ignorant11
21.07.03, 04:08
Wojciech Jóźwiak
Zbiorowe samobójstwo starożytnych Germanów
Początki osadnictwa Słowian "u nas" czyli w dorzeczu Wisły i Odry, mają
swoją odwrotną stronę, mianowicie co się stało z dotychczasową ludnością
tego obszaru, germańską, albo przynajmniej w większości germańską?
Archeologia stwierdza, jak się powiada, zanik obu głównych kultur Odrowiśla:
wielbarskiej (Gotów) i przeworskiej (Wandalów). Ubywa osad, na cmentarzach
przestaje się składać nowych nieboszczyków, przestają działać piece hutnicze
nad Utratą (koło mnie, na Mazowszu) i w Górach Świętokrzyskich. Zdaje się
oprócz Pomorza, ujścia Wisły, Słowianie osiedlając się tu w latach 500-nych
zastają bezludzie. (No, może nie całkowite, bo jednak kogoś tu spotykają, od
kogo uczą się nazw rzek - bo nazwy naszych rzek w większości nie są
słowiańskie, nie są też germańskie, należą do jeszcze starszej warstwy
językowej, "staroeuropejskiej".
Co się stało z dawniej mieszkającymi tu Germanami, a także potomkami Celtów,
Wenedów i innych Staroeuropejczyków? Ciekawe, że właściwie w znanych mi
książkach nie znajdowałem odpowiedzi. Czytając między wierszami dawało się
wywnioskować, że, po pierwsze, zawinił najazd Hunów, tzn. Hunowie tubylczą
ludność wymordowali, a po drugie, tubylcy wywędrowali z Odrowiśla,
przesiedlili się gdzieś dalej na południe. Rzeczywiście, już w latach 300-
nych Goci zamieszkują raczej Ukrainę (tworząc tam kulturę czerniachowską)
niż nasze Pomorze, Mazowsze, Lubelszczyznę, - a potomkowie "naszej" kultury
przeworskiej mieszkają w dużej liczbie gdzieś nad Cisą.
Co się stało ze starożytnymi mieszkańcami Odrowiśla? Wydaje mi się (i to
jest właśnie moja hipoteza) że zawiniła nadmierna militaryzacja tej
ludności. Ale po kolei. W średniowiecznej Europie liczba szlachty wynosiła
około 1 do 2 procent całej ludności. (W późniejszej Polsce i na Węgrzech
była większa, ale to osobna historia.) Trzymajmy się tej przybliżonej
liczby: 1 procent. Oznacza to, że 100 chłopów-rolników jest w stanie - w
długoterminowej perspektywie, nie w warunkach krótkotrwałej mobilizacji)
utrzymać jednego pełnozbrojnego wojownika - z jego koniem, żelastwem,
pucybutem i (zapewne) jakimiś służbami pomocniczymi. A co będzie się działo,
kiedy tych wojowników będzie więcej? Dzieje się to, co wielokrotnie, do
znudzenia, działo się podczas przedłużania się wojen i koncentracji
uzbrojonych mężczyzn: wojownicy żywili się na koszt rolników, ale
pozbawiając tychże rolników zdolności reprodukcji (w sensie zarówno
gospodarczym jak i biologicznym). To znaczy wojownicy chłopom przejadali ich
zapasy. Konsumowali zarodowe bydło i świnie, i zapasy ziarna na siew.
Sam "pobór" tych dóbr odbywał się w dużo kosztowniejszy sposób, niż to
czyniła w zwykłym czasie władza książęca: przy okazji palono domy i
spichlerze, a samych rolników zabijano i gwałcono ich kobiety. Wojownicy
także sięgali po wartość, jaką stanowili sami rolnicy i sprzedawali ich jako
niewolników (albo uprowadzali). Tak wyglądała gospodarka wojenna. W jej
warunkach jeden wojownik potrzebował, aby się wyżywić, już nie 100 rolników,
ale, powiedzmy, 10. Tylko że pozbawiał ich możliwości dalszego istnienia,
przynajmniej w dotychczasowej formie. Jak w tej sytuacji mogli sobie
poradzić rolnicy? Mieli cztery wyjścia: wymrzeć. I to im się zdarzało. Albo
kontynuować dotychczasowy tryb życia: to znaczy otrzepać gacie, wyciągnąć
siekiery ze zgliszcz, połapać krowy, które uciekły do lasu, skądś wytrzasnąć
(kupić od sąsiadów? Ukraść?) zboże na siew. W końcu, często po upływie
pokolenia, wracali jakoś do tego sposobu gospodarowania, który jednak przez
tysiąclecia (aż do 19/20 wieku) okazywał się najbardziej efektywnym. Często
jednak nie było możliwości powrotu do sielskiego bytowania, a największą
przeszkodą był zapewne brak ziarna na siew. Trzecią możliwością było więc
pójście krok wstecz jeśli chodzi o sposób zdobywania pożywienia, to znaczy
powrót do gospodarki mezolitycznej (czyli inaczej: takiej, jaka była
prowadzona zanim wynaleziono neolityczne rolnictwo). A więc ucieczka do lasu
lub na bagna. Stawianie pułapek na dziką zwierzynę, łowienie ryb,
wykorzystanie jako pożywienia łyka drzew i kłączy pałki wodnej. Z pewnością
niejeden etnos przetrwał w ten sposób złe czasy. Gospodarka mezolityczna ma
jednak poważną wadę: zapewnia utrzymanie (z tego samego terenu) 50 razy
mniejszej liczbie ludzi niż rolnicza. A więc, mówiąc literacko, mogła być
dobra dla "niedobitków, kryjących się po lasach". Czwartym rozwiązaniem było
włączenie się w gospodarkę wojenną. Co to znaczyło: to że chłopi się
uzbrajali i dołączali do przechodzących wojsk, albo sami tworzyli zbrojne
bandy, które rabowały sąsiadów. Mogło dojść też do hazardowej gry: kto
pierwszy postawi kosy na sztorc i zabierze sąsiadom zboże, ten wygrywa, bo w
przeciwnym razie sam zostanie obrabowany i będzie musiał iść do lasu żywić
się myszami. Jeśli postawisz się w położeniu człowieka z tamtych czasów,
zapewne uznasz to czwarte wyjście - włączenie się w gospodarkę wojenną - za
najbardziej atrakcyjne.
Gospodarka wojenna, czyli utrzymywanie się z rabunku popartego przemocą, ma
jednak wyraźną wadę: niszczy własne środowisko. Wymaga przecież istnienia
dostatecznej liczby jeszcze nie obrabowanych chłopów i ich pełnych
spichlerzy. Kiedy się ich obrabowało, trzeba iść dalej i szukać następnych.
Przypuszczam, że właśnie coś podobnego wydarzyło się na północnym pograniczu
Państwa Rzymskiego, między Renen i Dunajem a Bałtykiem. Barabaricum padło
skutkiem nadmiernej własnej militaryzacji. Plemiona pograniczne, naciskane
przez Rzymian, utrzymywały zbyt wielką (jak na swoje możliwości gospodarcze)
liczbę wojowników. Zwykle zresztą walczyły na dwa fronty: nie tylko z
Rzymianami, ale też ze swoimi pobratymcami, którzy naciągali na nich z
północy, z głębi kraju. Ludy pograniczne żyły krótko, jedno-dwa
pokolenia, "ścierały" się w wojnie i ustępowały następnym. (Należałoby
jeszcze raz pod tym kątem przestudiować historię wojen rzymsko-germańskich.
Mówię dla uproszczenia o Germanach, ale brały w tym procesie udział i inne
etnosy, np. Sarmaci nad Dunajem.) Z drugiej strony plemiona "wewnętrzne",
mieszkające dalej od limesu, były trzymane w stanie militarnego "podgrzania"
i gotowości przez samych Rzymian, którzy płacili im za dywersję na tyłach
przeciwnika z pierwszej linii.
Przypuszczam, że dałoby się udowodnić, że ludy Barabaricum (północnego
pogranicza Państwa Rzymskiego) w pewnym momencie przekroczyły bezpieczną
proporcję pomiędzy wojownikami i rolnikami, i wynosiła ona raczej nie jak
1:100 lecz może np. 1:10. Co to oznacza? Że został przekroczony próg, w
którym poszczególne plemiona nie były już zdolne do samodzielnego bytu! Aby
przeżyć, trzeba było szybciej lub wolniej przestawiać się na gospodarkę
wojenną. Można to było zrealizować na dwa sposoby: primo, wdawać się w
łupieskie wojny z sąsiadami, secundo: wstąpić na służbę Rzymu, pójść na
rzymski żołd. Można też było wstąpić na służbę któregoś z potężnych wodzów
germańskich, jacy się w tamtej epoce zaczęli pojawiać, ale to wariant drogi
nr jeden.
Ten mechanizm tłumaczy zupełnie niezwykłe (dla nas dzisiaj) zjawisko: napór
Germanów na granice Rzymu, po to, aby się osiedlić na terytorium rzymskim,
dostać się na rzymską służbę, zaciągnąć się do legionów. To było stanowczo
najbardziej atrakcyjne rozwiązanie, wobec głodu na "wolnym" zapleczu i
toczącej się tam wojnie wszystkich ze wszystkimi.
I w końcu przychodzi moment, kiedy w głowach kilku germańskich wodzów świta
podobne rozwiązanie: przenieść się z gospodarką wojenną na ziemie Rzymu! Tam
są nieobrabowani chłopi i mieszkańcy miast! Świeże, nie tknięte żerowisko. I
kolejno, w pierwszych latach V-wieku, Alaryk, Radagais, Gunteryk - to robią.
Zaczyna się "wielka wędrówka ludów" czyli podbój zachodniej części Państwa
Rzymskiego przez "ba