ignorant11
18.08.07, 03:45
Sława!
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/opinie_070817/opinie_a_2.html
Czarna dziura po sowieckim imperium
Gdy Putin w Monachium rzuca wyzwanie europejskim przywódcom, odsyła do domu
brytyjskich dyplomatów, grozi małej Estonii - robi to wszystko dla poprawienia
samopoczucia tym Rosjanom, którzy nie mogą pogodzić się z faktem, że ich kraj
jest dziś w stanie zmierzyć się najwyżej z czeczeńską partyzantką. A i to nie
oznacza pewnej wygranej - pisze historyk i publicysta
opinie_a_2-1.F.jpg
Władcy Rosji dobrze wiedzą, że nostalgiczne defilady zwycięstwa nie robią już
wrażenia na Zachodzie
AFP/NATALIA KOLESNIKOVA
opinie_a_2-2.F.jpg
Ryszard Terlecki
Rosja podleczona z komunistycznego trądu pogrąża się w anachronicznym
samowładztwie kremlowskiego dworu, który marzy o wszechmocy Stalina, ale
dysponuje zaledwie kurczącym się obozem cynicznych pochlebców. Bez
wielomilionowej partii, scalonej panicznym strachem przed surowo karaną
schizmą, bez cenzury przenikającej umysły kolejnych pokoleń, bez "Prawdy"
objaśniającej wszystkie zawiłości świata i bez KGB strzegącego przymusowej
jednomyślności - Rosja może być tylko karykaturą sowieckiego mocarstwa. W
ciągu ostatnich piętnastu lat przegrała wszystkie swoje polityczne batalie.
Tak było, gdy sprzeciwiała się wstąpieniu Polski do NATO, a także później, gdy
musiała się pogodzić, że w tym samym sojuszu znalazły się nawet państwa
bałtyckie. Broniła swoich wpływów na Bliskim Wschodzie, w Jugosławii i Iraku,
ale wszędzie oddała pole Amerykanom. Marzyła o nowej jedności w ramach
Wspólnoty Niepodległych Państw, a teraz te marzenia rozwiewają się za sprawą
Ukrainy, Gruzji i Mołdawii.
Dokładnie tak samo stanie się za chwilę z rosyjską kampanią przeciwko
amerykańskiej tarczy w Polsce i Czechach. Waszyngton - chociaż tego stara się
nie okazywać - dobrze wie, jak bezradne są rosyjskie protesty. Władimir Putin
rozumie, że budowa amerykańskiej tarczy w Europie Środkowej to koniec mrzonek
o odbudowie wpływów nie tylko w Polsce, ale również na Ukrainie czy Bałkanach,
a w niedalekiej przyszłości zapewne także na Białorusi.
I choć część rosyjskiego społeczeństwa wciąż z dumą słucha pohukiwań swojego
prezydenta, to jednak nie ma żadnego powodu, aby w chórze zatroskanych tym
komentatorów występowały polskie media.
Sny o potędze
Związek Sowiecki awansował do grona trzech najważniejszych światowych mocarstw
jeszcze w czasie II wojny światowej. W ciągu kilku powojennych lat - po
ostatecznym rozpadzie brytyjskiego imperium kolonialnego - znalazł się na
drugim miejscu w rankingu politycznych potęg. Utrzymywał tę pozycję aż do
końca lat 80., mimo że był krajem biednym i cywilizacyjnie zacofanym.
Swoje znaczenie zawdzięczał totalitarnej władzy, dzięki której mógł się zdobyć
na gigantyczny wysiłek nieustannego wyścigu zbrojeń ze Stanami Zjednoczonymi,
najbogatszym państwem świata, a także na utrzymanie całego systemu półkolonii,
państw wasalnych i politycznych klientów niemal na wszystkich kontynentach.
Ówczesny układ międzynarodowych sił i wpływów, nazywany systemem równowagi
strachu, wcale nie oznaczał, że Sowieci mogliby wygrać III wojnę światową z
Zachodem. Byli jednak zdolni do zadania takich strat, które w warunkach
demokratycznych procedur podejmowania decyzji w USA czy w państwach NATO
uniemożliwiały prewencyjne uderzenie.
Sowiecki moloch, niewydolny gospodarczo, izolujący swoich mieszkańców w klatce
zamkniętych granic, zżerany przez społeczne patologie, pogrążający się w
kulturowej i ekologicznej ruinie, utrzymujący do absurdu rozbudowany system
inwigilacji i przemocy wobec obywateli - mógł "narodom ZSRR" oferować tylko
jedno: poczucie irracjonalnej dumy z przynależności do światowego imperium.
Przecież "socjalistyczny obóz" krok po kroku wchłaniał kolejne kraje, a
komuniści na całym świecie tworzyli kadry sowieckiej piątej kolumny, która
prędzej czy później miała zdobyć władzę i zaprowadzić sowieckie porządki.
Mocarstwowa druga liga
Wszystko prysło jak bańka mydlana u progu lat 90. Najpierw trzeba było
porzucić bliższych i dalszych sojuszników, a pozostawienie ich własnemu losowi
skutkowało szybkim obaleniem prosowieckich dyktatur i odebraniem władzy
sowieckim namiestnikom. Zaraz potem przyszedł cios jeszcze boleśniejszy:
odłączyły się "bratnie narody", a niektóre z nich nie chciały nawet słyszeć o
podtrzymaniu wzajemnych związków. Z 22,5 miliona kilometrów kwadratowych
zostało zaledwie 17 milionów i chociaż Rosja pozostała największym państwem
świata, to ubyła jej prawie jedna trzecia ludności.
Militarna katastrofa w Afganistanie zbiegła się z dramatycznym upadkiem
prestiżu armii, która wskutek głasnosti, czyli jawności spraw publicznych,
nagle okazała się niesprawnym i zdemoralizowanym pospolitym ruszeniem z
przymusowego poboru, wyposażonym w gigantyczne złomowisko przestarzałego
sprzętu. Z pozycji drugiego państwa na świecie Rosja spadła do drugiej
dziesiątki, z dalszą tendencją do spadania i perspektywą, że nawet malutkie
państwa, do niedawna przez nią okupowane, staną się zasobniejsze, a może nawet
zdolne do rewanżu w postaci ekonomicznej ekspansji.
Po zakończeniu zimnej wojny zwycięski Zachód uznał, że nie jest wskazane, aby
rozpad "imperium zła" pociągnął za sobą polityczną destabilizację na ogromnych
obszarach Eurazji. Przywódcy USA uprzejmie zgodzili się potraktować dawnego
wroga jak zbiedniałego krewnego, który wprawdzie okazał się hochsztaplerem i
nieudacznikiem, ale któremu ze szczerego współczucia pozostawiono
dotychczasowe miejsce przy stole. Amerykanie dobrze wiedzą, że rywale, z
którymi przyjdzie im się zmierzyć w nieodległej przyszłości, nie dorastają w
Rosji i że to im trzeba poświęcić najwięcej uwagi.
Z dziedzictwa przeszłości pozostały zatem same problemy: nasilający się
separatyzm tych narodów, które nie posiadały własnych republik i nie zdołały
się oderwać w momencie kryzysu centralnej władzy, niski przyrost naturalny i
słabe zaludnienie ogromnych obszarów Syberii, brak mechanizmów regulujących
pogłębiające się rozwarstwienie społeczne, gdzie obok biednych i pozbawionych
perspektyw na poprawę warunków życia mas pojawiła się grupa szczęśliwców
pławiących się w oszałamiającym bogactwie.
Pozostała też sowiecka mentalność będąca mieszaniną strachu przed obcymi,
pogardy dla słabych, politowania wobec procedur demokracji, lekceważenia
moralności. W tych warunkach konieczna okazała się odbudowa autorytarnej
władzy, która ideologiczny gorset zastąpiła plebejskim szowinizmem.
15 lat w odwrocie
Władcy Rosji dobrze wiedzą, że ani marsowe miny, ani nostalgiczne defilady
zwycięstwa nie robią wrażenia na politycznej publiczności Zachodu, a poruszają
co najwyżej serca i umysły lewicowych emerytów. Ale Władimir Putin nie liczy
na naiwność Amerykanów i swoje dąsy adresuje wyłącznie do rosyjskich odbiorców.
Gdy w Monachium rzuca zatem wyzwanie europejskim przywódcom, gdy odsyła do
domu brytyjskich dyplomatów, gdy grozi małej Estonii - robi to wszystko dla
poprawienia samopoczucia tym Rosjanom, którzy nie mogą się pogodzić z faktem,
że dziś ich kraj jest w stanie najwyżej zmierzyć się - co nie znaczy, że
wygrać - z czeczeńską partyzantką. Flaga zatknięta pod lodami Arktyki mówi
jedynie o pragnieniach, nie o możliwościach Kremla. Własny system radarowy,
ostatnio lustrowany przez Putina i - a jakże - nazywany tarczą, ma odwrócić
uwagę Rosjan od ostrzeżeń pojawiających się nawet w posłusznych władzy
mediach, że nuklearne uzbrojenie ich armii jest bardziej problemem
ekologicznym niż militarnym.
Putin czuje respekt przed Ameryką, ponieważ np. uważa pomarańczową rewolucję
na Ukrainie za amerykańsko-polską intrygę. Ale boi się Chin, nie Stanów
Zjednoczonych. Nadzieje na sojusz rosyjsko-chiński są tak samo mało realne
teraz jak za czasów Leonida Breżniewa. Putin może wypowiadać traktaty o
ogr