meduza7
22.12.06, 23:34
Czytając Agathę dość często zauważyć można sytuację, gdy bohater popełnia
przestępstwo - najczęściej kierowany szlachetnymi pobudkami - i ostatecznie
nikt, z policją na czele, nie ma do niego pretensji. Chodzi mi zwłaszcza o
takie sytuacje, jak ukrywanie trupa i broni w "Tajemnicy rezydencji
Chimneys", czy "Pajęczynie". Dziś osoba, której wpadłoby coś podobnego do
głowy zostałaby oskarżona co najmniej o utrudnianie śledztwa, jeśli nie o
współudział. Zastanawiam się, czy w "tamtych czasach" policja faktycznie
traktowała takie postępowanie łagodniej, czy też jest to wyłącznie "licencja
poetica" Agathy?