Czytałem jakieś bzdety na onecie, jak to młodzi ludzie się rozwodzą i jakie to szokujące niby... czy cośtam

.
No i taka myśl mnie naszła:
Podziwiam młodych, wiecznie otwartych i wiecznie uśmiechniętych ludzi. Takich, co to z nadzieją patrzą na każdy dzień i zdają się nie wyciągać żadnych wniosków z porażek i strzałów z boku. Takich co to nie zadają pytań tylko... umieją się cieszyć byle guanem

.
Nie sądzicie, że to upraszcza sprawę? Ciekawe ja kto jest tak "po prostu".
Na przykład ten post Agli sprzed niedawna. Był o tym czy dobra kuchnia i łózko, a raczej przede wszystkim dobre łózko

to wystarczy czy nie wystarczy do bycia razem. To stawianie pytań to domena... ludzi "takich jak my"... ośmielę się powiedzieć. Dociekać, dzielić włos na czworo, sprawdzać czy jest dobrze, troszczyć się o innych ale chyba przede wszystkim o siebie...
Ktoś inny na jej hipotetycznym miejscu bzykałby się od zmierzchu do świtu a potem kłócił drugie tyle (choć dni teraz takie krótkie... no i trzeba do pracy iść... więcej byłoby bzykania

). W każdym razie koty byłyby darte

... a potem albo by się rozstali za tydzień, miesięc... 5 lat... albo by się dogadali.
No nie wiem. Co myslicie o takich ludziach "niedociekających"? Macie takich w otoczeniu?