21.07.03, 19:05
Sława!

A tu wiele o Bułgarii:
wiem.onet.pl/wiem/fts.html?q=Bu%B3garia&szukaj.x=23&szukaj.y=2
Obserwuj wątek
    • ignorant11 BUŁGARZY 07.08.03, 03:54
      BUŁGARZY
      Nowa encyklopedia powszechna PWN © Wydawnictwo Naukowe PWN SA


      BUŁGARZY, naród słow. zamieszkujący Bułgarię (ok. 7,7 mln, 1989), a także
      Grecję, Turcję, Rumunię i Macedonię; język bułgarski; B. ukształtowali się we
      wczesnym średniowieczu z 3 grup: Traków, Słowian i tur. ludu Bułgarów; od IX w.
      chrześcijanie, obecnie gł. prawosławni, częściowo muzułmanie (Pomacy); od XIV
      do XIX w. pod panowaniem tur. — silny nacisk kultury islamu; tradycyjne
      zajęcia: uprawa zbóż, ogrodnictwo, pasterstwo; bogate rzemiosło i sztuka lud.
      (tkactwo, haft, kobiernictwo, garncarstwo); tradycje zadrugi i pobratymstwa;
      bogaty folklor słowny, muzyka i taniec (tzw. choro).


      WIĘCEJ:
      encyklopedia.pwn.pl/10566_1.html
    • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bułgari 26.09.03, 13:02
      Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bułgarii




      Imam Mohamed Hasan Hadżijew w dżamii (meczecie) w miasteczku Benkowski
      fot. Magdalena Grochowska



      Malina Tomowa, autorka scenariusza filmu ?Płoń, płoń, płomyczku?
      fot. Magdalena Grochowska




      Magdalena Grochowska 24-09-2003, ostatnia aktualizacja 24-09-2003 19:22

      Opowieść Magdaleny Grochowskiej o przymusowej asymilacji Turków i Pomaków,
      bułgarskojęzycznych muzułmanów, dokonanej w komunistycznej Bułgarii, i o jej
      trwających do dziś skutkach

      "...jeśli ktoś upadł,

      jeśli kogoś zakuwają w kajdany,

      to ja jestem winny"

      Mehmed Karahiuseinow

      O szóstej upał gęstnieje i w barze koło cerkwi mężczyźni zastygają w bezruchu.
      Dzielnica Gledka leży na wzgórzu, widać stąd blokowiska Kyrdżali na tle
      łagodnej linii Rodop. Dziury w asfalcie, wirujący kurz, tatuaże bezczynnych
      taksówkarzy i cały placyk tchną smutkiem.

      Za murem okalającym cerkiew uderza świeża zieleń trawników. Ojciec Bojan
      Saryjew już czeka.

      Każda rozmowa w Sofii zahaczała o tę postać. Saryjew kichnie, a prasa zaraz o
      tym donosi - powiedział z przekąsem pewien profesor. Biznesmen, z entuzjazmem:
      ochrzcił już 30 tys. bułgarskich muzułmanów. Dziennikarz: mętna figura, był
      współpracownikiem służby bezpieczeństwa. Archiwistka: nieważne, kim był, ważna
      jest jego misja.

      Wysoki, w rozpiętej niedbale sutannie, z kucykiem jasnych włosów. - Chcę
      odzyskać dla chrześcijaństwa ludzi, których oderwano od niego siłą. Oni żyją w
      duchowej schizofrenii: są wytworem europejskiej kultury, a tkwią w obcej,
      azjatyckiej religii. W prawosławiu odnajdą spokój ducha.

      - Muzułmanie mówili mi, że odnajdują spokój ducha w islamie. Boga można chyba
      spotkać w każdej religii?

      Nagle ulatuje z niego uprzejmość; przechodzi na "ty".

      - Mówisz jak Europejka, jakbyś nic nie zrozumiała... Ty swoim sercem nie możesz
      odczuć, o co w tej misji chodzi. Wyrosłaś w innym świecie, a ja mówię o
      konkretnej sytuacji w Rodopach.

      Półksiężyc i Krzyż

      W Instytucie Bułgarskim w Warszawie otwarto tego lata wystawę
      fotograficzną "Półksiężyc i Krzyż. Więzi sąsiedzkie w Rodopach Centralnych".
      Autorki, Magdalena Gyłybowa i Bogusława Marszalik, studentki etnologii i
      antropologii kulturowej, badały poczucie tożsamości mieszkańców Rodop. Piszą: w
      Rodopach Centralnych "od czasów niewoli tureckiej (XIV w.) żyją obok siebie
      Bułgarzy i Turcy (...). Od XVI w. obraz struktury demograficznej skomplikował
      się dodatkowo wskutek pojawienia się grupy Pomaków (...), tj.
      bułgarskojęzycznych muzułmanów. Proces islamizacji tego regionu zapoczątkowały
      jednostkowe konwersje w XVI w. Przybrał on na sile w drugiej połowie XVII w.,
      aż do wygaśnięcia w XVIII w. (...) Ich tożsamość kulturowa i etniczna nie jest
      do końca ustalona. Stanowią więc oni przedmiot rywalizacji między różnymi (...)
      narodami".

      Mówi Ibrahim Jałymow, w Wyższym Instytucie Islamu w Sofii wykłada historię
      muzułmanów w Bułgarii: - Turcy bułgarscy mają bardzo wyraźną narodową
      świadomość; mówią: jestem Turkiem. Pomacy się wahają. Ci w Rodopach Zachodnich
      uważają, że są muzułmanami i Turkami, choć prawie nie znają tureckiego. W
      Centralnych - w okolicach Smolianu - uważają się za muzułmanów i Bułgarów. We
      Wschodnich - w okolicach Kyrdżali - twierdzą, że nie są ani Bułgarami, ani
      Turkami, tylko Pomakami. Każda władza wykorzystywała to wahanie. Ojciec Saryjew
      wychodzi z błędnego założenia, że Pomacy byli zislamizowani przemocą. Dziś
      większość bułgarskich historyków pisze, że Pomacy przyjęli islam dobrowolnie.
      Przypuszczam, że jeśli "nawracają się" teraz na prawosławie, to pod naciskiem.
      Jest w kraju grupa, która próbuje podtrzymywać skrajny bułgarski nacjonalizm,
      wykorzystując religię i Saryjewa.

      Bułgaria liczy ponad 7,5 mln mieszkańców. Turków jest 740 tys., Pomaków - 220
      tys. Bojan Saryjew, chrześcijanin w pierwszym pokoleniu, pochodzi z rodziny
      pomackiej.

      Unieważnić poniżenie

      Jeden regał w Państwowym Archiwum w Smolianie, Rodopy Centralne, zawiera
      granatowe teczki, których w czasach komunizmu strzegły żelazne szafy i kraty.
      Tylko zaufani funkcjonariusze partyjni mieli do nich dostęp. Sięgam po pierwszą
      z brzegu.

      Gmina Łyki. Prośby o przywrócenie bułgarskich (niektórzy piszą - słowiańskich)
      nazwisk mieszkańcom wsi Borowo. Proces rozpoczęto 6 stycznia 1970 r.,
      zakończono 8 listopada 1971 r.. "Do przewodniczącego rady gminnej Łyki od
      rodziny...".

      Ahmed Bezramow Ahmedow, Pomak urodzony w 1909 r., będzie się odtąd nazywał
      Władimir Todorow Dimitrow. Jego żona Hasibe będzie Marijką. Bajram Ahmedow
      Bajramow - Boris Borisow Mamełow. Imię Mehmed zastąpi Wasił. Salih - Saszo.
      Rajne - Minka. Safe - Sofka. I tak dalej. Zamiast podpisu - często tylko odcisk
      palca. Czerwone ptaszki przy nazwisku oznaczają, że sprawę zakończono.

      Tysiące podań Pomaków z okręgu Smolian. Każda kartka to los człowieka. W
      procesie przymusowej asymilacji następni po Pomakach będą w 1984 r. Turcy.
      • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(2) 26.09.03, 13:03
        Na początku lat 90., kiedy już mogli wrócić do muzułmańskich nazwisk,
        przyjechała do archiwum pomacka wieś - wszyscy mieszkańcy. Zażądali rozmowy z
        dyrektorem. Nie opuszczą budynku - zagrozili - dopóki nie dostaną swoich podań
        z powrotem.

        Chcieli je zniszczyć. I unieważnić wstyd i poniżenie, jakiego doznali.

        Litera bez dźwięku

        Co czuje człowiek, któremu przemocą zmieniają nazwisko?

        Ibrahim Jałymow, Turek, w lutym 1985 r. nadano mu w Sofii imię Iłko: - Nie ma
        cię, przestajesz istnieć. Znika twoja tożsamość.

        Pomak Hasan Hadżijew, ortopeda w Madanie niedaleko Smolianu, po urodzeniu w
        1960 r. zarejestrowany - zgodnie z ówczesną dyrektywą partii - jako Bułgar Asen
        Hadżiłostofow: - Przez wiele lat czułem rozdwojenie, byłem w konflikcie z samym
        sobą. Bo powstała sprzeczność między etykietą a treścią. Jakby wodę nazwać coca-
        colą... Choć nigdzie w Koranie nie jest powiedziane, jakie masz nosić imię.
        Koran mówi tylko: wybierajcie piękne imiona.

        Swetła Dijewa, nauczycielka w Madanie, zachowała bułgarskie nazwisko i nie chce
        zdradzić tamtego, które nosiła jako pomacka dziewczyna do 1971 r.: - Zostało ze
        mnie pół człowieka. Potrzebowałam dziesięcioleci, żeby stanąć na nogi. Potem
        już nigdy nie można odzyskać wewnętrznego spokoju.

        Gdy ich pytam, niektórzy płaczą.

        - W języku arabskim są takie litery, których się nie czyta, jeśli obok nie stoi
        głoska dźwięczna - opowiada Hajri Pulew, rejonowy imam (duchowny) w Madanie. -
        Zmienią ci nazwisko, jesteś literą bez dźwięku.

        Pani jest w chuście

        Babcia Swetły Dijewej mieszkała we wsi Arda niedaleko granicy greckiej. W 1912
        r., gdy wojna bałkańska przyniosła Rodopom wyzwolenie z niewoli tureckiej,
        bułgarska władza nakazała zamienić meczet w Ardzie na cerkiew. Żołnierze
        pogranicznicy zawiesili na minarecie dzwon. Zdzierali kobietom z głów białe i
        czerwone chusty, którymi zakrywały twarze przed obcymi. Zakazali rytualnych
        pochówków. Spędzili mieszkańców do cerkwi, ochrzcili. Wtedy część ludzi zbiegła
        do Grecji.

        Umarło we wsi dziecko - siedmiu mężczyzn pochowało je zgodnie z rytuałem, bez
        trumny. Rozstrzelano wszystkich. Był wśród nich dziadek Swetły.

        Od 1912 r. zmieniano Pomakom nazwiska na bułgarskie, to znów na stare
        muzułmańskie, 12 razy. W zależności od interesów i kaprysu władzy.

        W 1971 r. sekretarz partii w Ardzie, chrześcijanin, ogłosił we wsi zmianę
        nazwisk. Ojciec Swetły pracował w lesie, dojeżdżał autobusem do Mogilicy.
        Codziennie czekali na niego na ostatnim przystanku, by wręczyć mu papiery z
        nowym nazwiskiem, ale on wysiadał wcześniej. Przestał wracać do domu na noc.

        Matka Swetły i jej siostry nikomu nie otwierały drzwi. Aż któregoś dnia
        znalazły na progu urzędowy papier z nowym nazwiskiem.

        Porządkowi pilnowali, by kobietom w chustach nie sprzedawano chleba. Bez nowych
        dokumentów nie wypłacano pieniędzy z kasy oszczędnościowej.

        Po feriach Swetła jechała autobusem do gimnazjum w Smolianie. Wsiadł
        milicjant. - Jak się nazywasz? - pytał każdego pasażera. W szkole czekał już na
        nią plik świadectw z poprzednich lat na nazwisko Dijewa.

        Wchodzili do domów, szukali Koranu. Rodzice Hasana Hadżijewa, we wsi pod
        granicą grecką, ukrywali księgę pod podłogą.

        Szli przez wieś i liczyli barany w zagrodach. Przed świętem Bajram, na które
        muzułmanie zabijają barana, znów liczyli zwierzęta - święto do 1989 r. było
        zakazane. Sprawdzali w szafkach, czy ktoś nie przechowuje "nielegalnego" mięsa.

        - Najwspanialszy zapach z dzieciństwa - pieczenie barana - opowiada Hasan. -
        Któregoś roku matka powiedziała, że ten zapach, ulatując przez komin, nas
        zdradzi. I barana nie upiekła.
        • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(3) 26.09.03, 13:04
          Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bułgarii (3)




          Imam Mohamed Hasan Hadżijew w dżamii (meczecie) w miasteczku Benkowski
          fot. Magdalena Grochowska



          Malina Tomowa, autorka scenariusza filmu ?Płoń, płoń, płomyczku?
          fot. Magdalena Grochowska




          Rodzice Hasana już rok wcześniej umieszczali zwierzę w kryjówce, na Bajram szli
          w góry, tam je zabijali i świętowali.

          Raz matkę rozbolał ząb, Hasan wiózł ją autobusem do dentysty w miasteczku
          Rudozem. Kierowca zagroził jej: - Zatrzymam autobus, jeśli nie zdejmiesz
          chusty. Hasan uprosił go... dojechali. W przychodni pielęgniarka powiedziała: -
          Pani jest w chuście, nie przyjmiemy pani.

          - I wtedy matka zdjęła chustę - wspomina Hasan. - Jej włosy były całkiem siwe.
          Nigdy nie zapomnę wyrazu jej twarzy.

          Z systemem nie wygrasz

          Przy starym meczecie w Madanie jest łąka. Letif Mekow, bezrobotny kierowca,
          rozgarnia trawę, odsłania pionowe tablice i kamienne słupki. To nowe groby. - W
          1971 r. wandale poprzewracali kamienie nagrobne. Ludzie zbierali je i kryli w
          piwnicach - opowiada. - W biały dzień podjechał traktor pod meczet, zarzucili
          liny na minaret, szarpnęli traktorem. Minaret nie drgnął. Przyprowadzili drugi
          traktor. Widziałem upadający minaret. To jest straszniejszy obraz niż widok
          umierającego człowieka. Moja rodzina uciekła wtedy w okolice Silistry nad
          Dunajem, na drugi koniec Bułgarii. Zamieszkaliśmy w tureckiej wsi, wtedy władza
          nie ruszała jeszcze Turków. Rodzice pracowali w rolnictwie, klepaliśmy biedę.
          Cztery lata później znaleźli nas i wróciliśmy z nowymi nazwiskami. W Madanie
          niektórzy już przywykli... Sprzeciwiać się nie ma sensu, mówili, nikt nie wygra
          z systemem. No bo co można było zrobić gołymi rękami?

          Lecz w Pazardżiku, w Rodopach Zachodnich, podczas zamieszek zabito dwóch
          partyjnych; dwóch muzułmanów skazano na śmierć. Wieś Kornica ustanowiła własne
          władze; pięciu zabitych. Czterystu ludzi ruszyło w proteście przez Rodopy;
          zatrzymani pod Samokowem, jeden zabity.

          Podczas poprzedniego etapu zmiany nazwisk Pomaków z okolic Błagoewgradu w
          Rodopach Zachodnich (1964 r.) mieszkańcy Ribnowa zablokowali drogi do wsi,
          odcięli druty telefoniczne, wypędzili nauczycieli chrześcijan i rozwinęli
          turecką flagę. Obcych witali gradem kamieni. Wreszcie przybył generał z
          przesłaniem od I sekretarza partii Todora Żiwkowa: to nie jest wcale polityka
          partii, to lokalna władza dopuściła się nadużycia, zmiany nazwisk nie będzie.
          Buntownicy krzyczeli: "Niech żyje towarzysz Todor Żiwkow!". Proces bułgaryzacji
          na kilka lat wstrzymano.

          Etnolog z Uniwersytetu Sofijskiego Ewgenia Iwanowa w latach 1996-2000
          prowadziła w okręgu Smolian badania procesu przymusowej asymilacji Pomaków.
          Mówi, że ów wypróbowany w Rodopach mechanizm rozbijania jedności między
          poszczególnymi regionami, w których proces zachodził lub nie, mechanizm
          myślenia "to dotyczy innych", perfekcyjnie zadziałał w czasie bułgaryzacji
          Turków w połowie lat 80.

          Ukryć, że jestem obrzezany

          O szóstej upał gęstnieje i pełna twarz ojca Bojana Saryjewa pokrywa się potem. -
          Zmieniłem nazwisko dobrowolnie, jeszcze w 1970 r. - gdy opowiada, podchodzą
          dzieci i całują go w rękę. Błogosławi je mechanicznym gestem. - Z powodu
          arabskiego nazwiska miałem kompleksy. Pomacy zawsze byli obywatelami drugiej
          kategorii. Zresztą ja się czułem Bułgarem.

          Rysuje swoje dzieciństwo z początku lat 60. jako pasmo upokorzeń. Rodopy
          Wschodnie, okolice Iwajłowgradu pod granicą turecką. Jego ojciec pasie owce.
          Dzieci zbierają liście tytoniu. Raz w roku, gdy ojciec sprzedaje tytoń,
          przywozi dzieciom puszkę chałwy.

          W szkole, w innej wsi z ludnością mieszaną, Bojan patrzy na buty syna
          nauczyciela, potem na własne bose stopy twarde jak kopyta. Bibliotekarka mówi: -
          Nie ma sensu, żebyś czytał książki. Wy, Pomacy, i tak będziecie paśli owce.

          Choćby się miał zaprzedać diabłu, nie zostanie owczarzem! Idzie do szkoły
          milicyjnej, odtąd jest na utrzymaniu państwa. We wspólnej łaźni myje się w
          majtkach, by koledzy nie zauważyli, że jest obrzezany.

          Powiedziano im w szkole, że organizatorem buntów w Rodopach Zachodnich jest
          turecki wywiadowca poruszający się samochodem Volkswagen i że Pomacy chcą
          autonomicznej republiki.

          - Miałem silne komunistyczne przekonania - mówi Saryjew. - Socjalizm dał
          biednym szansę awansu. Ja wyszedłem z półbarbarzyńskich warunków i skończyłem
          prawo administracyjne w Sofii.

          Sami burzyliśmy, sami niszczyliśmy

          Otwierają kopalnie cynku i ołowiu, przetwórnie rudy i zakłady spożywcze; są
          lata 60. Tysiące ludzi znajduje pracę. Madan, Rudozem, Złatograd, Kyrdżali -
          kwitną. Turcy z okręgu Kyrdżali uprawiają tytoń dla wielkich rynków Związku
          Radzieckiego. Ich domy z tamtego okresu są czteropiętrowe.

          Zamykają kopalnie; lata 90. Załamuje się radziecki rynek. Na Zachodzie nie chcą
          tytoniu z Rodop, jest podrzędnej jakości. Lepsze gatunki nie wyrosną na
          kamienistych górskich zboczach. Czteropiętrowe domy pustoszeją, rodziny
          wyjechały za pracą. Ludzie uczą się tureckiego, chcą stąd uciec. Bezrobocie w
          Rodopach sięga dziś według Sofii 30 proc., według miejscowych - 80. Jada się
          głównie kartofle z własnej działki.

          Córka Letifa Mekowa, bezrobotnego kierowcy, ma wyższe wykształcenie.
          Szczęściara - znalazła w Madanie pracę sprzedawczyni. W miasteczku działają
          tylko dwie szwalnie i parę kawiarń. Jej koleżanki wyjeżdżają latem na niziny do
          pracy przy papryce i pomidorach. Za sześć lewów dziennie, czyli 15 zł.

          Hasan Hadżijew ze szpitala w Madanie: - W poprzednim ustroju dawali nam szanse
          na lepszy byt, ale mówili: zajmiesz stanowisko, jeśli zaprzesz się siebie.
          Dopuścimy cię do władzy, jeśli podepczesz wiarę ojców. Twoje dziecko będzie
          studiować, jeśli udowodnisz swoją lojalność. Kto burzył minarety? Grzebał w
          szafkach? Zdzierał chustki? Niszczył cmentarze? Partia przeprowadziła swój plan
          również rękami bułgarskich muzułmanów.
          • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(4) 26.09.03, 13:05
            Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bułgarii (4)




            Imam Mohamed Hasan Hadżijew w dżamii (meczecie) w miasteczku Benkowski
            fot. Magdalena Grochowska



            Malina Tomowa, autorka scenariusza filmu ?Płoń, płoń, płomyczku?
            fot. Magdalena Grochowska




            W przeciwieństwie do funkcjonariuszy chrześcijan, funkcjonariusze muzułmanie
            mieli osobistą motywację - pisze Ewgenia Iwanowa. Zrobić karierę; wtopić się
            wreszcie w społeczeństwo; zmyć wstyd dziadów - uważanych za zdrajców
            prawosławia.

            Zagroziła bezpieczeństwu państw a

            Film fabularny "Gori, gori, ogyncze" (Płoń, płoń, płomyczku) - pierwszą poważną
            wypowiedź o przymusowej asymilacji Pomaków - telewizja pokazała w 1995 r. Po
            dwóch odcinkach wybuchł skandal, projekcję wstrzymano.

            Młodziutka sofijka Marina przyjeżdża w latach 60. do rodopskiej wsi jako
            nauczycielka rosyjskiego. Jest świadkiem brutalnej walki z chustą, religią,
            nazwiskiem. Na jej oczach powstaje nowa rzeczywistość - z prądem, autobusem i
            socjalistyczną moralnością.

            Autorka scenariusza Malina Tomowa jest poetką i redaktorką w "Literaturen
            Westnik". Jako 18-latka wyjechała w 1970 r. do wsi Mugła w Rodopach; była tam
            nauczycielką przez rok. W Sofii opowiadała znajomym - studentom, literatom - o
            wydarzeniach w Rodopach. - Przesadzasz! - i zmieniali temat. W 1978 r. napisała
            scenariusz, bo już nie mogła znieść obojętności i milczenia w sprawie Pomaków.

            W kawiarni uniwersyteckiej w Sofii Malina otwiera grubą teczkę wycinków
            prasowych i dokumentów.

            "Zwracam się do Pani jako dawna uczennica klasy V (...). Więc tak nas Pani
            widzi w swych wspomnieniach: zacofanych, dzikich, w szarawarach. Wstydzę się,
            że była Pani moją nauczycielką. (...) Z dawnej V klasy siedem osób ma wyższe
            wykształcenie (...). Fikcja artystyczna nie może być realizowana kosztem
            ranienia nas. Niech Pani publicznie przeprosi...".

            Mieszkańcy Mugły i kilku innych wsi manifestowali przeciwko dalszej emisji
            filmu; nieśli transparent: "Kto śmie odrywać nas od Bułgarii?". Radni Smolianu
            ogłosili, że podadzą autorów do sądu, ponieważ film obraża obywateli i służy
            obcym interesom. Sejmowa komisja bezpieczeństwa narodowego stwierdziła, że film
            stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, gdyż rozdmuchuje konflikty
            etniczne. Brukowce pisały, że Tomowa ma zaburzenia psychiczne i dlatego
            rzeczywistość w jej filmie jest tak zdeformowana.

            Odezwali się też dawni żołnierze, którzy pełnili w Rodopach służbę w tamtym
            czasie; tak właśnie było, potwierdzali. Inteligencja z Madanu napisała list
            otwarty w obronie Maliny. Ówczesny prezydent Żeliu Żelew, demokrata i dawny
            opozycjonista, bronił autorów filmu na konferencji prasowej.

            Również ojciec Bojan Saryjew zwołał dziennikarzy. Powiedział: film jest
            prowokacją "określonych politycznych kół w Bułgarii i za granicą" z niechęcią
            odnoszących się do faktu, że młodzi Pomacy masowo przyjmują prawosławie i
            pragną ostatecznego powrotu do bułgarskiej tradycji. Określone koła to według
            Saryjewa środowisko polityczne prezydenta Żelewa oraz fundacja Otworeno
            Obsztestwo (Otwarte Społeczeństwo; odpowiednik polskiej Fundacji Stefana
            Batorego), która współfinansowała film, a - jak duchownemu wiadomo - zasilają
            ją amerykańskie dolary.

            Społeczny Komitet Obrony Interesów Narodowych w Kyrdżali ogłosił zdrajcami
            ojczyzny Żelewa, Tomową i Antoninę Żeliazkową, konsultanta filmu i doradcę
            prezydenta w sprawach etnicznych.

            Malina siedziała na podłodze w swoim mieszkaniu, pośród zmiętych gazetowych
            płacht, i czytała wiersze Krynickiego, bo poezja ją uspokajała. Dzwonił
            telefon, padały słowa: zdrajca! kłamca! zginiesz! Drżała o swoje córki. Znajomi
            mówili: to za świeże, nie trzeba było tego dotykać.

            Kto jej za to zapłacił?!

            - Nasz film obudził nieczyste sumienia - mówi Malina. - Nie ferujemy wyroków;
            pomackich funkcjonariuszy pokazujemy jako ofiary wplątane w ten proces.
            Rozumiem reakcje ludzi - straszne upokorzenie wyrzuca się ze świadomości.
            Przeżyli je i byli w tym samotni, a teraz znów ktoś im je przypomina. Ale
            piekielną machinę, jaka ruszyła po filmie, uruchomiła nie ludność Mugły, tylko
            dawna partyjna klika. Krótko przed emisją wybory wygrali postkomuniści. Oni
            nadal chcą, by sprawę Pomaków okryć milczeniem. Wiem, że ten film miał sens;
            choćby dlatego, że młodzież dowiedziała się o istnieniu w Bułgarii Pomaków.

            W 2001 r. telewizja pokazała film "Technołogijata na złoto" (Technologia zła)
            Tatjany Waksberk. Ten przejmujący dokument poświęcony przymusowej asymilacji
            Turków w latach 1984-85 cytuje niepublikowane dotąd dyrektywy partii i służby
            bezpieczeństwa, wymienia po nazwisku wykonawców procesu oraz oskarża turecką
            inteligencję o współdziałanie w zbrodni. Autorkę gwałtownie zaatakowała
            współrządząca turecka partia Ruch Praw i Swobód (DPS).

            Mówi Stojko Stojanow, konsultant filmu, dziennikarz w Kyrdżali: - Film kończy
            się wnioskiem: tureccy współwykonawcy tego procesu, agenci bezpieki, po upadku
            komunizmu weszli do establishmentu, do kierownictwa DPS. Ta właśnie minuta
            tekstu w filmie wywołała wściekłość partii, która chce się zdystansować wobec
            własnej przeszłości. Ale przecież w tureckich wsiach, w których na siłę
            zmieniano nazwiska, nie było Bułgarów! Sekretarz partii komunistycznej, partii
            ludowej, związków zawodowych - to byli Turcy.

            W 2002 r. Ewgenia Iwanowa wydała z pomocą fundacji Otworeno Obsztestwo
            książkę „Otchwyrlenite »priobszteni «” (Odrzuceni „włączeni”wink, efekt swych
            badań w Rodopach. - To pierwszy naukowiec, który tak wnikliwie wszedł w tę
            problematykę i pokazał jej psychologiczną prawdę - uważa Hasan Hadżijew z
            Madanu.

            Kiedy w Smolianie powołałam się na tę książkę, archiwistka powiedziała: -
            Autorka zantagonizowała Bułgarów i Pomaków, moi bułgarscy przyjaciele pytają,
            kto jej za to zapłacił... Mój punkt widzenia jest narodowy, bułgarski: o tym,
            co było, trzeba zapomnieć.

            Ewgenia Iwanowa mówi, że skoro rany tak łatwo się otwierają, to znaczy, że
            trzeba je oczyścić i leczyć.
            • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(5) 26.09.03, 13:06
              Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bułgarii (5)




              Imam Mohamed Hasan Hadżijew w dżamii (meczecie) w miasteczku Benkowski
              fot. Magdalena Grochowska



              Malina Tomowa, autorka scenariusza filmu ?Płoń, płoń, płomyczku?
              fot. Magdalena Grochowska




              Niech sobie idą do Azji

              Turecki imam Mohamed Hasan wyśpiewuje czwartą tego dnia modlitwę. Gardłowe,
              urywane frazy płyną z minaretu w stronę Kyrdżali i w stronę Smolianu, i ku
              greckim szczytom, które pokazał mi machnięciem ręki.

              Miał nadzieję, że o szóstej ktoś przyjdzie na modlitwę. - Za komunizmu skakali
              przez ogrodzenie, żeby dostać się do meczetu - opowiada, mieszając bułgarską
              gwarę z tureckimi słowami. - A za demokracji odeszli od religii. Przychodzą na
              Bajram i w piątki.

              Jak wyglądało to tureckie miasteczko Benkowski przed wielkim exodusem Turków z
              Bułgarii w 1989 r.? Teraz jest jak wymarłe. Mieszkało tu 17 tys. ludzi, została
              jedna trzecia. Wiele domów ma wybite szyby, stoją puste.

              Zaczęło się w 1945 r. Przywódca komunistów Georgi Dymitrow: "Chcemy wyprzeć
              Turcję z Europy, niech sobie idzie do Azji". 1951 r.: Turcja przyjmuje ponad
              150 tys. wysiedleńców z Bułgarii. Do lat 60. panuje pozorny liberalizm zgodnie
              z partyjną koncepcją dobrowolnej asymilacji - niech mają swoje szkoły, gazety,
              teatry, niech studiują, szybciej się wtopią w społeczeństwo. Zmiana taktyki, bo
              Turcy formują inteligencję i przyjmują socjalizm, ale nie odcinają się od
              tożsamości. Popełniliśmy błąd, mówi partia, ułatwiliśmy rozwój tureckiego
              nacjonalizmu. Rok 1967, posiedzenie Biura Politycznego partii: "Każdy hodża
              [nauczyciel i duchowny muzułmański - M.G.] musi być człowiekiem służby
              bezpieczeństwa. Musimy wejść do meczetów". Na mocy rzekomego łączenia rodzin
              (liczą się również praprzodkowie) do 1978 r. kolejnych 130 tys. Turków opuści
              kraj.

              Próba generalna zmiany nazwisk odbyła się w 1975 r. Trzy tureckie wsie w
              Rodopach uznano za pomackie i wręczono im nowe dokumenty. Na zebraniach
              partyjnych mówiono, że mniejszość turecka żąda autonomii, że to piąta kolumna
              Turcji. "Nie ma żartów! Muszą zrozumieć, że nie jesteśmy wsią bez psów" -
              obwieścił Żiwkow kierownictwu partii w maju 1984 r.

              Imam prowadzi mnie do meczetu; wkładam chustę, zdejmuję sandały. Ściany i
              kolumny ozdabia piękna niebieska ceramika. Siadamy na dywanach. Opowiada: - Był
              26 grudnia 1984. Pracowałem na budowie. O piątej przyjechali żołnierze. Zebrało
              się dużo ludzi, krzyczeli, że nazwisk nie zmienią. Padły strzały. Potem
              sfałszowano akty zgonu - ludzie zmarli niby na zapalenie płuc.

              Wśród trojga zabitych była kobieta z dzieckiem na plecach - Aisze i
              półtoraroczna Tiurkian. W miejscu, gdzie upadły, zbudowano cokół, z którego
              tryska kryształowa woda.

              Świat przyjmie to spokojnie

              Kyrdżali, ten sam grudzień. Nenko Stanew jest uczniem gimnazjum (dziś pracuje w
              urzędzie miasta). Na ulicach pełno milicji wezwanej z kraju oraz żandarmeria -
              specjalne oddziały podległe MSW utworzone dla "celów" procesu (ale o tym Nenko
              dowie się po latach).

              Patrzy przez okno. Wypędzają ludzi z domu, każą podpisywać papiery. Nenko
              słyszy drżący, starczy głos Turka: - Ale dlaczego przyszliście z psem? (u
              wierzących muzułmanów pies nie może wejść do domu).

              W szkole, w niezręcznej ciszy, tureccy nauczyciele przedstawiają się uczniom
              nowym nazwiskiem.

              Szumen, północno-wschodnia Bułgaria. Połowa miasta to Turcy, mówią: zmiana
              nazwisk dotyczy tylko Rodop. Wasyl Wasilew jest kierownikiem literackim w
              teatrze (teraz prowadzi interesy w Sofii); występuje tu również grupa aktorów
              Turków. Wiosną 1985 r. zostają aresztowani. - Przez dwa tygodnie trzymano ich
              na miejskim stadionie. Tam było parę tysięcy ludzi - mówi Wasyl.

              Sofia, Antonina Żeliazkowa pracuje w Instytucie Bałkanistyki Bułgarskiej
              Akademii Nauk (dziś jest dyrektorką Międzynarodowego Centrum Studiów nad
              Mniejszościami). Ma kilku kolegów - tureckich profesorów. Używa ich starych
              imion. - To dla mnie niebezpieczne - upominają ją. Dyrektor Instytutu
              interweniuje w Komitecie Centralnym partii: - Przecież oni mają publikacje
              naukowe podpisane starym nazwiskiem!

              Na próżno. Żeliazkowa rozmawia z członkiem Rady Państwa, Turkiem, który jako
              jeden z pierwszych zmienił nazwisko z Szukri Tahirow na Orlin Zagorow.

              - Partia wszystko przemyślała...

              - Ale cały świat się obróci przeciwko nam!

              - Nasi dyplomaci pracują, żeby świat przyjął to spokojnie.

              Sofia, Todor Żiwkow na posiedzeniu kierownictwa partii, 30 marca 1985 r.: "Nie
              rozwiązaliśmy jeszcze problemu z Turkami, ale uczyniliśmy zdecydowany krok.
              Minie 15, 20 lat i o wszystkim zapomną...".

              Belene w północnej Bułgarii, obóz internowania na niedostępnej wyspie na
              Dunaju, przewinie się przez niego pięć tysięcy ludzi. Ismaił Daudow, instruktor
              nauki jazdy, jeden z 280 przywiezionych z okręgu Kyrdżali, przesiedzi
              jako "wróg narodu" i "szpieg" półtora roku.

              - Pierwszy barak, dla kryminalistów, był bliżej brzegu - opowiada. - Nas
              trzymali w głębi wyspy. Do 1959 r. było tam więzienie dla politycznych.
              Straszny mróz, budynek bez ogrzewania. Przez trzy miesiące nie myliśmy się, nie
              zmienialiśmy bielizny. Przyjechał jakiś generał, wtedy zaprowadzili nas do
              łaźni. Po przesłuchaniach ludzie sikali krwią. Z każdego z nas chcieli zrobić
              agenta... Do marca nikt w Bułgarii o nas nie wiedział, dopiero jak radio
              macedońskie doniosło o Belene, dopuścili do nas rodziny. Moja córka miała
              półtora roku, nie pozwoliła się przytulić...
              • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(6) 26.09.03, 13:07
                Do niczego ich nie zmuszałem

                Pytam Saryjewa: - Ojciec był wtedy oficerem milicji w Krumowgradzie w Rodopach
                Wschodnich...

                - Ja byłem przeciwny zmianie nazwisk Turkom i Cyganom. Myśmy tylko pilnowali
                porządku. Tam nie było zabitych. Oni nie zmieniali nazwisk dobrowolnie, ale to
                nie ja ich zmuszałem. Proces przeprowadziła turecka nomenklatura. Byłem za
                nisko w hierarchii, żeby o czymkolwiek decydować. Nie wiedziałem nawet, że w
                Razgradzie, Szumenie, Momcziłgradzie byli zabici...

                - Czy ojciec był współpracownikiem służby bezpieczeństwa?

                - Nigdy.

                W swojej autobiografii pisze: "Kiedy dwóch się spotyka, jeden zawsze jest
                agentem tajnych służb".

                Twierdzi, że komunizm go rozczarował. W 1986 r. wystąpi z milicji, będzie
                podlewał tytoń. Przyjmie chrzest, weźmie cerkiewny ślub, a w 1990 r. otrzyma
                święcenia.

                Jacy Turcy? To Bułgarzy!

                Uczeni mieli pełne ręce roboty. Kilka lat wcześniej szukali "bułgarskich
                korzeni etnicznych" w historii Pomaków, teraz - u Turków.

                - W Bułgarskiej Akademii Nauk zebrano pracowników siedmiu instytutów
                humanistycznych - opowiada Ewgenia Iwanowa, wówczas badacz w Instytucie
                Kultury. - Powiedziano: musicie naukowo udowodnić, że Turcy to Bułgarzy.

                Ibrahim Jałymow od 1971 r. pracował w Instytucie Współczesnych Teorii
                Społecznych przy prezydium BAN. - Ten Instytut przygotowywał dla partii całe
                teoretyczne uzasadnienie jej polityki - mówi Antonina Żeliazkowa - większość
                jego uczonych była specjalistami od ateizacji.

                - Uważa się - tłumaczy Jałymow - że Instytut uczestniczył w formułowaniu
                procesu asymilacji. Było inaczej: dwóch naszych dyrektorów to ludzie odsunięci
                wcześniej od kierownictwa partii. Partia nie miała zaufania do Instytutu i nie
                dawała nam zamówień specjalnych. Mnie nie obarczono żadnymi zadaniami
                związanymi z tym procesem. Choć inteligencja turecka pewną winę ponosi. Często
                nie miała wyjścia... Skoro dołączyłeś do choro, musisz tańczyć.

                Choro to zespołowy ludowy taniec bułgarski.

                Poeta idzie zmazać wstyd

                Idzie poeta zboczem Witoszy, dźwiga bańkę z naftą. Ma 39 lat, nazywa się Mehmed
                Karahiuseinow. Na co dzień włącza i wyłącza światło w sofijskim kinie. Maluje
                portrety. Niedawno napisał taki wiersz: "...Jeśli kogoś przepełnia nienawiść,/
                jeśli łajdak zostaje pomazańcem,/ jeśli ktoś nikogo nie kocha,/ jeśli istnieje
                obłudnik,/ jeśli nikczemnik pełznie w górę,/ ja, ja, ja jestem winny!".

                Jest 1 lutego 1985 r. Poeta idzie zmazać wstyd.

                Jego ojciec Hasan Karahiuseinow, który jest znanym poetą i członkiem Związku
                Pisarzy Bułgarskich, teraz nazywa się Asen Sewarski - z własnej woli. Pojechał
                w rodzinne strony koło Razgradu agitować Turków, by zmienili nazwiska. Podpisał
                deklarację poparcia procesu asymilacji.

                Idzie poeta, dźwiga bańkę z naftą, żeby zmazać wstyd. Podpala zapałkę. Płonie.

                Szeri, jego żona, myśli: i jak teraz będzie słuchał muzyki, skoro spaliły mu
                się uszy? Poeta jest w śpiączce przez trzy miesiące. Przyszedł ojciec do sali
                reanimacyjnej, wziął w swoją dłoń rękę syna i podpisał urzędowy papier. Teraz
                poeta nazywa się Metody Karachanow.

                Operacja za operacją, razem 18. Uszył sobie kapelusz z dużym rondem, żeby nie
                straszyć ludzi, maluje i pisze. "Na próg śmierci przybywamy w okamgnieniu,/ a
                tak wolno wracamy".
                • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(7) 26.09.03, 13:08
                  Brakuje mu powietrza, bo poparzył też płuca. "...Stoję na balkonie/ jak zamarła
                  pieśń".

                  Umiera 3 maja 1990 r. w Sofii. Dwa miesiące później rodzi się jego syn Aspar.
                  Pół roku później umiera na raka ojciec. Aspar znaczy biały koń.

                  To była brudna robota

                  Proces przymusowej asymilacji nazwano "odrodzeniowym". Kto się odradzał?
                  Jednolity bułgarski naród.

                  Według dokumentów partyjnych to "naturalny proces przezwyciężania różnic
                  etnicznych"; "przywracanie bułgarskiej świadomości narodowej", "przywracanie
                  prawdy historycznej", "ostateczne przyłączenie"... Następnymi przyłączonymi
                  mieli być Żydzi, Ormianie i Grecy.

                  Wymuszony exodus Turków w 1989 r. nazwano "wielką wycieczką". Obie groteskowe
                  nazwy weszły do powszechnego języka.

                  Kalin D., archeolog z Uniwersytetu Sofijskiego, mówi, że przeciętny Bułgar
                  myśli o Turkach jak o obcym ciele. - Imperium otomańskie upadło, a tu zostali
                  jacyś Turcy. Zwykli Bułgarzy wiedzieli, że ten proces to brudna robota, ale nie
                  mieliby nic przeciwko wysiedleniom, o ile tę brudną robotę wykona partia,
                  służba bezpieczeństwa i milicja.

                  Nenko Stanew z Kyrdżali: - Zwykły Turek wie, że zwykły Bułgar nie miał z tym
                  nic wspólnego, my milcząco nie akceptowaliśmy tego.

                  - Ogromna większość społeczeństwa była obojętna - mówi Ewgenia Iwanowa.

                  Słowo "komszułuk" oznacza furtkę między sąsiednimi podwórkami. Jest używane
                  jako symbol bułgarskiej tolerancji. Furtki były zwykle otwarte, o ile w lokalne
                  stosunki nie mieszały się państwowe i partyjne interesy.

                  Zatrzymajcie się! Opamiętajcie się!

                  Kiedy Turek Miumiun ze wsi pod Kyrdżali zrozumiał, że nie ma już dla niego
                  miejsca w Bułgarii, zaprowadził swoją krowę do zaprzyjaźnionego Bułgara. Było
                  lato 1989 r. Tytoń stał na polu niezebrany. Ciągnęły ku granicy z Turcją
                  samochody, a na bagażnikach piecyki, telewizory, lodówki, łóżka, dziecięce
                  wózki, garnki, pierzyny... Jechały też taksówki, bo nie każda rodzina turecka
                  dostała pozwolenie na wyjazd samochodem. Taksówkarze z Kyrdżali brali za kurs
                  do punktu granicznego w Swilengradzie nawet 5 tys. lewów - za 130 km. Średnia
                  pensja wynosiła 200 lewów.

                  Dafina Małamowa, córka Bułgara, który dostał krowę, pomyślała: jacy musimy być
                  źli, skoro nasi sąsiedzi porzucają domy i wyjeżdżają!

                  W maju 1989 r. Todor Żiwkow obwieścił w telewizji: bułgarscy muzułmanie mogą
                  jechać, dokąd chcą. W tym samym czasie na posiedzeniach Biura Politycznego KC
                  BPK mówił: musimy wysiedlić od 200 do 300 tys. Turków, inaczej Bułgaria zamieni
                  się w Cypr.

                  Partia inspiruje agresywną kampanię antyturecką. Uczniowie, studenci, twórcy,
                  robotnicy, instytuty naukowe i urzędy ślą deklaracje poparcia dla oficjalnej
                  polityki. Naczelnicy milicji w Szumenie i Płowdiwie konkurują, który z nich ma
                  dłuższą listę wypędzonych.

                  Ewgenia Iwanowa: - Jedni chcieli wyjechać, innych władze zmusiły. Młodzi mieli
                  tu zwykle przyjaciół i woleli zostać. Ale patriarcha mówił "jedziemy" - dla
                  młodych to był dramat.

                  Nieformalne, nowo powstałe organizacje demokratyczne protestują. Antonina
                  Żeliazkowa pisze list później czytany w Deutsche Welle: "Zatrzymajcie się!
                  Opamiętajcie się! Zwróćcie nazwiska, język, kulturę, prawa człowieka tureckiej
                  mniejszości...". Wolna Europa czyta esej "Nazwisko" znanej poetki Błagi
                  Dimitrowej, późniejszej wiceprezydent: "Na nazwisku każdego z nas spoczywa
                  osobista odpowiedzialność za naszych skrzywdzonych współbraci".

                  Partia wzywa do "patriotycznego czynu" przeciwko opozycji. Maszeruje pochód od
                  sofijskiego pałacu kultury, bulwarem Patriarchy Ewtimija - obok tureckiej
                  ambasady - i Bulwarem Lewskiego (wtedy Tołbuchina) - koło domu Dimitrowej. Na
                  drzwiach jej mieszkania malują żółty półksiężyc. Na wizerunkach Żelewa -
                  turecki fez. 20 tys. gardeł wrzeszczy: "Zdrajcy ojczyzny, wynocha z
                  Bułgarii!", "Precz z demagogicznymi tezami o jawności i demokracji!". Pod
                  ambasadą krzyczą: "Turcy do Turcji!". Podobne demonstracje organizowane są w
                  Płowdiwie, Szumenie, Starej Zagorze, Warnie, Burgas...

                  Żeliu Żelew: - Uczestnicy twierdzą dziś, że dowożono ich siłą, że nie
                  wiedzieli... Wielu zmuszono. Ale byli i tacy, którzy przyszli sami, bo myśleli
                  tak, jak głosiły hasła na transparentach. Przecież ogromna część inteligencji
                  popierała reżim!

                  Do 21 sierpnia, kiedy to Turcja zamknęła granicę, opuściło Bułgarię 350 tys.
                  Turków. Pomacy paszportów nie dostali.
                  • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(8) 26.09.03, 13:09
                    Chcemy swoich nazwisk!

                    Domy, samochody, meble sprzedawali za bezcen. - Żeby nie było spekulacji z
                    domami - zastrzegł Żiwkow kierownictwu partii - musimy je wziąć za darmo.

                    W Chaskowie buldożery zrównały z ziemią całą turecką dzielnicę. Ismaił Daudow,
                    więzień Belene, którego w 1989 r. wydalono do Szwecji, miał w Kyrdżali
                    kamienicę. Rozebrano ją. Kiedy wrócił rok później, za odszkodowanie mógł kupić
                    stół.

                    Kobieta z okolic Silistry kupiła od Turczynki szafę. Znalazła w środku
                    kartkę: "Wrócimy i was wyrżniemy". Ktoś zapytał kobietę: - Ile zapłaciłaś za tę
                    szafę?

                    - Grosze - nie kryła satysfakcji - przecież i tak by jej ze sobą nie zabrała.

                    - Po upadku reżimu Bułgarzy bali się odwetu Turków - mówi Antonina Żeliazkowa. -
                    Dlatego nie chcieli, by zwracać im ich prawa, i łatwo poddali się
                    nacjonalistycznym hasłom.

                    W grudniu 1989 r. wychodzi rozporządzenie o przywróceniu nazwisk bułgarskim
                    muzułmanom. Kolumny taksówek jadą ulicami Kyrdżali, trąbiąc na znak protestu.
                    Przyłączają się ciężarówki, autobusy, tłumy. Przez parę dni demonstranci
                    zgromadzeni przed domem kultury krzyczą: "Bułgaria dla Bułgarów! Turcy do
                    Turcji!". "Dla Żelewa fez! Dla nas Bułgaria!". Turcy na placu Deweti Septemwri
                    skandują: "Chcemy swoich nazwisk! Demokracja!".

                    - Bałem się wojny domowej - opowiada Nenko Stanew. - Połączenia telefoniczne z
                    Kyrdżali były przerwane. Objawiły się nagle skrajne nacjonalistyczne partyjki.
                    Te wydarzenia inspirowali komuniści i służby bezpieczeństwa.

                    Ewgenia Iwanowa: - Do Sofii przyjeżdżały autobusy demonstrantów z Kyrdżali,
                    Szumenu... Niekoniecznie partyjni funkcyjni; również ci, którzy wzbogacili się
                    na Turkach. Kiedy potem Turcy wracali, dochodziło do konfliktów: ty mi to
                    wziąłeś... przecież ty mi to sprzedałeś... Wyszedł przepis, że trzeba im
                    zwrócić wszystko, ale wielu nie mogło już odzyskać mienia. Te napięcia wracają
                    w czasie wyborów, zawsze się gra tą kartą.

                    Wróciło ich około 100 tys. Pewien człowiek, za stary na powrót, co roku
                    przysyła wnuka do swojej wsi. - Patrz dobrze - napomina go - czy czereśnia na
                    podwórku rośnie.

                    Czy każdy jest winny, jak piszą poeci? Kalin D., archeolog z Sofii, był w
                    tamtych latach uczniem. - Ja nie mogę czuć się bez winy, bo moje państwo nigdy
                    nie wyjaśniło tego problemu, do dziś nie osądziło nikogo. Nawet nie o to
                    chodzi, żeby dziesięciu czy stu ludzi wtrącić do więzienia. Wychodzą dziś
                    książki, które dowodzą, że to był patriotyczny czyn - to jest wstrętne! I dużo
                    ludzi w to wierzy. Państwo nie zaangażowało się, żeby powiedzieć prawdę.
                    Owszem, poprzedni premier i prezydenci przepraszali Turków, ale to nie
                    wystarcza.

                    Umyli sobie ręce

                    Odzyskali prawo do nauki języka w szkołach. Na początku lat 90. uczyło się
                    tureckiego 90 tys. młodzieży, teraz 36 tys. Wolą angielski.

                    Mają dziesięć minut wiadomości w ogólnokrajowej telewizji i godzinę pieśni
                    tureckich w radiu. Wolą oglądać turecką telewizję przez satelitę.

                    Odzyskali nazwiska, ale wielu powróciło do bułgarskich. Tureckie nie jest
                    najlepszą wizytówką, gdy szuka się pracy na Zachodzie.

                    Odbudowali meczety, założyli szkoły religijne. Wyższy Instytut Islamu,
                    sponsorowany przez Turcję i kraje arabskie, kształci w Sofii duchownych i
                    nauczycieli islamu, Turków i Pomaków. Ale komunizm ich zateizował.

                    Ibrahim Jałymow mówi, że pomimo swobód kultura turecka słabo się rozwija.

                    Mają także partię współrządzącą: dwóch ministrów, siedmiu wiceministrów i
                    dwudziestu parlamentarzystów. Co robi DPS dla swojego elektoratu, dla Rodop i
                    dla ukarania winnych "procesu odrodzeniowego"?

                    Poseł DPS Ahmed Jusein, zastępca przewodniczącego parlamentarnej komisji praw
                    człowieka, wymienia: ulgi podatkowe dla inwestorów na terenach o wysokim
                    bezrobociu... państwowy skup tytoniu od wytwórców... książka wydana właśnie z
                    inicjatywy partii - zbiór dokumentów dotyczących "procesu odrodzeniowego"...

                    Antonina Żeliazkowa: - Wątpię w to, że DPS wyraża interesy tureckiej
                    mniejszości. Wprawdzie minister rolnictwa próbuje jej pomagać, ale realnie nie
                    zrobiono dla niej nic, podobnie dla Pomaków. DPS po wyborach traci
                    zainteresowanie elektoratem, zajmuje się głównie polityką wysokiego szczebla.
                    Zaś ich książka o "procesie odrodzeniowym" nie zawiera najbardziej
                    interesujących dokumentów, jest tendencyjna, wydana po to, żeby umyli sobie
                    ręce.
                    • ignorant11 Prześladowania muzułmanów w komunistycznej Bu(9) 26.09.03, 13:10
                      - Oni jadą do tureckiej wsi, przemawiają po turecku i grają narodową kartą, a
                      ludzie im wierzą - mówi Kalin D. - Gdyby wiedzieli, że ich posłowie noszą
                      krawaty za 300 dolarów, nie głosowaliby na nich.

                      - Inwestorów brak, Rodopy się wyludniają - mówi Hasan Hadżijew z Madanu. -
                      Ludzie wciąż tłumią w sobie kompleksy. Ja ich nie mam. Wiem, że o mojej
                      wartości stanowi to, jakim jestem człowiekiem i lekarzem, a nie nazwisko.

                      Dzwony biją tylko w niedzielę

                      Nowy meczet, który Pomacy oddali właśnie do użytku w centrum Madanu, jest
                      największą świątynią muzułmańską w Bułgarii. Ma ściany jak białe koronki;
                      żyrandol jak chmurę z kryształów; smukły minaret góruje ponad miastem. O
                      Madanie mówi się: Mekka Pomaków.

                      Na piętrze działa jedyna w Bułgarii szkoła kształcąca hafizów - tych, którzy
                      znają cały Koran na pamięć po arabsku. Dziesięciu chłopców z różnych stron
                      kraju mieszka w bocznym skrzydle, mają praczkę i kucharza. Kurs trwa do
                      czterech lat, przed południem uczą się w państwowej szkole. Nie płacą.

                      - Po co im taki duży meczet? - irytują się Bułgarzy w Smolianie, gdzie
                      większość mieszkańców to chrześcijanie.

                      Prawosławny duchowny Georgi Atanasow: - Tu się wtrącają obce siły. Przyjeżdżają
                      emisariusze z Arabii Saudyjskiej, próbują im narzucić fanatyczną odmianę
                      islamu. Płacą im, kształcą ich, zakładają fundacje, otwierają im drobny
                      biznes...

                      Atanasow chrzci w Smolianie około 25 Pomaków rocznie.

                      Imam Hajri Pulew z Madanu nie ma trzydziestki. Średnią szkołę religijną
                      skończył w Stambule na koszt tamtejszych organizacji religijnych, teologię
                      islamską studiował w Sofii. Mówi: - Turcy i Arabowie rzeczywiście interesują
                      się bułgarskimi muzułmanami. Wspierają finansowo budowę meczetów. Ale nikomu
                      nie płacą za wiarę, nie dają pieniędzy na otwarcie przedsiębiorstw! Gdyby tak
                      było, to młodzi nie uciekaliby stąd do pracy na budowach Sofii i Płowdiwu.

                      We wsi Nedelino pod Kyrdżali ojciec Bojan Saryjew zbudował ogromną cerkiew.
                      Finansowo wsparła go Fundacja "Przyszłość dla Bułgarii" Eleny Kostowej, żony
                      Iwana Kostowa, poprzedniego premiera z partii demokratów.

                      W dzielnicy Gledka w Kyrdżali Saryjew tworzy monastyr - centrum misyjne. Nie
                      wie, ilu ochrzcił dotychczas; całe rody. - Idę przez wieś i opowiadam o Bogu.
                      Im już obrzydło życie bez tożsamości... Chrzczę, buduję, wysyłam do seminariów,
                      załatwiam stypendia, ale brakuje mi księży, ja nie mogę być wszędzie. Chcę
                      nawracać i budować cerkwie w całych Rodopach. To misja dana mi od Boga.

                      Letif Mekow mówi, że to kontynuacja "procesu odrodzeniowego".

                      Pięć razy dziennie płynie z minaretów nad Rodopami modlitwa imamów. Pewien
                      lekarz ze Smolianu powiedział, że śpiew przeszkadza ludziom, trzeba go
                      zabronić; przecież dzwony w cerkwiach biją tylko w niedzielę.

                      *** Korzystałam z książek: „Otchwyrlenite »priobszteni « ili procesa,
                      nareczen »Wyzroditelen « (1912-1989)” Ewgenii Iwanowej, „Istorija na turskata
                      obsztnost w Byłgarija” Ibrahima Jałymowa, „Głasyt na wikasztija w pustinjata”
                      Bojana Saryjewa, „Istorijata za »wyzroditełnija proces «; dokumenti ot archiwa
                      na Politbiuro i CK na BKP” oraz filmów „Gori, gori, ogyncze” Rumjany Petkowej i
                      Maliny Tomowej i „Technołogijata na złoto” Tatjany Waksberk.

                      Dziękuję Pani Sylwii Borysowej za cenne wskazówki, jakie otrzymałam od Niej
                      podczas zbierania materiałów do reportażu, oraz Pani Hannie Karpińskiej,
                      tłumaczce, za konsultację językową
                      • ignorant11 Czy Bułgaria prześladowała muzułmanów? 02.11.03, 20:26
                        Sława!
                        Czy Bułgaria prześladowała muzułmanów?


                        Iwanczo Gyłybow 29-10-2003, ostatnia aktualizacja 29-10-2003 18:36

                        Po artykule Magdaleny Grochowskiej o prześladowaniach muzułmanów w
                        komunistycznej Bułgarii "Dołączyłeś do choro, musisz tańczyć" ("Gazeta
                        Środkowoeuropejska" z 24 września) otrzymaliśmy list od bułgarskiego
                        dziennikarza mieszkającego w Polsce.

                        5 stycznia 1990 r. przyjechałem z Warszawy do Sofii. Przed gmachem Zgromadzenia
                        Narodowego trwał milczący wiec bułgarskich Turków walczących o przywrócenie ich
                        prawdziwych imion, które reżim komunistyczny odebrał im w 1984. W tym samym
                        czasie z całego kraju ruszyli na stolicę "patrioci" - autobusami i taksówkami,
                        kto jak mógł, z flagami Bułgarii. Nieśli transparenty głoszące hasła
                        obrony "czystej i świętej Republiki", bułgarskiego języka, a tych, którzy
                        odważyli się publicznie wystąpić w obronie Turków, obrzucali wyzwiskami i
                        lżyli. To były tzw. wystąpienia antytureckie, inspirowane przez partię
                        komunistyczną. W tej konfrontacji dwóch różnych światów ostatecznie zwyciężyła
                        Bułgaria, dobro i prawda wzięły górę, a "tamtych" tyle widziano.

                        Od tego czasu minęło 13 lat. W sąsiedztwie toczyły się wojny, czystki etniczne,
                        panowała nienawiść i okrucieństwo. W Bułgarii było spokojnie. Przez te lata
                        moja Ojczyzna zdała egzamin z tolerancji i człowieczeństwa celująco. Wydarzenia
                        jak w styczniu 1990 r. więcej się nie powtórzyły. Jednak już w połowie lat. 90.
                        stało się jasne, że niemała część moich rodaków, muzułmanów i niemuzułmanów,
                        nadal nie potrafi i nie chce rozmawiać na temat wzajemnych relacji. Wstrząsem
                        dla wielu z nas był gwałtowny atak nacjonalistów na pierwszą uczciwą próbę
                        rozrachunku - film Maliny Tomowej "Płoń, płoń, ogieńku".

                        W nie mniejszym stopniu wstrząsnęła mną w tych dniach reakcja grupy Bułgarów
                        mieszkających w Polsce na artykuł Magdaleny Grochowskiej. Podniosły się głosy,
                        że "Gazeta Wyborcza" "znów wtrąciła się w nie swoje sprawy", a tak w ogóle "jak
                        piszą o Bułgarii, wyciągają same złe rzeczy". I jest dziś w środowisku polskich
                        Bułgarów wielkie poruszenie, obraza, podejrzenia i poszukiwanie zdrajcy we
                        własnych szeregach.

                        Odniosłem wrażenie, że już sam fakt opublikowania tekstu wzbudza sprzeciw, tak
                        jakby zapomnienie miało być lekarstwem na wstydliwą stronę historii naszego
                        narodu. Tymczasem słusznie się szczycąc chlubną przeszłością, jesteśmy
                        zobowiązani brać na siebie odpowiedzialność za całe dziedzictwo, także jego
                        część haniebną. Autorka artykułu cytuje fragment pięknego wiersza naszego
                        rodaka, poety Mehmeda Karahiuseinowa: "...jeśli ktoś upadł, jeśli kogoś
                        zakuwają w kajdany, to ja jestem winny". Czyż nie nosimy tej winy my wszyscy?

                        Iwanczo Gyłybow


                        Pozdrawiam i zapraszam na:
                        Forum Słowiańskie
                        nakarm dziecko, kliknij w pajacyka TERAZ:
                        www.pajacyk.pl
                        Ignorant
                        +++
    • kustosz.m Re: Bułgaria w 85 26.09.03, 14:11
      Bylem miedzy innymi w Szumenie wlasnie w 85 latem.
      Czyli na swiezo po opisanej akcji i w jednym z jej centrow.
      Lecz temat absolutnie nie istnial.
      No moze pytanie o kogos bylo ucinane "alez to Turek".
      Czarna dziura.
      • oleg3 Re: Bułgaria w 85 26.09.03, 14:29
        Uwaga historyczana - podobne metody zastosowali królowie katoliccy wobec
        morysków. Zrobiono z nich przymusowo chrześcian, a po fiasku chrystianizacji
        wypędzono.

        Uwaga sportowa - Sulejmanow, genialny ciężarowiec, wcześniej nosił nazwisko
        tureckie; ostatecznie święcił trumfy jako Sulejmanoglu obywatel turecki.
    • ignorant11 Trudny romans Bułgarów z carem 18.10.03, 07:24
      Sława!
      Trudny romans Bułgarów z carem


      Mariusz Zawadzki 15-10-2003, ostatnia aktualizacja 15-10-2003 15:18

      Po 800 dniach rządu Symeona II Bułgarzy, w życiu których właśnie miało się coś
      polepszyć, nie wierzą, że były car będzie ich mężem opatrznościowym. Im więcej
      się po nim spodziewali, tym surowiej go teraz oceniają

      W zeszłym roku wzrost gospodarczy Bułgarii wyniósł 4.8 proc. - jak na pogrążoną
      w recesji Europę jest to rezultat imponujący. Od lipca 2001, kiedy Symeon
      Sakskoburgotski objął urząd, bezrobocie spadło z 19 do 13 proc. Rośnie eksport,
      rozwija się turystyka, a inflacja utrzymuje się na poziomie 3 proc. rocznie.
      Jedyne wskaźniki, które w Bułgarii spadają to wskaźniki popularności premiera.
      Od 70 proc. poparcia na starcie do 30 proc. dziś.

      Podczas kampanii wyborczej Symeon ogłosił, że za 800 dni Bułgarzy zaczną
      odczuwać poprawę warunków życia. - Tak jest w każdej firmie - tłumaczył. -
      Przez pierwszy rok analizuje się sytuację, w drugim wprowadza zmiany, a w
      trzecim widać ich pierwsze owoce.

      Po wyborach gazety skwapliwie zaczęły wsteczne odliczanie. Kilka dni temu
      minęło mityczne 800 dni. W komentarzach prasowych dominuje irytacja: cudu nie
      ma, jest rozczarowanie. Plakaty uliczne krzyczą "800 dni. 800 kłamstw. Dosyć
      tego!", a Symeon jest przedstawiany na ulotkach z rogami i ogonkiem jako
      diabełek.

      - Osiągnęliśmy dobre rezultaty w ekonomii - mówił w telewizyjnym wystąpieniu
      premier. - Zredukowaliśmy ogromny deficyt budżetowy, zmniejszyliśmy bezrobocie.
      W drugiej połowie kadencji będziemy walczyć z bezrobociem, poprawimy sytuację
      emerytów i stworzymy warunki dla powrotu tysięcy młodych, którzy wyemigrowali
      za chlebem.

      Dlaczego Bułgarzy tego nie dostrzegają? - Ludzie wiązali obietnice Symeona nie
      z abstrakcyjnymi dla nich liczbami, ale z konkretami - wyjaśnia Krasimir
      Krumow, publicysta dziennika "Monitor". - Przed wyborami Symeona traktowali jak
      zbawiciela. Tym głębsze jest teraz ich rozczarowanie. Emerytury i renty nie
      wzrosły, średnia pensja wynosi 280 lewa (150 dolarów). Na własnej skórze prawie
      nikt tych 5 proc. wzrostu nie poczuł.

      Iskasz seksa?

      Rzeczywistość w Bułgarii jest przygnębiająca. Nie ma tygodnia bez strzelaniny
      lub bomby w centrum Sofii. Biznesmeni jeżdżą ulicami miasta pancernymi
      mercedesami i bmw z ciemnymi szybami. Goście wchodzący do drogich restauracji
      przechodzą regularną rewizję z użyciem wykrywacza metalu. Mimo tych środków
      ostrożności zwykle co kilka tygodni z listy najbogatszych Bułgarów wypada
      jakieś nazwisko - w kwietniu zastrzelono nr 1, Ilja Pawłowa, który wcześniej
      przyjmował w swojej rezydencji prezydenta Putina. Serie z kałasznikowów i
      ładunki wybuchowe demokratycznie dosięgają milionerów i płotki. Kiedy w środę
      30 serii karabinowych przeczesało zatłoczoną restaurację Pszczoła, zginął tylko
      jej właściciel. Cel ataku, mafioso Nikołaj Cwietin, tym razem wyszedł z opresji
      bez szwanku.

      Turysta spacerujący wieczorem Witoszką, głównym bulwarem Sofii, jest zmuszony
      dziesiątki razy stawić czoła natrętnemu pytaniu: "Iskasz seksa?". Trudno
      opędzić się od nastoletnich Cyganek, dla których prostytucja stała się sposobem
      na życie.

      Przyglądając się autom jeżdżącym po ulicach, łatwo zaobserwować jeden z
      głównych problemów społecznych Bułgarii. Jeżdżą tam najnowsze modele
      mercedesów, audi i bmw oraz łady, moskwicze i 15-letnie, sprowadzone z Niemiec,
      golfy. Uderza brak aut klasy średniej. Dramatyczne rozwarstwienie
      społeczeństwa, składającego się z grupki krezusów i klepiącej biedy reszty,
      pojawiło się zaraz po upadku komunizmu i trwa do dziś.

      Wymiar sprawiedliwości jest skorumpowany i nieskuteczny. Prokuratorzy z
      niejasnych powodów umarzają sprawy, są odwoływani, przywracani, a oskarżenia
      często rozchodzą się po kościach. Tak było latem z dochodzeniem przeciw
      najpopularniejszemu w kraju raperowi, Vanko 1, który dorabiał jako handlarz
      narkotyków i sutener na wielką skalę.

      Bezradność i niewiara w sprawiedliwość są powszechne (co ciekawe, według
      opublikowanego ostatnio raportu Transparency International, korupcja w Bułgarii
      jest mniejsza niż w Polsce). Kilka dni temu w bagażniku syna ambasadora
      Hiszpanii znaleziono prawie 2 kg marihuany. - Jaka jest szansa, że sprawa trafi
      do sądu? 1:1000? No niech będzie, że jestem optymistą! - ironizuje internauta,
      komentując artykuł prasowy na ten temat.

      Cudu nie było

      Czy Symeon rzeczywiście obiecywał cud? Prof. Weselin Basakow, socjolog z
      Bułgarskiej Akademii Nauk, jest innego zdania. - 800 dni jest dziś
      demonizowane. Niestety Bułgarzy zawsze szukają przyczyny na zewnątrz. Dziś jest
      winny Symeon, wczoraj poprzedni premier Kostew, jutro ktoś inny. Nigdy "ja".
      Premier nie zapowiadał: siedźcie sobie z założonymi rękami, a ja zrobię, że za
      800 dni będzie dobrze. Mówił, że będą stworzone warunki, w których aktywność
      ludzka, przedsiębiorczość, będą przynosić pomyślność.

      W opinii Basakowa dzisiejsze narzekania to dowód, że socjalizm siedzi jeszcze
      głęboko w odruchach i w umysłach ludzi. Dominuje postawa: nam pomogą, a my
      będziemy siedzieć i czekać. Ci którzy nic nie zrobili, teraz mówią: okłamali
      nas. Powszechny jest lęk przed przyszłością. Ludzie po 40. czują się zbędni,
      czują się obco w nowych warunkach, załamują ręce i mówią: pora na młodszych.

      Koleżanka Basakowa, profesor Rumiana Stoilowa z Akademii Nauk, przekonuje
      jednak, że to właśnie obecny premier jest winien grzechu zaniechania. - Symeon
      nie rządzi, tylko udaje że rządzi. 5 proc. wzrostu gospodarczego nie jest
      żadnym osiągnięciem, wynika tylko z tego, że kilka lat temu kraj sięgnął dna.
      Gospodarka rozwija się jeszcze siłą rozpędu, nadanego przez gabinet Kostewa -
      mówi. - Prywatyzacja i reformy strukturalne utknęły. [Symeon - red.] Miał przez
      swoje kontakty ściągnąć obcy kapitał - tymczasem kontynuowane są tylko
      inwestycje, które zaczęły się kilka lat temu.

      - Trzeba pamiętać, że kiedy Symeon mówił o 800 dniach, byliśmy przed 11
      września - oponuje Basakow. - Ta data odwróciła koniunkturę na świecie i
      skorygowała wszelkie plany.

      Góra dla króla

      Media krytykują arogancję, "królewskie" maniery premiera, jego archaiczny język
      (Symeon kilkadziesiąt lat spędził na Zachodzie) i nieskrywaną niechęć do
      dziennikarzy. - Elity go wyszydzają, to fakt - mówi prof. Bosakow. - Ale
      Bułgarzy lubią, kiedy ktoś jest tajemniczy, opanowany, władczy. Dziennikarze są
      sfrustrowani, że nie chce z nimi rozmawiać. Dla normalnego człowieka, to że
      Symeon czegoś nie powiedział albo powiedział w trochę archaicznym języku, nie
      jest ważne.

      Zwykłych ludzi irytuje co innego. - Bułgarzy lubią zaglądać sobie wzajemnie do
      kieszeni - wyjaśnia Krasimir Krumow. Przed dwoma laty Symeon pisał w swym
      manifeście wyborczym: "Z bólem patrzę, jak marzenia Bułgarii zostały zastąpione
      biedą i desperacją. Uwzględniając europejskie standardy, nie jest moralne i
      politycznie akceptowalne, że naród boryka się z biedą, a wielu polityków żyje w
      niewytłumaczalnym dostatku." Tymczasem premier i jego siostra, księżna Maria
      Luiza, odzyskali od państwa majątek wartości 169 milionów dolarów, głównie są
      to posiadłości ziemskie znacjonalizowane po wojnie przez komunistów. Oprócz
      pazerności krytycy zarzucają szefowi rządu, że podczas gdy inni byli
      właściciele czekają na wyroki w ciągnących się latami procesach, on dostaje
      wszystko od ręki. Oburzenie osiągnęło apogeum latem tego roku, kiedy pojawiły
      się doniesienia, że prawnicy Symeona chcą reprywatyzować Musałę, najwyższy
      szczyt na Bałkanach, który od 1930 roku był własnością rodziny carskiej, a w
      1947 roku został upaństwowiony. Wybuchła publiczna debata, czy oddawanie
      szczytu, dobra ogólnonarodowego, jest moralne. W sierpniu prawnicy premiera
      oświadczyli, że choć Musała prawnie mu się należy, nie będzie występował o jej
      zwrot.

      Ludzi irytują też trzydziestolatkowie, wykształceni w Londynie eksperci
      ekon
      • ignorant11 Re: Trudny romans Bułgarów z carem 18.10.03, 07:26
        Ludzi irytują też trzydziestolatkowie, wykształceni w Londynie eksperci
        ekonomiczni, których Symeon zaprosił, aby zostali ministrami jego rządu. Z
        utrzymaniem wskaźników ekonomicznych radzą sobie nieźle, gorzej z kreowaniem
        własnego wizerunku. Powszechnie narzeka się na ich arogancję. - Ludzie nie
        widzą zmian, bo nie chcą ich widzieć - przekonywał niedawno wiceminister
        finansów Krasimir Katew. - Za dużo narzekają, za dużo czytają brukowych pism.
        Zamiast tego powinni myśleć pozytywnie.

        Do Europy duuuuży krok

        Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Bułgaria wejdzie do Unii w roku 2007.
        Minister ds. integracji europejskiej, Meglena Kunewa, jest przekonana, że
        negocjacje z UE zakończą się w roku 2004. Z większą rezerwą podchodzi do tego
        komisarz ds. rozszerzenia UE, Gunter Verheugen, który tydzień temu stwierdził,
        że choć rozmowy idą sprawnie, nie ma gwarancji, że uda się je sfinalizować za
        rok.

        Kością niezgody pozostaje poradziecka elektrownia atomowa w Kozłoduju, która
        zaspokaja ponad 40 proc. zapotrzebowania kraju na energię. UE wymogła na
        rządzie bułgarskim zamknięcie w 2006 roku dwóch starszych (z czterech)
        reaktorów. Jednak bułgarski NSA podważył decyzję rządu, a prezydent Georgij
        Pyrwanow nalega na przesunięcie terminu wyłączenia reaktorów o kilka lat.

        Do NATO Bułgarzy mają wstąpić już w przyszłym roku. W konflikcie z Irakiem
        okazali się wzorowym sojusznikiem Amerykanów. Dzisiaj prawie 500 żołnierzy
        bułgarskich pilnuje porządku w polskiej strefie stabilizacyjnej w Karbali. Dwa
        tygodnie temu uroczyście obchodzono w Sofii stulecie stosunków dyplomatycznych
        między USA i Bułgarią.

        Sielankę zakłócił premier, ogłaszając, że na swojego doradcę ds. bezpieczeństwa
        państwa zamierza powołać wieloletniego agenta komunistycznej bezpieki, generała
        Brigo Asparukowa. Ambasador USA w Sofii w bardzo ostrych słowach przestrzegł
        Bułgarów, że z generałem Asparukowem droga do NATO może się wydłużyć. Symeon
        upierał się, że doradców będzie dobierał sobie sam i nie zamierza "demonizować
        ludzi" ze względu na ich przeszłość. Na głosy oburzenia od NATO-wskich
        sojuszników zdziwiony Asparukow odpowiada, że kiedy jako szef wywiadu w latach
        1991-96 bywał w Londynie i innych stolicach zachodnich, nikt nie zgłaszał wobec
        niego wotum nieufności.

        Dlaczego premier forsuje generała? Czy tylko dlatego, że jest dobrym fachowcem?
        W prasie pojawiły się spekulacje o powiązaniach Symeona z dawnym wywiadem.
        Przypomniano, że w prokuraturze od lat ciągnie się sprawa zaginionej "teczki"
        bankiera Atanasa Tilewa vel "Rumiancewa", agenta bułgarskiego wywiadu, a przy
        okazji dobrego przyjaciela Symeona i Asparukowa. Generała oskarża się, że
        zniszczył ją w 1993 roku, kiedy był szefem wywiadu. W archiwach nie ma
        dokumentacji inwigilacji rodziny carskiej. Czy to możliwe, żeby jej nie było ? -
        pytają podejrzliwi dziennikarze. Po ostatnich wyborach sprawa teczek utknęła,
        bo Asparukow został posłem z ramienia socjalistów i chronił go immunitet.
        Jednak kilka dni temu zrzekł się mandatu, aby objąć nowe stanowisko.

        Przy okazji afery Asparukowa okazało się, że zarówno postkomuniści i
        konserwatyści są przeciwni Symeonowi. Nic dziwnego, 800 dni temu pojawił się
        jak meteoryt i zdobył większość w parlamencie. Krytycy zarzucają Symeonowi, że
        rozbił budujący z trudem się ład polityczny. - Przeciwnie, on go zdynamizował,
        zachwiał skostniałym systemem dwupartyjnym - mówi Basakow. - Obie partie,
        postkomuniści i antykomuniści, pozornie odmienne, są biegunami tej samej
        istoty, komunizmu. Ruch Symeona rozbił ten statyczny, zamrożony od 10 lat
        układ, który nie radził sobie z transformacją.




        Pozdrawiam i zapraszam na:
        Forum Słowiańskie


        Ignorant

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka