzice
Tygodnik "Wprost", Nr 1115 (11 kwietnia 2004)
Czterdziestomilionowy naród jest w stanie zaoferować Europie wiele wartych
uwzględnienia idei" - mówił prezydent Aleksander Kwaśniewski. "Miller
powinien mieć świadomość, że reprezentuje czterdziestomilionowy naród" -
tłumaczył były premier Tadeusz Mazowiecki. "Polacy nie mogą dać sobie wmówić,
że czterdziestomilionowy naród nie ma takich przedstawicieli, którzy byliby
profesjonalni i trzymaliby się zasad chrześcijańskich" - przekonywał abp
Tadeusz Gocłowski. Żadna z tych osób nie zauważyła, że nie tylko nie ma
czterdziestomilionowego narodu polskiego, ale najprawdopodobniej nigdy nie
będzie. Polaków będzie już raczej tylko ubywało, jak to się dzieje od 1998 r.
Już za dziesięć lat będzie nas o ponad milion mniej, a w 2025 r. ludność
Polski - przy obecnym przyroście (na przeciętną Polkę przypada dziś 1,3
dziecka) - zmniejszy się o trzy miliony. Dzieci i młodzież będą stanowić
zaledwie 16 proc. mieszkańców (obecnie 28 proc.), zaś osoby powyżej 65. roku
życia - 30 proc. (obecnie 14 proc.). W roku 2030 niemal połowa Polaków będzie
miała 50 lat i więcej (obecnie 36 lat). Obciążenia budżetu państwa na
świadczenia emerytalne wzrosną dwukrotnie, co spowoduje krach finansów
publicznych. Przy obecnych tendencjach za 200 lat populacja Polski zostanie
zredukowana do obecnej ludności Warszawy. O jedną piątą zmniejszy się w 2020
r. ludność Warszawy, jeśli warszawianki będą rodzić tyle dzieci, ile obecnie
(przeciętnie na mieszkankę stolicy przypada 1,02 dziecka). Cała populacja
Warszawy przestałaby istnieć za nieco ponad 150 lat. W największych polskich
miastach ujemny przyrost jest odnotowywany już od 1962 r. Jest on
rekompensowany migracją i administracyjnym powiększaniem granic miast. W 1983
r. w Polsce urodziło się ponad 750 tys. dzieci, a w 2000 r. już tylko 378
tys., czyli dwa razy mniej. Aż 37 proc. polskich rodzin ma tylko jedno
dziecko, 34 proc. - dwoje, a jedynie 4,3 proc. - czworo i więcej (12 proc.
rodzin w ogóle nie ma dzieci).
Wymierająca Europa Gdyby w krajach uprzemysłowionych wskaźnik dzietności
(liczba dzieci przypadających na kobietę) utrzymywał się przez następne 200
lat na takim poziomie, jaki mają obecnie Niemcy i Polska (1,3; średnia dla
Unii Europejskiej wynosi 1,5), ich populacja zniknęłaby przed rokiem 2240. Z
danych Departamentu Spraw Ekonomicznych i Społecznych ONZ wynika, że za 50
lat liczba Europejczyków spadnie do 3/4 obecnego stanu, a za 100 lat - do
połowy. Tym samym Europejczycy stanowić będą nie liczącą się na świecie
mniejszość. Już w trzeciej części krajów świata (według danych US Census
Bureau) odnotowuje się ujemny przyrost naturalny. W Europie ujemny przyrost
ma 17 krajów, w tym Polska. Społeczeństwa Zachodu przetrwają, jeśli wskaźnik
dzietności będzie wynosił co najmniej 2,13. W przeciwnym razie cały dorobek
Zachodu przejmą imigranci z krajów Trzeciego Świata: w Afryce wskaźnik
dzietności wynosi 5,2, w Azji - 2,7. W 2050 r. średnia wieku zachodnich
społeczeństw osiągnie 59 lat (obecnie 40 lat). Oznacza to, że jedna czwarta
osób czynnych zawodowo będzie musiała utrzymać siebie oraz trzy czwarte
niepracujących.
Zemsta Bismarcka Zmniejszanie się populacji bogatych krajów Zachodu jest
zaskakująco zbieżne z zastępowaniem przez państwo funkcji spełnianych kiedyś
wyłącznie przez rodzinę. Proces ten przybrał na sile w połowie XX wieku,
kiedy powstały państwa opiekuńcze. Zastępowanie rodziny przez państwo zaczęło
się w czasach Bismarcka. Od lat 80. XIX stulecia Bismarck zaczął realizować
swoją koncepcję "państwa, które musi dostać kilka kropel oleju socjalnego na
receptę". Te kilka kropel to ustawy o obowiązkowych ubezpieczeniach
emerytalnych, ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków, inwalidzkie i
zdrowotne. W ten sposób z dzieci zdjęto obowiązek opieki nad starymi
rodzicami oraz zajmowania się nimi w razie choroby. Przed I wojną światową
wprowadzono w Niemczech, a potem w innych krajach, obowiązkowy odpoczynek
niedzielny, renty dla sierot i wdów oraz ubezpieczenie pracowników
umysłowych. W 1919 r. opieką ze strony państwa objęto kobiety w ciąży. W
latach 1885-1913 wydatki na ubezpieczenia społeczne wzrosły w Niemczech
dziesięciokrotnie. Stworzono wtedy sieć punktów poradnictwa rodzinnego i
placówek opieki zdrowotnej nad dziećmi. Okazało się, że przejęcie przez
państwo prawie wszystkich funkcji rodziny prowadzi do ubezwłasnowolnienia
obywateli. Już Alexis de Tocqueville przestrzegał (w książce "O demokracji w
Ameryce"), że władza otaczająca ludzi nieograniczoną opieką czyni wolę ludzką
nieużyteczną i zamienia każdy wolny naród "w stado onieśmielonych i
pracowitych zwierząt, których pasterzem jest rząd". To był prawdziwy początek
demograficznej katastrofy. Pod koniec XIX wieku zaczęły się ataki na rodzinę
jako siedlisko reakcji. Socjaliści uznali (pierwszy napisał to Fryderyk
Engels), że prototypem walki klas i ucisku jest uciemiężenie kobiety przez
mężczyznę w tradycyjnej rodzinie. Krytyka takiej rodziny stała się jednym z
naczelnych haseł socjalistów w następnych stu latach, a w karykaturalnej
formie występuje ona w ideologii feministycznej. Betty Friedan, jedna z
czołowych feministek, porównała tradycyjną rodzinę do obozu koncentracyjnego,
w którym kobiety są zmuszane do niewolniczej pracy, w tym do rodzenia dzieci.
Wyzwolenie kobiety z tego obozu polegało na stworzeniu przez opiekuńcze
państwo całego systemu zasiłków, dzięki którym kobietom rekompensowano to, że
po urodzeniu dziecka nie mogły przez jakiś czas pracować. Tym, które chciały
pracować, zapewniono dotacje do żłobków i przedszkoli.